Rozdział 2 – Szczury w ciemnościach

Ciemność spowijała wszystko, ale nie była to ciemność, która przynosi ukojenie. Nie był to mrok nocy przebity gdzieniegdzie srebrem księżyca i wypełniony dalekim zaśpiewem cykad kryjących się wśród długich liści akacji. Nie była to ciemność komnaty złamana jedynie pobłyskiem dogorywającego żaru, kiedy człek sprawiedliwie umęczony dziennym znojem złoży głowę na łożu i oczy zamknie. Nie była to też wieczysta ciemność śmierci i wiecznego odpoczywania.

Była to ciemność zimna, ciemność wypełniona wilgocią, ciemność pełna odległych jęków i przesycającego wszystko bólu, ciemność obramowana szkarłatem krwi, czerwienią rozpalonego żelaza, rdzą żrącą żelazo, ciemność pełna cieni i szarości kamienia, pełna burego futra i pisków robactwa.

Do takiej ciemności obudził się król Godar Czarny a gdy się obudził, nie był już królem.

Lochy ciągnęły się pod całym Cloigeann, wielkim, rozgałęzionym labiryntem pełnym krzyżujących się i rozwidlających korytarzy. Za czasów Godara zostały nieco zaniedbane, bo wykorzystywano jedynie pierwszy ich poziom, gdzie trafiali miejscy rzezimieszkowie, karciani kanciarze i drobni dłużnicy. Spędzali tam zwykle kilka dni, sporadycznie kilka tygodni, niepotrzebny więc był rozbudowany system cel ani karcery. Król Godar wierzył w sprawiedliwość – jeśli przestępstwo wykraczało ponad wymienione wyżej drobnostki wyrok był dwojaki – śmierć na rynku lub wygnanie na pustynię. To drugie dawało delikwentowi pewne –stanowczo wyższe – szanse ocalenia, wystarczyło bowiem umknąć z jedną z karawan idących w trzy strony świata. Zdarzało się, że i w przypadku tego pierwszego przybywało ułaskawienie, gdy już winny złożył głowę na pniaku bądź stanął pod stryczkiem.

Lochy jednak nie robiły sobie nic z aktualnych potrzeb Godara Barbarzyńcy i istniały niezależnie od jego potrzeb. Pod pierwszym poziomem krzyżujących się korytarzy i cel schodziły niżej, wijącymi się galeriami, długimi przejściami o ścianach z szarego głazu, wykutymi wprost w skale, mrocznymi, zimnymi i wilgotnymi. Popularne wśród mieszczan plotki głosiły, że na najniższym poziomie są naturalne pieczary wypłukane przez  wodę w granitowym masywie, a nad wypełnionym czarną wodą podziemnym jeziorem żyją odmieńce i miejskie wyrzutki, dla których nie było już miejsca na powierzchni.

Król Cloigeann znał te wszystkie historie lecz nie poświęcał im zbytnio uwagi. Nie należał jednak do ludzi, którzy po niewczasie się trują wyrzucaniem sobie zaniedbań, więc kiedy się ocknął, nie tracił czasu na próżne żale. Założenie, że znajduje się w lochach pod twierdzą było najsensowniejsze w jego sytuacji – prawdę mówiąc była to jedyna opcja, która została pod odrzuceniu pomysłów nieprawdopodobnych, musiała więc być prawdziwa . A skoro w lochach był, to zasadniczym zadaniem na nadchodzący czas była zmiana tego stanu na przeciwny.

Co, zważywszy jego sytuację, było zadaniem wyraźnie problematycznym. Godar półleżał pod kamienną ścianą, przynajmniej tak informowało go obolałe ciało. Ręce miał skute w przegubach żelaznymi obręczami i podciągnięte na łańcuchach umocowanych gdzieś w górze. Podzwaniały metalicznie przy każdym ruchu. Ramiona zdetronizowanego króla były obolałe i pokryte lepkimi zaciekami, znak, że otarcia krwawiły, musiał więc półwisieć przykuty do ściany wystarczająco długo. Bolały go plecy i biodra, co było kolejną wskazówką co do przedłużającego się czasu uwięzienia w lochu. Największy problem jednak sprawiała mu głowa – ciążąca, ćmiąca, kołująca. Chociaż otaczały go ciemności w których orientował się tylko dzięki dźwiękom i ograniczonemu dotykowi, czuł, że gdyby tylko jego wzrok przeniknął mroki, to wszystko wokół by wirowało.

Chwilę zastanawiał się, na jakim etapie ten psi zwis Botonenga zatruł wino. Czy wprowadzony w to był tępy młody posługacz i dlatego zachowywał się jak przygłup, czy też zdradziecki generał dosypał mu trucizny już w ostatniej chwili, kiedy zostali w sali tronowej bez postronnych świadków? Czarny bawił się tymi myślami zaledwie przez chwilę, potem odłożył je, skupiając się na bieżącej sytuacji i wychodząc z założenia, że odciąć tępy łeb pirata zdąży w każdej dowolnej chwili w przyszłości bliższej lub dalszej.

Zaczął od podciągnięcia się na skuwających go łańcuchach. Schwycił je w dłonie i dźwignął się w górę. Wysiłek zastałych nie wiadomo od jak dawna mięśni wynagrodzony został ostrym lecz krótkim bólem. Otarcia na nadgarstkach dały znać o sobie udręką mniejszą lecz bardziej permanentną, świeża strużka krwi spłynęła mu po ramieniu i po barku, aż zaschła na piersi szerokiej jak wieczny lód, który ponoć zalega całą ziemię w miejscu, gdzie noc trwa przez wiele miesięcy, potem zaś słońce miesiącami nie zachodzi, jedynie wisząc nad horyzontem. Barbarzyńca sapnął, nie tyle z cierpienia, do którego przyzwyczajony był  zarówno jego umysł zahartowany przez wiele stoczonych walk jak i jego ciało, noszące siateczkę drobnych i większych blizn, ile z irytacji, kiedy podciągnąwszy się do siadu odkrył, że nogi również ma przykute do podłogi łańcuchem. Łańcuch ów zagrzechotał, zazgrzytał i pociągnął za obręcze skuwające kostki zdradzonego króla. Stalowe ogniwa przesunęły się po kamiennym dnie lochu i zagrzechotały gdzieś nad głową więźnia, płosząc na chwilę szczury popiskujące w kątach celi.

To dawało pewną nadzieję, bo najwyraźniej łańcuch był jeden, przeciągnięty przez dwa zamontowane w ścianie i podłodze pierścienie. Godar wziął głęboki wdech, napiął ramiona i zaczął ciągnąć, mając nadzieję, że któreś z ogniw okaże się wystarczająco przerdzewiałe, aby puścić i pozwolić mu uwolnić się z okowów. Zaciskając zęby ponawiał tę operację kilkukrotnie, lecz prócz narastającego bólu ramion i kilku nowych otarć pod obręczami skuwającymi jego nogi nie przyniosła ona żadnych realnych rezultatów. Zrezygnował więc, wychodząc z założenia, że w tym starciu większe są szanse, że podda się jego ciało nie zaś zimna stal. A ono było mu potrzebne w jak najlepszy stanie.

Nie zniechęcony zaczął badać celę dostępnymi sposobami, czyli obmacywać ścianę i okowy dłońmi oraz macać nogami wokół siebie. Sposób ten był o tyle nieefektywny, że zasięg łańcucha ograniczył zakres zwiadu w sposób radykalny. Wiedza rozpoznawcza osiągnięta tą drogą też nie prezentowała się imponująco, żeby nie powiedzieć, że wszystkie wykonane czynności nie wniosły nic do rozeznania sprawy, jakie Godar Czarny miał w momencie odzyskania przytomności. Porzucił więc próby empirycznego badania swojej sytuacji i skłonił się ku logice i analizie. Ciemność wokół trwała niewzruszona, zaś godziny płynęły jedna za drugą niepostrzeżenie, uciekając w mrok i gubiąc się w bezczasowym uwięzieniu. Jedynym wyznacznikiem mijających godzin okazał się ostatecznie żołądek więźnia, którego skurcze z głodu sygnalizowały upływ czasu dość regularnie chociaż nieprecyzyjnie.

Jakkolwiek jednak czas płynął, chociaż zdawałoby się, że stanął, dla Godara stało się jasne, że dla niego prawdopodobnie się już skończył. Na ile znał pałacowe intrygi i zasady przewrotów u władzy, domyślał się, że Botonenga wstąpił na tron nadmorskiej twierdzy znajdując bez wątpienia jakąś legitymizację tej nieco nieoczekiwanej zamiany. Poświęcił chwilę Eselemu i jego roli w tym wszystkim. Dowódca gwardii przyznał się do autorstwa pergaminów, których pobieżna lektura dawała wrażenie, że są próbą – chociaż napisaną językiem oględnym i dyplomatycznym – układania się z jakąś grupą ludzi, której na rękę byłoby obalenie władcy. Barbarzyńcy trudno było uwierzyć w zdradę dzielnego gwardzisty, z drugiej strony on sam wydał na siebie wyrok. Niejasna była jednak jego rola w obliczu późniejszej – tym razem już oczywistej i pewnej – zdrady tego starego kutasa Botonengi. Więzień zaklął szpetnie pod nosem i pożałował przez jedną krótką chwilę, że gdy wspinali się z morza na urwisko z planem zdobycia Cloigeann nie wymierzył soczystego kopniaka w tej wredny ryj i nie strącił pirata w kipiel na skałach poniżej urwiska.

Głód, zmęczenie i osłabienie zaczęły dawać znać o sobie z coraz większą mocą. Szczury powyłaziły z nor i teraz dreptały po nogach i torsie Godara. Jeden z nich zapuścił się wyżej, zwabiony widać zapachem krwi zakrzepłej na muskularnych ramionach. Drobne pazurki zaskrobały o obojczyk barbarzyńcy a ostry pisk spłoszył pozostałe gryzonie, gdy twarde zęby człowieka zacisnęły się na karku szczura, miażdżąc mu kręgosłup. Człowiek szarpnął głową i wypluł truchło, które potoczyło się po kamiennych płytach. Zrobiło się małe zamieszanie i reszta rzuciła się na niefortunnego towarzysza, szybko rozprawiając się z tuszką.

– Szlag – skomentował Godar. Jego głos w ciemnościach zabrzmiał ochryple i w pewien sposób smutno.  – Trzeba było cię pożreć, zmarnowałem dobre mięso…

Zamilkł, zniechęcony brzmieniem własnego głosu, który wydał mu się w ciemnościach słaby i stary. Zamarł bez ruchu, kontemplując ten nowy plan. Wkrótce ustały piski i odgłosy walk nad ciałem powalonego towarzysza i zdradzony król poczuł, jak kolejny gryzoń wspina się po skórzanych spodniach i nabijanym czerwonymi ćwiekami kaftanie, pnąc się w górę. Pazurki zaskrobały o metal, potem dotknęły skóry człowieka, ale szczur ześlizgnął się, nieświadom tego, że właśnie uratował życie. Wkrótce jednak kolejny podreptał w jego ślady i ten miał mniej szczęścia. Zdążył wydać ostry ostrzegawczy pisk, gdy zacisnęły się na nim zęby. Barbarzyńca ścisnął szczęki i przebił skórę, wysysając metalicznie smakującą krew i czując jak życie zaczyna w nim krążyć wraz z ciepłem spływającym do szarpanego spazmami głodu żołądka. Reszta gryzoni rozpierzchła się w trwodze, ale zatrzymała w pewnej odległości wabiona zapachem świeżej krwi i rozochocona dopiero co zakończoną ucztą nad ciałem pierwszego pechowego pobratymcy.

Godar Czarnobrody, spowity wilgotnym, pełnym ech mrokiem trwał niewzruszenie przykuty do kamiennych ścian grubym łańcuchem i wysysał zagryzione szczury, które nieomal same pchały się na zbryzganą posoką pierś upadłego króla. Trudno było uznać, że zaspokoił trawiący go głód, lecz życiodajna krew pozwoliła mu odzyskać jako taką jasność umysłu i przywróciła jego wolę walki. Odrzucając ostatnią pokąsaną tuszkę i wypluwając kępki sierści napiął ramiona i znów z całej siły naparł na skuwający go łańcuch, przeciągnięty przez metalowy pierścień gdzieś ponad jego głową. Rozległ się zgrzyt, gdy ogniwa zaszurały o mocowanie i naprężyły się, spłoszyły się szczury już nieco leniwie ucztujące na wyssanych z krwi lecz pełnych ciała zagryzionych pobratymcach. Były jednak tak nażarte, że raczyły się jedynie leniwie rozejść, zamiast pierzchać na boki jak wcześniej.

Łańcuch zazgrzytał, brzęknęły pierścienie, drżenie przeszło przez kamienie ściany i posadzki i na tym wszystko się skończyło. Kajdany skuwające Godara pozostały niewzruszone w obliczu jego mocno uszczuplonej siły i wielce nieimponującego obecnie majestatu. Więzień westchnął, poprawił się przybierając możliwie najmniej nieznośną z dostępnych w tej niefortunnej sytuacji pozycję i pozwolił sobie zapaść w drzemkę. Gorzej niż było już raczej być nie mogło – co najwyżej mógł zostać w lochach na zatracenie, przykuty do tej ściany.

Zbudził go dźwięk. Przeguby i kostki ćmiły bólem, poobcierane i nadwerężone. Ciemność wypełnił nowy dogłos, z początku daleki i zanikający, potem, z czasem, coraz bliższy i wyraźniejszy, jakby nabierający zdecydowania. Szuranie, postukiwanie, lekkie odgłosy nie wzbudzające echa, nabierające mocniejszego rytmu. Był to odgłos kroków. Więzień zamarł be ruchu, gotów udawać nadal śpiącego, gdyby miała nadarzyć się okazja do zaatakowania nadchodzących strażników i ucieczki.

Wkrótce zmieniło się coś także w otaczającej go ciemności. Najpierw była to zaledwie sugestia, potem w mrok wdarł się nowy ton, ruch, przeradzający się w taniec cieni w szkarłatnym poblasku. Z daleka nadchodził ktoś niosący pochodnię. Godar przymknął oczy i czekał cierpliwie. Chwile mijały powoli, ale po czasie spędzonym w celi nie zwracał już na to uwagi. Wytężonym słuchem badał i oceniał sytuację. Nadchodziła jedna osoba, raczej młoda, bo kroki były lekkie, do tego najwyraźniej nie znająca zbyt dobrze drogi. Pod powiekami zdetronizowanego króla zatańczyły kolory i przez ledwo uchylone wdarło się światło, czerwony, pełgający blask ognia z łuczywa. Rozległo się ostre, zduszone westchnienie. Westchnienie, które Godar poznałby w każdej sytuacji, bo słyszał je wiele, wiele razy.

Waleria dopadła do niego i chwilę miotała się, nie wiedząc, co zrobić z łuczywem. Wreszcie po prostu rzuciła je na kamienie i dłońmi objęła twarz swojego króla.

– Więc to prawda i ty żyjesz… Co te kurwie syny ci zrobiły, mój królu… – wyszeptała zdjęta grozą. Jeśliby Godar miał jakieś wątpliwości, w jakich zamiarach przybyła tutaj jego ulubiona służebna, to tym zwrotem, tak jednocześnie oficjalnym i tak w jej ustach czułym rozwiała jego wątpliwości.

– Jakie to szczęście, że cię wreszcie znalazłam, już traciłam nadzieję, mój królu! – wyszeptała drżącym głosem. Ściągnęła z ramienia płócienny worek i rzuciła opodal.

– Gówno już ze mnie, a nie król. Gniję w piwnicy, jak sterta śmierdzących warzyw – wychrypiał Godar i zaniósł się kaszlem. – A i z tronu zdjęli mnie pucharem wina, nawet nie kijem, że o mieczu nie wspomnę.

Podciągnął się przytrzymując łańcuchy.

– Gówno ze mnie, a nie król. Hańba wojownika.

Waleria z lekką zgrozą patrzyła na Czarnego w pełgającym świetle łuczywa.

– Nie patrz tak, dziewczyno, tylko poświeć na te okowy – zrugał ją lekko. Sięgnęła po łuczywo i poświeciła w górę. Gruby łańcuch przechodził przez metalowy pierścień, spinał razem klamry na nadgarstkach więźnia, opadał do kolejnej pary u stóp i znów zawijał się wokół pierścienia w podłodze i biegł dalej. Podążyli za nim spojrzeniem i oboje zdębieli. Ostatnie luźne ogniwa owinięte były wokół sterczącego z podłogi pręta. Barbarzyńca zaniósł się ochrypłym śmiechem, trzęsąc się, aż zadzwoniły łańcuchy.

– No to się nie postarali… – skonstatowała Waleria.

– Nie – przyznał Godar. – Chyba nikt nie spodziewał się, że ciebie czy kogokolwiek mi przychylnego tutaj przygna jakaś cholera. Sam będąc mógłbym tu zgnić i czekać spokojnie na niezapowiedzianą acz mało niespodziewaną wizytę Tloluvina.

– Taki był najwyraźniej plan – Waleria podeszła do łańcuchów i szarpnęła. – Posuń się nieco, za bardzo napięte.

Godar przesunął swoje potężne ciało i napięty łańcuch nieco opadł. Dziewczyna pociągnęła za koniec i z pewnym trudem zsunęła go z metalowego kołka. Zabrzęczały  ogniwa upuszczone na kamienie, król szarpnął się i jeden koniec wysunął się z obręczy obejmujących jego kostki. Z głośnym jękiem wstał, przytrzymując się łańcucha, zdrętwiałe nogi prawie odmówiły mu posłuszeństwa. Zachwiał się i musiał przytrzymać pierścienia w ścianie. Waleria podbiegła go podtrzymać, ale on już wyplątywał się z więzów. W kilka chwil stał wolny, ciężko opierając się o ścianę.

– Wody – wychrypiał. Sięgnęła po worek i wyciągnęła z niego skórzany bukłak. Przyssał się do niego i niecierpliwie ciągnął życiodajną zawartość.

– Co oni ci zrobili?! – spytała Waleria, patrząc na warstwy skrzepniętej krwi, pokrywającej jego szeroki tors.

– Ach, to… sam sobie to zrobiłem – odparł odejmując bukłak od ust i lekkim skinieniem głowy wskazując na wyjedzone przez pobratymców szczurze truchła poniewierające się po podłodze. – To nie moja krew, to ich.

Oddał dziewczynie bukłak i otarł usta wierzchem dłoni.

– Ile to trwało? – zapytał rzeczowo. Teraz, kiedy już się doprowadził ponownie do użytku, można było poświęcić uwagę sprawom mniej kluczowym. –  Mam na myśli ile czasu gniłem w tym lochu?

– Sześć dni i nocy – Waleria spuściła wzrok. – Wybacz, że nie dałam rady odnaleźć się wcześniej, umieścili cię na czwartym poziomie. Z rozmów, jakie udało mi się dosłyszeć, Botonenga bał się zabić króla. Wierzy, że to sprowadzi na niego klątwę. Wszystkim jednak powiedział, żeś zginął z ręki Eselego, dźgnięty zatrutym ostrzem. Wyprawił ci wystawny pogrzeb a ciało spalił na modłę ludzi z północy.

– Ten piracki śmieć – Godar splunął na kamienie. – Powinienem był mu ukręcić łeb przy samej dupie i nasikać do szyi, kiedym go pierwszy raz zobaczył na tej spróchniałej łajbie, którą pływał rabując rybaków nim go uczyniłem generałem po zdobyciu tej pustynnej nory… Okrzyknął się już królem?

– Jedynie namiestnikiem, chociaż wojsko z pewnością go zaraz posadzi na tronie.

Godar wolnym krokiem przemierzał loch, ręce to zakładał na plecy, to wyciągał przed siebie i napinał mięśnie, aby pozbyć się znużenia ostatnich dni.

– A co z Eselem, pewnie pokazowo stracił zdrajcę? – obrócił się ku dziewczynie.

– Nie, lecz zamierza. Ogłosił, że wyrok na królobójcy wykonany zostanie w dziesięć dni po twoim pogrzebie. To znaczy pogrzebie króla. To znaczy kogokolwiek on kazał na stosie spalić, chociaż przyznam, że ciało wyglądało jak twoje i póki cię nie ujrzałam, nie mogłam w pełni uwierzyć w to, że żyjesz, chociaż na to wskazywały rozmowy Botonengi z przybocznymi. Jednak w łaźni gdy leje się wino bywa, że język nieopatrznie powie coś, czego głowa by raczej wolała nie powiedzieć…

– Nikt zaś z tych armijnych psów nie wiedział, że niewolna Waleria nie jest zwykłą łaziebną, tylko kochanicą barbarzyńcy znad Litorynu – dopowiedział Godar. – Ocaliłaś dzięki temu życie swoje i moje, dziewczyno i uwierz mi, gdy już wyjdziemy cało z tej kabały, nie omieszkam ci okazać swojej wdzięczności, jakiekolwiek okoliczności będą miały wtedy miejsce. Czy wiesz, że gdzie przetrzymują Eselego?

– Wiem, mój królu, lecz porzuć teraz myśl zemście i uciekajmy!

– Jak chcesz niby uciec z tego spleśniałego kamiennego burdelu? – roześmiał się sardonicznie. – Czyżbyś myślała o przebraniu mnie za sługę?

Z jej oczu wyczytał prawdę i ryknął śmiechem jeszcze silniejszym. Echa szybko gasły w załomach korytarzy, zresztą upojony tym, że znów jest żywy i może walczyć, Godar nie robił sobie wiele z niebezpieczeństwa, że ktoś ten śmiech mógłby usłyszeć.

– Od razu może za dziewkę łaziebną, bo te zwracają mniej uwagi – rzucił. Napiął ramiona, aż zatrzeszczał skórzany kaftan. – Patrz, mała Walerio, cycki ma Godar z północy dwakroć większe jak ty!

Nie wytrzymała i także się roześmiała, bijąc go dłonią po głowie w udawanym gniewie. Wreszcie barbarzyńca umilkł.

– Esele to nasza jedyna szansa. Musimy go odbić!

– Nie rozumiem… Nawet jeśli cię nie zabił, to czyż nie zdradził cię naprawdę?

– Zdradził albo i nie, do zdrady się nie przyznał, jedynie do napisania zdradzieckich pism, ja zaś zbyt szybko podniosłem na niego rękę i pokarali mnie bogowie. Pośpiech i działanie dobre są na polu bitwy. Co miłe jest jednak Korisowi Gormańczykowi, niekoniecznie jest miłe Cromowi. Zaś ucieszył się z całej awantury jak zwykle jedynie Tloluvin. Czy wiesz, gdzie trzymają mojego dowódcę gwardii?

– Wiem, królu, lecz strzegą go liczni żołnierze – odparła dziewczyna.

– A to już ich problem, słodka Walerio. Gdy służysz złemu panu, musisz spodziewać się, że los przyniesie ci rzeczy złe – odparł barbarzyńca. – Prowadź więc. I powiedz, że masz coś w tej sakwie do żarcia, bo nikt się jeszcze wprawdzie z głodu nie zesrał, ale tydzień postu wolałbym odbywać w celach bogobojnych, nie zaś pod przymusem…

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *