Rozdział 8 – Bolączki uzurpatora

– W imieniu króla Botonengi, za karygodne zaniedbanie swoich obowiązków, zarządzam wyrok śmierci. Wykonany zostanie poprzez ścięcie – oznajmił herold, stojąc na podwyższeniu. Strażnicy, który jeszcze kilka dni temu strzegli lochów, stali długim rzędem, skuci, na głównym placu miejskim. Część z nich szarpała się i złorzeczyła uzurpatorowi, lecz dostali taką szkołę od żołdaków, że większości nie chciało się już otwierać gęby, a dla części byłoby to doświadczenie zbyt bolesne.

– Wykonać – zarządził Botonenga i patrzył, jak jednego po drugim ścinają strażników. Ludzie ci zawiedli go, co zostało wyraźnie podkreślone w odczytanym wyroku, aby nikt nie miał wątpliwości, że król poważnie traktuje swój stan i swoje wymagania wobec poddanych.

Głowy spadały na bruk jedna za drugą, a tu i ówdzie spośród tłumu dobiegały krzyki i jęki, gdy egzekucję obserwował  ktoś z bliskich. Kiedy już ostatni z pechowców został ścięty, ich głowy zatknięto na długich tyczkach i wystawiono na widok publiczny na miejskich murach.

Botonenga wspominał egzekucję, pierwszą – lecz z pewnością nie ostatnią – w swojej karierze w  roli króla, wpatrując się w morze, widoczne przez małe okienko w jego prywatnej komnacie. Wybrał ją sobie po zajęciu pałacu; nie była może bardzo okazała, ale kiedy próbował skorzystać z królewskiej sypialni pierwszej nocy po udanym zamachu stanu, nie był zdolny usnąć. Trudno powiedzieć, czy bardziej przerażał go ogrom pomieszczenia i łoże, które mogłoby robić za pokład niedużego slupa, czy też przyczyny leżały raczej w nim samy, a konkretnie – czy gryzło go sumienie. Botonenga, stary pirat, który w życiu z niejednego pieca jadł chce, na niejednym pokładzie wywinął orła w czasie sztormu i pod niejednym pręgierzem gnił w gorącym słońcu, zawsze jednak jakoś ratując skórę, był skłonny przypisać swój niespokojny sen tej pierwszej przyczynie. Sumienie, o ile kiedykolwiek je miał, porzucił już dawno a sam jego koncept zatarł się w jego pamięci, jako wspomnienie czegoś uciążliwego i bezużytecznego.

A jednak wspomnienie zdetronizowanego króla Godara doprowadzało go teraz do nerwowych spazmów. Nie było to jednak poczucie winy, w żadnym wypadku. Botonenga dopuścił się zdrady nie pierwszy i nie ostatni raz. To była cena jego własnego dostatniego żywota, więc gdy zachodziła taka potrzeba, sprzedawał, dźgał, oddawał w ręce wrogów i w innych dogodny a skuteczny w danej chwili sposób pozbywał się swoich dotychczasowych sprzymierzeńców. Kiedy więc natrafił na ślad dawnego spisku, knutego przez tego głupca i karierowicza Eselego. Stare, nic nie warte listy, wystarczyły jednak aby uknuć misterną pajęczynę zdrady. Najlepsze było to, że za jednym zamachem pozbył się dwóch ludzi, którzy mu przeszkadzali i stali na przeszkodzie do wreszcie spokojnego i bogatego żywota.

Usunął ze swojego otoczenia zarówno Godara, którego zwierzchność zaczęła mu już ciążyć. Tępy barbarzyńca traktował go jak chłopca na posyłki. Oczywiście, mianował go generałem, ale gówno warte było to mianowanie, skoro zamiast spokojnie grzać kościsty tyłek w pałacu, chędożyć, pić wino i obżerać się, musiał włóczyć się po przeklętej przez wszystkich bogów tego świata pustyni. Piach… Botonenga nienawidził piachu. Drobny, gryzący, wszędzie się przedostawał i uprzykrzał żywot. To prawda, że ze swoich generalskich obowiązków starał się wywiązywać na tyle skutecznie, żeby nie narazić się na gniew władcy, ale też aby się przy tym za bardzo nie narobić. Udało mu się znaleźć ładną oazę na skraju morza piasków, gdzie ustanowił swoją stałą kwaterę i stamtąd mniej lub bardziej skutecznie zarządzał działaniami zbrojnymi, które wkrótce ograniczyły się do zdzierania z miejscowej ludności odpowiednio wysokiej daniny. Część przekazywał do zamku razem z mniej lub bardziej spreparowanymi raportami, część natomiast zachowywał dla siebie – wszystkie te dobre należały mu się za poświęcenia, jakie ponosił w imię króla z Cloigeann.

Króla! Uzurpatora, a nie żadnego króla! Ten przybłęda z północy, który pływał z nimi na pirackich statkach odznaczał się owszem, niepospolitą siłą, sprytem, był zmyślny, ale nie miał wcale większych praw do tronu niż ktokolwiek inny. Że on poprowadził szturm? Cóż, gdyby nie piraci skrzyknięci przez Botonengę nie miałby kogo poprowadzić, więc jego pierwszeństwo było wątpliwe. Utrata tronu na rzecz starego pirata była jak najbardziej naturalną koleją rzeczy. A przy tym Botonenga swój zamach stanu przeprowadził dużo sprawniej i czyściej, nie wytracając przy tym masy ludzi w niepotrzebnych rozlewie krwi! O tak, należał mu się ten tron już dawno.

Dodatkową osłodą był fakt, że udało mu się w całej tej intrydze przydzielić centralną rolę Eselemu. Wstrętny szczeniak, który – chociaż był wrogiem – dostał lepsze przywileje po niesłusznym objęciu tronu przez Czarnobrodego. Podczas gry Botonenga z generalską rangą został faktycznie wygnany na pustynię, ten pies grzał swoją owiniętą w czerwony płaszcz dupę w twierdzy, gdzie musiał jedynie pilnować porządku na miejskim targowisku. Podczas gdy Botonenga, w piaskowej burzy kruszył miecze dla chwały Cliogeann, ten cały Esele, wstrętny lizus i przypochlebca, co najwyżej czasem musiał rozdzielić parę ciosów pałkom co bardziej krewkim przekupniom albo podpitym marynarzom. Niesprawiedliwość ta dziejowa kłuła generała w oczy coraz bardziej z każdym mijającym dniem, księżycem i rokiem, gdy przeżuwał swoje zgryzoty w czasie niewystarczająco jak na jego gust licznych wizyt w pałacu, gdy mógł znów poczuć się jak człowiek, a nie jak pirackie ścierwo.

I wtedy wreszcie – listy tego, pożalcie się bogowie dowódcy gwardii, które w jego rękach stały się niczym oręż. Pająk zdrady utkał swoją sieć sprawnie i szybko, opierając się na tej jednej nici i wkrótce rozgałęziła się ona w wielką pajęczynę. Jakże się cieszył, gdy na jego oczach przykuwano nieprzytomnego Godara do ściany na najniższym poziomie lochów! Wciąż jeszcze miał pod powiekami ten ostatni jego obraz, gdy wychodził, zabierając ze sobą światło, a nieprzytomny tępak znad Litorynu zostawał tam – jak mniemał Botonenga – na śmierć głodową.

Och, jakże cieszył się patrząc, jak jego wierni towarzysze, wojenni piraccy bracia Krig, Codagh i Rhyfel okładają tego paniczyka z gwardii pałkami! Jęki bitego brzmiały jak najlepsza muzyka. Wreszcie nie będzie taki pewny siebie, honorowy paniczyku! Skończą się twoje przymilne podrygi wokół tronu Granitowego Pałacu. Ach, jakże szczęśliwy był wtedy Botonenga, szczęśliwy tak, że euforia nie opuściła go przez następne dni podczas snu, chędożenia łaziebnych, ucztowania i upijania się do nieprzytomności tak, jak zawsze uwielbiał to czynić. Życie stało się nagle bardzo dobre. Czekał też na moment, kiedy będzie mógł wyprowadzić Eselego na miejski plac i obwiesić go tam po piracku, za żebra, ogłaszając go zdrajcą i królobójcą, a potem obwołać siebie królem w oczach cloigeańskich poddanych.

Ach, jakiego dostał napadu wściekłości, kiedy dowiedział się, że wszystkie jego plany wzięły w łeb. Rzucił się wtedy na żołnierza, który przybiegł z wieściami prosto z lochów i zadusił go gołymi rękami, wyłupiając mu kciukami oczy i wrzeszcząc jak potępieniec, a nikt z obecnych nie odważył się nawet odezwać słowem, co dopiero zareagować na napad szału starego pirata!

Nie skończyło się zresztą na tym. Gdy zbiegł w furii do lochów i ujrzał ciała pozabijanych strażników, puste okowy oraz opustoszałą, pełną szczurzych trucheł celę, gdzie miał gnić barbarzyńca, kazał swoim zaufanym ludziom wyrżnąć w pień wszystkich strażników, niezależnie czy pełnili wtedy służbę w lochach. Ich głowy gniły teraz ponadziewane na długie tyczki na miejskich murach, stając się łupem dla padlinożernych pustynnych ptaków, których chrapliwe pokrzykiwania dobiegały go nawet teraz, w tej zacisznej, prywatnej komnacie na szczycie wieży w twierdzy, gdzie szukał spokoju korzystając z jadła i dużych ilości wina. Teraz jednak nie byłą ona ani zaciszna, ani prywatna.

– Jeszcze raz – zażądał, nie odwracając się do stojących przy drzwiach oficerów. Ludzi zaufanych, z którymi gnił w piaskach pustyni i u boku których potykał się z brudnymi, czarnymi dzikusami z południa, którzy żyli jak zwierzęta na wielkich trawiastych równinach, prymitywni, tępi i bojaźliwi wobec potęgi białych z północy.

– Jeszcze raz niech któryś z was, psie kuśki, wytłumaczy mi, jakim to cudem ten kurwesyn z północy nie dość, że wydostał się z celi, to jeszcze najwyraźniej umknął z lochów nie zostawiając po sobie nawet śladu.

– Panie, strażnicy mogli kłamać, kiedyśmy ich przesłuchiwali! – zająknął się jeden z żołnierzy.

– Z obcęgami na jajach nikt jeszcze nie kłamał! – wrzasnął Botonenga. – Zresztą jakim cudem tych dwóch ludzi prześlizgnęłoby się niepostrzeżenie przez miasto? Szczególnie, że jeden był nieprzytomny z pobicia, a drugi jest wielki jak pieprzona góra!

– Panie… – zaczął znów żołnierz, ale nie dokończył, bo król-pirat szybkim krokiem podszedł do niego i uderzył go w twarz wierzchem dłoni. Zebrani nerwowo postąpili krok w tył.

– Mogli uciec przez lochy – uderzony wypluł ząb i splunął krwią na podłogę. – Tam jest podwodny korytarz.

Uzurpatora jakby trafił grom z jasnego nieba. Zaczął wymachiwać rękami, wrzeszczeć jak potępieniec, przeklinając w kilku językach popularnych nad basenem Morza Wewnętrznego i rzucać przedmiotami. Uspokoił się wreszcie dopiero, kiedy na głowie jednego z oficerów roztrzaskał dzban z winem, a jego zawartość chlusnęła mu w twarz.

– Macie przeszukać wszystkie jaskinie, macie znaleźć drogę, którą uciekł. Wysłać zbrojnych wszystkimi szlakami, które wychodzą z Cloigeann, dopędzić i przetrzepać każdą karawanę, która wyruszyła z miasta przez ostatnie pół księżyca. Albo znaleźć mi utopione ścierwa tych dwóch.

Oficerowie w popłochu opuścili komnatę króla. Botonenga koronował się, chociaż brak egzekucji byłego dowódcy gwardii skutecznie zwarzył mu humor, co nadrobił upijając się do nieprzytomności na uczcie koronacyjnej. W lochach nie znaleziono żadnych ciał, podobnie jak w nadchodzących dniach nie udało się odszukać zbiegów w żadnej grupie, która opuściła nadmorską twierdzę. Jedynym pocieszeniem był fakt, że znaleziono studnię prowadzącą do zalanych wodą kawern, głęboko po poziomem lochów. Rosły wokół niej szkaradne, świecące w ciemnościach grzyby.

Trzech ludzi utopiło się próbując sprawdzić, dokąd prowadzi podwodny korytarz i czy da się nim wydostać na wolność. Ich ciała nigdy nie wypłynęły na powierzchnię, ani w podziemnej studni ani w morzu otaczających urwisko, więc Botonenga po cichu liczył, że ten sam los spotkał zdetronizowanego Godara i tego przybłędę Eselego. Wraz z upływem czasu i dużą pomocą wina zaczął nawet znowu lepiej sypiać.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *