Rozdział 7 – Na południe

– Rychło w czas – mruknął Godar jednocześnie cucąc Walerię i zerkając, czy kraken jednak nie postanowi przypadkiem być całkiem żywy i żywotny na tyle, by wynurzyć się z głębin i jednak ich podusić. Było to o tyle trudne, że znów ogarnęły ich całkowite ciemności, które powróciły, gdy naturalna luminescencja potwora zniknęła.

– Bylibyśmy wcześniej – odburknął Esele – gdybyś na przykład trzy razy szarpnął za sznur i dał sygnał, a nie kazał nam się domyślać, że te dziwne podrygi to jakieś twoje kłopoty. I tak dobrze, żeś nie upuścił linki na dno tego pierdolnika.

– Kto miał kłopoty ten miał kłopoty – Godar z trudem wydostał spod namokniętego kaftana worek i rozsupłał rzemienie. – Z pewnością nie ja, bo jakeście przybyli, to właśnie przebijałem krakena mieczem.

– Twoje „rychło w czas” zabrzmiało jakoś tak…

– Rychło w czas żeście przybyli, by podziwiać mój triumf, były dowódco gwardii – były król skrzesał iskrę i zapalił pochodnię. Uniósł ją w górę, oświetlając okolicę. Waleria dźwignęła się ciężko z piachu i przysiadła na piętach.

– Bawią się, chłopcy – skomentowała. – A tymczasem może byśmy się stąd ruszyli? Zimno i sąsiedztwo kiepskie.

– Chętnie – Godar wstał i uniósł łuczywo. Byli w niewielkiej, wilgotnej jaskini, której dno porywał mokry piach. Szorstkie, kamienne ściany ociekały wilgocią, błyszczały solne wykwity.

– Dokąd sobie Waleria życzy? – spytał. Dziewczyna westchnęła z rezygnacją, dźwignęła się z piachu, wyjęła mu pochodnię z ręki i zrobiła kilka kroków.

– Widzą wielcy wojownicy? – zapytała, patrząc intensywnie na obydwu mężczyzn.

– Pochodnia. Ogień. Światło. Ciepło. Skały. Woda – wyrecytował Esele. Godar mruknął coś pod nosem.

– Co? – dopytywała się dziewczyna. – Głośniej, królu!

– Prąd powietrza – wyjął jej łuczywo z ręki i uniósł w górę. Cała trójka zapatrzyła się w płomień, który delikatnie odchylał się w przeciągu, biegnącym przez skalną kawernę. Barbarzyńca ruszył w kierunku wskazywanym przez odchylenie języków ognia i stanął przed wydawałoby się litą skałą.

– Niżej – mruknęła Waleria. – Z wami mężczyznami wszystko trzeba samemu zrobić i wytłumaczyć. Popatrz na płomień…

Godar przyklęknął, rozgarnął piach.

– Trzymaj – wyciągnął dłoń z łuczywem w kierunku gwardzisty. – Trzymaj, na Korisa! – ponaglił. Potem szerokimi dłońmi zaczął zgarniać wilgotny piach naniesiony do kawerny przez podwodne prądy i  pływy Morza Wewnętrznego.

Następne kwadranse upłynęły w ciszy, przerywanej tylko kapaniem kropel, szuraniem piachu i sporadycznymi nerwowymi pomrukami. Mężczyźni zmieniali się pod ścianą, odsłaniając coraz wyraźniej rozszerzającą się szczelinę, uciekającą w głąb masywu. Dziewczyna z początku cierpliwie stała, przekładając żagiew z ręki do ręki. Kiedy jednak praca przedłużała się, przysiadła, aż wreszcie zatknęła drugi koniec pochodni w piachu i sama zległa obok, sporadycznie włączając się i zgarniając rosnące starty mokrego urobku.

Płomień ich ostatniego łuczywa zaczynał już przygasać, gdy wreszcie Godar niecierpliwie wepchnął się w odsłonięty, biegnący ukośnie korytarz wchodzący w głąb skalnej ściany. Z początku posuwał się na czworaka, głową naprzód, ale w miarę oddalania się od kawerny poziom piasku naniesionego przez wodę opadał i wkrótce Czarny dźwignął się na nogi.

– Jest przejście – zawołał do oczekujących towarzyszy. – Właźcie za mną!

Zaszurał wilgotny piach i podziemny tunel rozjaśnił się pełgającymi odblaskami dogasającej żagwi, którą niosła ze sobą Waleria. Chwilę później tuż za jej plecami pojawił się upaprany mokrym urobkiem Esele. Ruszyli przed siebie korytarzem bez dalszej zwłoki, szczególnie, że światło zamierało grożąc pozostawieniem ich w ciemnościach w nieznanym terenie. Wkrótce jednak sami poczuli na twarzach silniejszy prąd powietrza. Godar prowadził, wodząc dłonią przed sobą aby uniknąć uderzenia o skałę. W pewnej chwili przystanął raptownie, aż idąca za nim Waleria wpadła na jego plecy.

– Co tam? – spytała, ale Czarny tylko wyjął jej z dłoni dopalający się ułomek łuczywa. W słabym świetle żaru wskazał przed siebie.

– Korytarz z lewej czy z prawej?

– Czy to się nigdy nie skończy? – jęknął idący na końcu Esele. – To jak jakieś cholerne zawody w rzucanie kłód po nogi. Lochy. Podziemny labirynt. Podziemne jaskinie. Podwodne jaskinie. Podwodne potwory. Zasypane jaskinie. Teraz znowu labirynt. Idzie zgłupieć naprawdę! Mam wrażenie, że to jakiś upośledzony bóg kieruje naszymi krokami w tej ucieczce tęgo pociągając piwo z dzbana i chichrając się w kułak, gdy widzi, jak się tu miotamy!

Dziewczyna zamachnęła się i spoliczkowała go, ale bez złości.

– Siedź cicho – warknęła. – Czy raczej idź cicho.

Uniosła głowę wysuwając kształtny podbródek w przód i przymknęła oczy.

– Prawy korytarz – zawyrokowała, odrzucając niemal całkiem wypalony ogarek łuczywa.

– I akurat z prawej strony, tam, gdzie mi Krig przywalił z pięści – jęknął boleściwie Esele i powlókł się za towarzyszami, którzy nie mieszkając zagłębili się w mrok odnogi podziemnego labiryntu.

Wkrótce coś zmieniło się w otaczającej ich ciemności. W czerń wdarł się jakiś niespokojny, szary ton, a niezbyt wiele kroków później zaczęli dostrzegać fakturę otaczających ich skalnych ścian, zupełnie jak w jaskini krakena. Po chwili widzieli znów siebie nawzajem, rozróżniali drobne kamyki pod nogami, a gdy minęli zakręt korytarza weszli do otwartej sali, zalanej czerwonym, wieczornym światłem. Ciemne ściany pięły się stromo ku górze, chropowate i pokryte drobnymi pęknięciami. W zagłębieniach skał zalegał wilgotny piach i ziemia, gdzieniegdzie stały kałuże morskiej wody. Wyżej, ponad linią wzroku trawki i karłowate drzewka pięły się ku światłu, płynącemu z góry. Wyglądało na to, że otwarta na wieczorne niebo niecka ograniczona była ze wszystkich stron ścianami wielometrowej wysokości.

– Kurwa mać – skomentował sytuację Esele, który najwyraźniej miał już serdecznie dość kłód rzucanych pod nogi przez nieznane mu bóstwo.

– Oszczędź matkę – odparł mu Godar, dłonią wskazując wąski wyłom w skalnych ścianach, zasłonięty przez rachityczną akację przytuloną do ściany. Tamten sarknął tylko i brodząc w naniesionym wiatrem piasku pokuśtykał ku szczelinie obiecującej wreszcie wolność.

Wkrótce cała trójka spoczęła pod kamienną granią, na wilgotnych skałach, dopiero co odsłoniętych przez odpływ. Siedzieli, wpatrzeni w zapadające za horyzont słońce, osłonięci od strony twierdzy urwistym brzegiem morza, który tutaj wrzynał się w pustynię długim ramieniem, przechodzącym w serię ostańców a potem rozpływającym się w morze wydm na skraju zasięgu wzroku. Na południowy zachód  od nich od baszty bramnej ciągnął się na południe szlak, znikający w gorących piaskach pustyni Al-kubra. Sucha  nocna bryza ciągnęła z głębi lądu w kierunku Morza Wewnętrznego, chłodząc rozgorączkowane głowy trójki uciekinierów. Siedzieli, chociaż wszystko się w nich gotowało. Chwilowo byli bezpieczni przez wzrokiem obserwatorów z Cloigeann, ale pościg prawdopodobnie dawno już wyruszył w teren, więc w każdej chwili spodziewali się ostrzegawczego krzyku straży i brzęku wyciąganych z pochew mieczy. O ile nikt z pewnością nie zwrócił uwagi na brak służebnej dziewki, chociażby najbardziej powabnej, o ile mogli podejrzewać, że brak zdetronizowanego króla pozostawionego, by sczezł umknie uwadze przez wiele dni, o tyle krwawa bijatyka i zniknięcie dowódcy gwardii, który miał być pokazowym skazańcem i kozłem ofiarnym przewrotu pałacowego musiały postawić na nogi wszystkie straże.

Poszum wiatru przynosił ze sobą szmery i nocne dźwięki. Przesypywanie piasku, skrzypienie akacjowych gałązek, szum liści, czasem krzyk fenka, który goni za ofiarą. Sporadycznie z oddali, stłumione odległością dochodziło ich pokrzykiwanie poganiaczy lub chrapliwe odgłosy wielbłądów. To wydawałoby się nieskończona kolumna kupców na szlaku ściągała do twierdzy na doroczne święto. Większość z nich pewnie nie miała nawet pojęcia, że zmięły się władze i na tronie zasiada już ktoś całkiem inny. Szansą dla zbiegów było wmieszać się w kolumnę kupców i zniknąć na południu. Plan ten wydawał się tak prosty, że aż genialny. Miał jednak zasadnicze dwa felery. Po pierwsze kolumna kupców z pewnością jeśli nawet nie była naszpikowana szpiegami Botonengi, to maszerowały w niej oddziały wracającego do stolicy z południa po wygranej wojnie. Drugim problemem było to, że tłumy te zasadniczo ciągnęły do miasta nie zaś w głąb kontynentu, co stanowczo utrudniało wtopienie się w tłum. Rozważywszy uważnie wszelkie te wątpliwości postanowili podjąć oczywiste ryzyko, jakie niosło za sobą pozostawanie w mniej lub bardziej bezpośrednim otoczeniu nadmorskiej twierdzy i poczekać do pełnego zapadnięcia mroku, aby wtedy korzystając z osłony ciemności wymknąć się z bezpośrednio zagrożonego rejonu zanim przystąpią do realizacji dalszych etapów planu Godara, którymi były następujące po sobie: utworzenie własnej armii, odbicie twierdzy oraz przykładne ukaranie uzurpatora.

Siedzieli w milczeniu, każde z nich pogrążone we własnych myślach, a na niebie, przeciętym w połowie przez urwisko, rozbłyskiwały kolejne gwiazdy. Układały się w letnie gwiazdozbiory. Waleria zsunęła się, otuliła tuniką bo nocna bryza przyprawiała ją o dreszcze i patrzyła w górę. Spod przymkniętych powiek patrzyła jak wschodzi Głowa Demona, niepokojąca swoim pulsującym blaskiem. W bok od niej wypatrzyła Astrokiona, wspinającego się na sferę niebieską. Ciemny cień na chwilę przesłonił niebo, przemykając między gwiazdami. Noc rozdarło coś, co brzmiało jak echo odległego krzyku, w rzeczywistością musiało jednak być dźwiękiem poza spektrum ludzkiego słuchu. Dziewczyna wzdrygnęła się, ciarki przebiegły jej po plecach i coś zadzwoniło w uszach. Spojrzała na boki. Esele siedział zamyślony wpatrując się w daleki horyzont, wydawało się, że był obojętny na cały świat. Godar spoczywał u jej drugiego boku. Jego pierś unosiła się w regularnym, powolnym oddechu. Zdetronizowany król bowiem spał. Był czas na wielkie czyny i był czas na czyny przyziemne. Waleria zazdrościła Godarowi łatwości, z jaką w lot różnicował wielkość swoich czynów i zgodnie z tym podziałem postępował w sposób całkiem naturalny. Z pewną przykrością zorientowała się, że gdzieś w trakcie przeprawy zgubiła  złotą bransoletkę, którą zwykła była nosić na lewym nadgarstku. Dla nałożnicy króla miała ona wartość sentymentalną, dla renegatki  – mogła być cennym źródłem dochodu. Lecz teraz było już po wszystkim.

Około północy, kiedy księżyc świecił jasno a pustynia wydawał się srebrna w jego blasku, Godar ocknął się, wstał, przeciągnął aż trzasnęły stawy jego potężnych ramion i kopniakiem ocucił Eselego, pogrążonego w ciężkim śnie. Tamten jęknął boleśnie, zaklął, otworzył oczy i zmitygował się, że sklął króla.

– Nie jestem już królem, ale przybłędą, a ty jako śmieć, który był nic nie wartym dowódcą gwardii i nie obronił mojej dupy przed własną głupotą nie musisz się krępować. Chociaż z nas dwóch ja mam więcej powodów, by cię skląć.

– Wybacz, królu – Esele schylił głowę ze wstydem. – Bądź pewien, że uczynię wszystko, aby nadrobić te karygodne zaniedbania.

– Możesz i zaraz ci powiem jak – odparł Czarny z uśmiechem. – Te twoje listy do sojuszników… Jak się sprawa skończyła?

– O ile dobrze pamiętam jakiś pirat wlazł przez wychodek od strony morza, zaorał straże i podbił twierdzę, a tyrana obalił, więc rzecz niejako zmarła śmiercią naturalną.

– No, to teraz dokonasz na niej nekromancji – oznajmił Godar nieznoszącym sprzeciwu tonem i poszedł się wysikać za kępę akacji.

Przemykali się między wydmami, trzymając się na zachód od szlaku na odległość głosu. Tu i ówdzie dostrzegali daleki odblask ognisk, rozpalanych na popasach. Pokrzykiwania ludzi, odgłosy jucznych zwierząt, dźwięki obozowiska; wszystko to niosło się z nocnym wiatrem, suchym i ciepłym, płynącym nad piaskami największej pustyni znanej ludom tego świata.

Waleria chłonęła noc całą swoją istotą. Urodziła się na skraju całkiem innej chociaż podobnej pustyni, na granicy dwóch żywiołów – dzikiego morza wody i nieokiełznanego morza piachu.  Kiedy szli zzuła sandały i cieszyła się dotykiem milionów drobnych ziarenek na podeszwach stóp, tak przyzwyczajonych do skóry butów, do marmuru posadzek, do kamieni bruku. Cieszyła się podmuchem na twarzy, zapachem odległych karłowatych zarośli, smakiem dymu na języku, przyniesionym przez bryzę. Waleria kochała pustynię.

Esele brnął przez piach bez przyjemności. Wywodził się z plemion zamieszkujących północne wybrzeża Morza, gdzie królowały raczej skały niż piasek i nie odnalazł w sobie nie tyle nawet miłości co nawet akceptacji dla tej formy gruntu pod nogami przez te wszystkie lat życia w Cloigeann. Przeklinał grząskie wydmy i osuwającą się spod stóp ziemię, po której zmuszony by wspinać się mozolnie. Złorzeczył pod nosem, jednak na tyle cicho, aby zachować godność wojaka, na brak wody, suchy wiatr od lądu i pierzchnące usta. Esele nie kochał pustyni.

Godar stawiał długie kroki, masywnymi stopami depcząc ziemię i czyniąc ją sobie poddaną. Miał wszystko w dupie.

Zbliżał się świt, kiedy podeszli ku jednemu z obozowisk. Król na wygnaniu okrył się podkradzioną opończą i skulony, zgarbiony, wszedł miedzy rozstawione w przypadkowych miejscach jurty, sam gabarytami przypominając jedną z nich. Waleria schowała włosy pod chustą i zasłoniła twarz, jedynie Esele, przypasawszy zdobyczny miecz, którzy został im po podwodnych perypetiach, kroczył dumnie z zadartą głową. Negocjacje nie trwały długo.

– Im dłużej na ciebie patrzę, chłopcze, tym mniej mam ochotę cię nająć do pracy – burknął przewodnik karawany. – Ale potrzebuję zbrojnych, bo część obstawy postanowiła zostać w nadmorskiej twierdzy i obejrzeć egzekucję zdrajcy, który był ponoć dawniej dowódcą gwardii i otruł króla Godara.

– Słyszeliśmy o tym niefortunnym wydarzeniu – przyznał Esele. Pomyślał, że czekała ich przykra i rozczarowująca niespodzianka, ale o tym nie powiedział. Nie było potrzeby zdradzać się z taką wiedzą. Przewodnik wychylił się i popatrzył przeciągle w kierunku jurt. Obok jednej z nich zasiadła potężna postać, na ramiona narzuciła derkę.

– Bywałem w Cloigeann w dawniejszych latach i dziwię się, że się dał król Godar z tronu strącić własnym ludziom akurat… Nie wiem, skądeście się wzięli, jaki mieliście tu interes i jaki macie interes na południu, ale też nie chcę widzieć. Człowiek, co mniej wie, śpi snem uczciwszym.

– Nie będziemy się narzucać…

– Nie, dobrze, najmę was bo przydadzą mi się ręce do roboty. Twój towarzysz zdaje się mieć krzepę a i ty wyglądasz mi na takiego, co krwi potrafi upuścić, jeśli zajdzie potrzeba. Ale starajcie się zachowywać spokojnie. Nikt z nas nie potrzebuje tu żadnych problemów. Szczególnie uważajcie na tę dziewczynę, co nie może się zdecydować, czy jest chłopcem.

Karawana kierowała się głównym szlakiem ku południowi, co zbiegom było na rękę, chociaż nastręczało większe ryzyko kontroli przez żołnierzy.  Wyruszyli niezwłocznie, zanim jeszcze słońce wzniosło się ponad horyzont i rozpaliło piaski. Waleria została przy wozach, idąc wraz z poganiaczami. Naciągnęła mocniej kaptur na głowę, a język trzymała za zębami, dzięki czemu wzięli ją za młodego chłopca. Godar krążył tu i tam, głównie pomagając przy zapadających się kołach wozów, które niejednokrotnie dźwigał z zasp na własnych ramionach. Esele szybko wytargował od kogoś pustynną dżalabiję, owinął głowę i a miecz wymienił na krzywą szablę koczowników i kroczył teraz wśród wojowników pilnujących karawany lub dosiadając konia wypuszczał się przed czoło pochodu i przepatrywał szlak w towarzystwie innych zbrojnych. Pierwsze chwile grozy przeżyli tuż po wschodzie słońca, kiedy konny oddział gwardzistów z twierdzy przegalopował po szlaku. Nie poświęcili jednak zbyt dużej uwagi karawanie i pognali za swoimi sprawami.

– Więcej szczęścia niż rozumu – zganiła mężczyzn Waleria, kiedy zasiedli razem w czasie południowego popasu. Z wdzięcznością przyjęli przydziałową porcję wody.

– Wędrując samodzielnie bardziej rzucalibyśmy się w oczy – odparł Godar.  – Oczywiście jest problematyczne to, że Esele łazi wokół karawany z szablą w łapach, ale raczej żołnierze pamiętają go jako dumnego i przystojnego chłopaka w czerwonym płaszczu. A z takim ryjem… – wyciągnął dłoń i pogładził ex-dowódcę po policzku, pokrytym kilkudniową szczeciną. Esele odtrącił niecierpliwie jego dłoń.

– Wędrując samotnie moglibyśmy trzymać się poza szlakiem i unikać spotkań z żołdakami Botonengi.

– Boli, prawda? – zakpił Godar. – Uwierz mi, chłopcze, że nie tylko ciebie.

– W dupieście byli, chuja widzieli – cierpko skomentowała Waleria, ciężko doświadczona obecnością poganiaczy przez cały poranek. Zlegli w kępie rachitycznych drzewek, dających odrobinę cienia. Kilkugodzinny marsz zmęczył ich, ale był niczym w porównaniu do frenetycznej ucieczki z lochów, która stała się ich udziałem. Mężczyźni z przyjemnością grzali się w gorących promieniach słońca wciąż mając w pamięci wilgoć kamiennych kazamatów, Waleria wzdragała się na wspomnienie czarnej toni podwodnych tuneli lecz znajdywała ukojenie w wydmach, pokrywających pustynię jak fale, lecz w odróżnieniu od swoich morskich pobratymców nieruchomych.

Wędrowali na południe, ku słońcu, zostawiając za plecami zdrajców ale i poprzednie trzy lata życia, zanurzając się w gorących piaskach, rozciągających się po horyzont. Nawet niebo przed nimi zdawało się mieć barwę przesypywanych wiatrem ziaren. Późnym wieczorem dotarli do zajazdu na krańcu królewskiego szlaku. Tu kończyła się brukowana droga, którą kazał ułożyć król Godar. Dalej trasa karawan ciągnęła się między wydmami. Przeładowali nieliczny dobytek i zakupione w  twierdzy towary do juków, które zostały potem rozmieszczone na grzbietach wielbłądów i przez zapadnięciem zmroku wyruszyli w dalszą drogę. Wraz z ciemnością nadszedł chłód, ale korzystali z tych godzin wytchnienia od lejącego się z nieba skwaru i wędrowali w ciszy przerywanej jedynie odgłosami zwierząt i przedwiecznym szmerem przesypujących się ziaren piachu. Na horyzoncie czarnymi sylwetkami odcinały się od nocnego nieba kępy karlejących w miarę wchodzenia w pustynię akacji.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *