Rozdział 6 – Fale przyboju

– Może jednak badaliście tę studnię? – spytała Waleria. Stała tuż nad krawędzią i wpatrywała się w głąb otworu.

– Owszem, przeprowadziliśmy obserwację, dość długą – odparł Esele. – Już o tym mówiłem.

– Miałam raczej na myśli, nie wiem, że spuściliście kogoś na linie do wnętrza, albo chociaż kamień, żeby zbadać głębokość… Cokolwiek.

– Nie. Nie uznaliśmy wówczas, że może nam się to do czegokolwiek przydać. Po namyślę sądzę, że w obecnej sytuacji takie zaniechanie jest nam bardzo nie na rękę.

– Skończcie kłapać dziobami i zbieramy się – Godar dokładnie zasznurował worek Walerii, w którym ukryte były ich skąpe zapasy i bukłak z resztką wody, a następnie upchnął go pod kaftanem.

– Dasz radę? – upewnił się, patrząc z powątpiewaniem na Eselego. Tamten skinął głową z powagą.

Niewiele się namyślając, Czarny zeskoczył do studni nogami naprzód. Lot był krótki i zakończył się nurkowaniem w lodowato zimnej wodzie. Wynurzył się, zaczerpnął powietrza i znów zanurkował, badając kanał. Płynął prosto w dół, dłonią wodząc po skalnej ścianie. Kilka metrów pod powierzchnią, gdy szum w uszach związany z narastającym ciśnieniem zaczynał stawać się donośny, studnia rozszerzyła się. Kamienne ściany uciekły na boki a Godar znalazł się w czarnej toni, ledwo uchwytnie pulsującej rytmem roztrzaskujących się o urwisko skał, które znajdował się nie wiadomo gdzie. Odepchnął się silnie nogami i popłynął z powrotem w górę studni, ku powierzchni.

– Skąd przyszliśmy? – krzyknął wynurzając się do czekającej na krawędzi dwójki. Waleria wskazała mu dłonią kierunek. Barbarzyńca zanurkował znowu i skierował się w przeciwną stronę, zakładając, że to właśnie tam leży morze. Silnymi pchnięciami potężnych ramion i muskularnych nóg przedzierał się przez lodowatą wodę, aż dostrzegł ponad sobą jaśniejszą plamę. Zaryzykował i skierował się ku niej mając świadomość, że może zabraknąć mu powietrza na drogę powrotną. Był to jednak detal z gatunku tych, które niespecjalnie mu przeszkadzały iść przez życie. Wykonał kilka pchnięć nogami i wkrótce wychynął na powierzchnię niewielkiej kawerny. Przez jakąś szczelinę w stropie przesączało się światło słoneczne. Nad jego głową dzwonowato układała się pustać, zwężająca się ku górze. Ściany pionowo biegły ku rozsłonecznionej szczelinie, nie dając szans na wspięcie się ku górze. Mimo to Godar podpłynął do skały i przesunął dłonią po jej chropowatej powierzchni, szukając spękań i szczelin, które pozwoliłyby im skorzystać z tej drogi ku wolności. Jednak żadne nierówności ściany nie nadawały się do wykorzystania w charakterze podpór dla stóp i dłoni.

Nie znalazłszy niczego, rozczarowany Godar zanurkował i skierował się na powrót ku podwodnemu wylotowi studni. Odepchnął się potężnymi ramionami, kiedy poczuł nagłe szarpnięcie i ostry ból w nodze. Coś potężnie zacisnęło się na jego muskularnej łydce i szarpnęło w swoja stronę. Mężczyzna obejrzał się i w mętnym, rozproszonym świetle dojrzał brunatną mackę opasującą jego nogę i znikającą w ciemnej wodzie dalej od szczeliny. Szarpnął się, ale najeżone pulsującymi przyssawkami odnóże trzymało sztywno niczym żelazny łańcuch. Szarpnął ponownie, ale poczuł jedynie ból w łydce. Zgiął się w pół i chwycił mackę w masywne dłonie, ściskając ją mocno. Przyssawki natychmiast przywarły do skóry, a z ciemności wystrzeliła kolejna macka i oplotła jego przedramię, zaciskając się mocno na napiętych mięśniach. Godar warknął i szarpnął, zrywając przyssawki ze skóry. Pociągnął mackę do siebie i wpłynął w ciemność, gdzie dostrzegł jedynie błysk światła odbity w oczach o kwadratowych źrenicach. Kolejne odnóża wychynęły z zimnego wodnego mroku i oplotły go ściśle, mocnej niż żelazne kajdany, z których wyzwoliła go nie tak dawno temu Waleria. Podciągnął nogi i celując na oślep wyprostował je, czując, jak trafia w miękkie, opasłe cielsko. Zacisnął wielkie dłonie na oplatających jego ręce mackach i szarpnął, wpijając stopy w ciało napastnika. Zagrały muskuły, napięły się ramiona i szeroki jak lodowiec kark i z charkotem, Godar szarpnął macki do siebie. Stawiły opór, a potem jedna z nich napięła się ponad miarę i oderwała od korpusu stwora, zostając w dłoni Godara. Chmura błękitnej posoki rozpełzła się wokół, a uścisk pozostałych macek zelżał. Barbarzyńca wymierzył cios w jedno z oczu i wyprysnął ku górze, ku powierzchni gdzie było zbawcze powietrze, bo czuł, że walka, chociaż krótka, uszczupliła zapas tlenu w jego płucach. Wychynął na powierzchnie łapiąc wielki haust, zanurkował i silnymi ruchami nóg i rąk skierował się ku studni.

Gdy wynurzył się na powierzchnię, Waleria i Esele najwyraźniej odetchnęli z ulgą, bo natychmiast zasypali go lawiną pytań. Zadzierając głowę szybko wprowadził ich w sytuację.

– Myślę, że powinniśmy wszyscy popłynąć do kesonu – zasugerował Esele. – Z każdą chwilą coraz bardziej ryzykujemy odnalezienie przez żołnierzy, jeśli tutaj zostaniemy.

– A zastanowiłeś się, co będzie, jeśli poza tym kesonem nie będzie w naszym zasięgu żadnego miejsca, gdzie będzie można się wynurzyć? – poddała sprawę w wątpliwość Waleria.

– Wtedy wrócimy tutaj – rzucił Godar z dna studni.

– I wzlecimy w powietrze, bo chyba nie wziąłeś tego urwanego ramienia, abyśmy mogli skorzystać z przyssawek? – teraz dziewczyna już otwarcie drwiła.

– Esele, rzuć mi miecz i działaj zgodnie z propozycją – rzucił tylko zdetronizowany król i kilka sekund później Waleria wylądowała w wodzie obok niego, pchnięta szybką, chociaż osłabioną dłonią. Wpadła w toń, a potem wynurzyła się gwałtownie złorzecząc tak, że nawet przyzwyczajony do koszarowego języka były dowódca gwardii zrobił wielkie oczy. Rozejrzał się po zalanej grzybnym blaskiem pieczarze, przycisnął do piersi krótką włócznię i także skoczył w lodowatą wodę.

– Płyńcie za mną – rozkazał Godar i zanurkował, kierując się ku kesonowi.

Dość szybko pokonali odcinek podwodnej jaskini i wynurzyli się w kesonie. Światło zmieniło nieco barwę i straciło na jasności od chwili, gdy Czarny był tu ostatnio, może kwadrans wcześniej. Oznaczało to, że szybko nachodził kres dnia. Musieli się więc pospieszyć, jeśli mieli odnaleźć drogę na otwarte morze. Powierzchnia wody przetykana była wąskimi, błękitnymi pasmami w miejscu, gdzie postradała życie wielka ośmiornica. Zawiśli w toni, pracując nogami pod powierzchnią.

– Rozejrzę się a wy na mnie tutaj zaczekajcie – rozkazał były władca Cloigeann.

– Może ja? – nieśmiało zaoponowała dziewczyna. – Z całej naszej trójki jestem w najlepszej kondycji. Wy dwa sporo przeszliście w lochach…

– Lepiej popilnuj tego amatora listów – odburknął Godar i zanurkował. Silnymi wykopami muskularnych nóg skierował się w kierunku, w którym spodziewał się odnaleźć morze, lecz przed nim rozpościerała się jedynie pozornie nieskończona połać mrocznej toni, ograniczonej skalnymi skałami, której nie rozjaśniały żadne jaśniejsze punkty. Oglądając się za siebie, Godar ledwo odnalazł słaby blask znaczący miejsce, gdzie czekali jego towarzysze. Zawrócił czując narastający ucisk w płucach i wkrótce wynurzył się na powierzchnię kesonu.

– Sytuacja nie jest prosta – odparł zapytany o wynik rekonesansu. – Masz nadal ten swój sznurek z wysp? – Zapytał Walerię. Gdy potwierdziła, wyciągnął jej skórzany worek spod kaftana i unosząc go nad głową, aby nie nabrać wody rozsupłał. Dziewczyna wydobyła zwój nawinięty na drewnianą rolkę.

– Przywiąż go sobie do przegubu – polecił wojownik – a ja złapię drugi koniec. W ten sposób nie ryzykujemy, że zostaniecie tutaj jak ostatnie ofiary, kiedy zgubię drogę.

– Jeśli się utopisz, to możliwość odnalezienia twojego ciała z użyciem tego dziwacznego pomysłu niewiele nam pomoże – skomentował Esele.

– Nie biorę utopienia pod uwagę w moich planach na przyszłość. Mam armię do zgromadzenia, uzurpatora do obalenia i prawdopodobnie także twierdzę do spalenia. Więc pilnujcie się i uważajcie na siebie. Kiedy szarpnę trzy razy za sznur, płyńcie do mnie.

Co rzekłszy dał ponownie nura pod wodę i nie musząc się już kłopotać o drogę powrotną szybko skierował się ku domniemanej północy. Woda była nieprzyjemnie zimna, czuł, jak cierpnie mu skóra a mięśnie sztywnieją. Jedynie ruch zapewniał odrobinę ciepła, więc Godar parł naprzód, rozgarniając podziemną toń wielkimi jak łopaty dłońmi i szybkimi, mocnymi pchnięciami mocarnych nóg posuwając się nieustępliwie naprzód. Wytężał wzrok obracając głowę na wszystkie strony, lecz żaden blask nie przebijał się przez mroczne masy wody otaczające go ze wszystkich stron jakby chciały go zmiażdżyć. Wypuścił nieco powietrza z płuc i patrzył, jak lekko fosforyzujące purchle uciekają ku górze, by rozmyć się w mroku. Odepchnął się i również skierował ku górze. Ciśnienie w płucach zaczynało się robić nieznośne, podobnie jak narastający szum krwi w uszach. Ciemność zdawała się napierać na niego ze wszystkich stron, jakby była ożywioną, złośliwą substancją. Pracował teraz nogami, a dłonie wyciągnął w przód, spodziewając się natrafić na skałę.

Jego przewidywanie sprawdziło się, chociaż w tym konkretnym wypadku wolałby raczej rozczarować się i trafić na wypełnioną powietrzem pustać. Nie dana mu jednak była radość porażki. Silne dłonie natrafiły na szorstką, pokrytą śliskim nalotem skałę i Godar zaklął w duchu, szukając w pamięci litanii wotywnych do wszystkich znanych sobie bogów. Coraz bardziej gorączkowo przesuwał się ku górze, macając dłońmi po skale w rytm narastającego łoskotu krwi w uszach. Nagle pod masywnymi palcami poczuł coś śliskiego i miękkiego. W pierwszej chwili wziął to za warstwę glonów pokrywającą skalne wybrzuszenie, pod chwili jednak poczuł, jak to, na co natrafił skurczyło się i znów napęczniało, a potem wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie.

To, co miało być zaglonionym kamiennym garbem rozprężyło się i oplotło przedramię Czarnego okazując się być macką. Macką, która momentalnie okazała się być nietypowych rozmiarów. Barbarzyńca zacisnął palce na odnóżu, wyrzucił nogi w górę i szarpnął, ale poczuł jedynie jakby znowu szarpał za stalowy łańcuch z powrotem w celi, w lochach Cloigeann. Coś chwyciło go w pasie, podczac gdy oplatająca przedramię macka pulsującymi ruchami dotarła aż do barku i objęła go pod pachą. Poczuł szarpnięcie i został pociągnięty przez ciemną toń z niedopuszczającą oporu siłą. Rękę miał uwiezioną niczym w dybach, ucisk wokół pana przesunął się i wypchnął mu z płuc ostatnią resztkę powietrza. Poczuł jak szoruje okrytymi skórzanym kaftanem plecami i skałę kiedy potwór wlókł go w górę. To nie mogła być zwykła ośmiornica, bo macki przewyższały grubością ramiona Godara. Ostatkiem przytomności barbarzyńca ścisnął mocniej kołek ze sznurem. Potem macki szarpnęly go ostatni raz, zakręciły nim młynka i wyrzuciły nad powierzchnię wody. Potem zatoczyły łuk i rąbnęły swoim ładunkiem z całą mocą o ziemię. Szczęście go nie opuściło, bo został ciśnięty nie na litą skałę, lecz na drobny wilgotny piach, jednak uderzenie pozbawiło go skutecznie oddechu. Próbował się przeturlać w bok i jednocześnie zaczerpnąć zbawczego, wilgotnego, zastałego powietrza, kiedy wielka macka walnęła tuż obok jego głowy, rozpryskując wilgotny piach. Sięgnął do miecza, chwytając wreszcie w umęczone płuca zbawczy haust powietrza. W jaskini było całkiem ciemno, ale słyszał przed sobą gwałtowny plus wody i coś jakby kłapanie wielkiego rogowego dzioba. Wyszarpnął miecz  z pochwy i dźwignął się ciężko na nogi, ale wtedy potężna siła przewróciła go na powrót, uderzając pod kolanami. Zamachnął się na oślep i dźgnął mieczem przed siebie, trafiając na coś miękkiego i sprężystego. Mrok jaskini rozdarł zgrzytliwy, głośny skrzek. Rozległ się świst i Godar, dźwigający się znów na nogi, dostał potężny cios w okolice biodra, jakby ktoś przyłożył mu masywną kłonicą. Przekoziołkował w ciemności po piachu i ciął na oślep. Bolesny wizg dał mu znać, że znów trafił.

– Dobrze ci tak, morski pomiocie – warknął i pożałował tego momentalnie, bo silny cios miękką kończyną dosięgnął jego twarzy i ponownie obalił go na ziemię. Niewiele myśląc barbarzyńca zaczął odczołgiwać się w kierunku przeciwnym do tego, z którego dobiegał wściekły chlupot wody, kłapanie dzioba i skrzeczące odgłosy potwora. Macki młóciły wokół, rozpryskując mokry piach i krople słonej morskiej wody, ale Czarnemu udawało się ich unikać. W pewnej chwili ukryte w ciemnościach monstrum jakby stęknęło, rozległ się donośny plusk i  mrok rozproszyło mdłe, chorobliwe światła. Wydobywało się spod wody i potężniało. To fosforyzowała skóra istoty, unoszącej się teraz na powrót ku powierzchni. Potworny korpus wyłonił się ponad powierzchnią czarnej, falującej wody. Kwadratowe źrenice rozszerzyły się i wpatrzyły w piaszczysty brzeg, na którym spoczywał zdetronizowany król. Znajdujący się niżej rogowy dziób wielkości korpusu dorosłego mężczyzny rozwarł się z wściekłym skrzekiem a w jego wnętrzu poruszyły się kościane kolce.

– Ale z ciebie, kurwa, brzydal – mruknął Godar pod nosem stając. – Skąd się tu młody kraken wziął, ażeby cię zaraza porwała?

 Iluminacja potwora miała prawdopodobnie przywabić ofiarę. Być może tak polował w głębinach, zwabiając nieświadome niczego stworzenia do widmowego światła. W przypadku człowieka jednak kraken przeliczył się – upiorny blask zamiast do zahipnotyzować i otumanić dał dwunożnemu przeciwnikowi wiedzę na temat wroga.

Czy mieszkaniec jaskini był w jakiś sposób spokrewniony z wydawałoby się zwykłą ośmiornicą, jaką Godar zabił wcześniej, czy też należał do innego rzędu stworów upiornych nie było jasne. Z pewnością był dużo większy niż jego typowi pobratymcy, jakich zdarzało się barbarzyńcy widywać, ubijać i nawet jadać w jego pirackiej karierze i w trakcie gnuśnego panowania na wybrzeżu Morza Wewnętrznego. Nie dorastał jednak wielkością do legend, mówiących o tym, że krakeny są tak wielkie, iż potrafią samotrzeć zatapiać statki. Mimo wszystko nie był to przeciwnik, którego można było zlekceważyć. Macki, na końca mające grubość męskich przedramion przedramion potężniały bliżej cielska i pod wodę zanurzały się mając już grubość uda. Stwór wydał z siebie tym razem oszalały ryk i wyrzucił przed siebie obłe, najeżone przyssawkami odnóża, celując w stojącego na wilgotnym piachu człowieka.

Godar zamachnął się i ciął poprzecznym uderzeniem miecza jedną z macek, które ku niemu sięgnęły. Ostrze wbiło się w sprężyste ciało i utknęło. Czarny szarpnął, aby wyrwać brzeszczot z macki, ale w tym momencie druga podcięła mu nogi i powaliła go na ziemię. Fosforyzujące światło przygasło nieco, a potem rozjarzyło się na powrót. Kraken podpłynął do brzegu i wydźwignął cielsko na brzeg. Gigantyczny dziób rozwarł się w skrzekliwym zewie a kościane kolce w jego wnętrzu zazgrzytały o siebie. Człowiek szarpnął za rękojeść miecza i wyrwał go z macki. Błękitna posoka spłynęła na piach obficie. Stwór, rozwścieczony najwyraźniej niespotykanym dotąd oporem pełznął szybko w kierunku ofiary. Macki wydłużyły się i wystrzeliły w kierunku człowieka, a potem owinąwszy się wokół jego bioder i torsu przyciągnęły go w kierunku kłapiącego dzioba. Godar wstrzymał oddech i wzniósł miecz nad głowę ostrzem naprzód. Gdy znalazł się już tuż obok kłapiących rogowych szczęk i owionął go smród dobywający się z paszczy wziął zamach obojgiem ramion i z całej siły wraził miecz w oko o kwadratowej źrenicy.

Macki konwulsyjnie zadrgały i na mgnienie oka rozluźniły swój chwyt, więc skorzystał z okazji i wyszarpując brzeszczot z oczodołu krakena wyślizgnął się z monstrualnego uścisku. Doskoczył do stwora jednym susem i zamachem zza głowy wbił ostrze aż bo rękojeść w obłe cielsko tuż nad sterczącymi, wyłupiastymi oczami.

Woda wzburzyła się, skotłowana konwulsjami macek, ale nie tylko. Dwie sylwetki z bolesnym niemalże westchnieniem wychynęły na brzeg. Wyższa z nich, sapiąc ciężko i rzężąc, wzniosła ramię w którym dzierżyła włócznię i wbiła ją z impetem w drugie, zdrowe oko krakena. Ostrze utknęło w miękkiej tkance, lecz pchnięte wytrenowanym ramieniem przebiło ją i zagłębiło się we wnętrzu ośmiorniczego odwłoka. Potem Esele odskoczył na wilgotną ciemną plażę, ciągnąc za sobą nieledwo zemdloną Walerię. Godar wyszarpnął z cielska swój miecz wywołując tym fontannę posoki i również wycofał się ich śladami. Kraken skrzeknął żałośnie, macki konwulsyjnie zadrgały i paskudne cielsko zanurzyło się pod powierzchnią. Upiorny blask stopniowo przygasł.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *