Rozdział 1 – Królewscy towarzysze

– Zostawcie mnie w spokoju! – król Godar niecierpliwym ruchem odgonił łaziebne, które ciżbą tłoczyły się wokół niego. Przepasał wokół bioder gruby ręcznik i kroczył po kamiennych posadzkach zostawiając mokre ślady. Panny z piskami i chichotem obtańcowywały króla, lecz ten nie poświęcał im już uwagi, chociaż zaledwie kilka chwil wcześniej był wyjątkowo podatny na ich wdzięki.

Frywolny nastrój Godara Czarnego prysł kiedy w komnacie kąpielowej rozległ się ostry ptasi krzyk. Wydał go sokół, który z szumem skrzydeł wylądował na parapecie okna położonego wysoko w grubych murach baszty wychodzącej na południe, w kierunku pustyni. Zaskwirzył i czekał teraz, kręcąc łebkiem na boki i łypiąc ciemnym okiem na zbliżającego się człowieka. Barbarzyńca ujął delikatnie ptaka, który w jego dłoni wyglądał na drobnego i kruchego i pozwolił mu chwycić się swego muskularnego, opalonego przedramienia. Panny łaziebne zapiszczały znów na widok cienkiej strużki krwi, która skapnęła na posadzkę z królewskiej ręki, kiedy szpon sokoła przebił skórę.

Król niewiele robiąc sobie ze skaleczenia delikatnie odplątał cieniutką jedwabną nić i wydobył spod niej zwitek. Podszedł do osadzonego w ścianie świecznika i rozprostował list, odcyfrowując wiadomość w migotliwym świetle.

– Cóż to za wieści, królu? – najstarsza rangą z jego sług podeszła i musnęła wierzchem dłoni wilgotne barki Czarnego. Odruchowo napiął mięśnie i potężny tors stwardniał jak kamień. Dziewczyna chyba nieświadomie na swój sposób powtórzyła jego gest – cofnęła lekko ramiona i małe, sterczące piersi napięły się i wysunęły naprzód. Delikatne jasne sutki zaczerwienione były od ciepła panującego w łaźni. Rude włosy, piegi i dużo jaśniejsza niż zwykle u południowców skóra, zdradzały co nieco na temat pochodzenia dziewczyny. Nie była łaziebną, lecz stała w hierarchii wyżej, zajmowała się ogólnym królewskim dobrostanem. Przez te trzy lata odkąd trafiła pod skrzydła nowego króla, Godar traktował ją prawie jak wolną, nawet dla zabawy wytrenował w szermierce i posługiwaniu się łukiem, ona zaś była uczennicą pilną i zdolną. Stała się też szybko królewską nałożnicą, a potem wzdudzając zazdrość pozostałych wkradła się łaski króla tak, że zaczął ją traktować jak wolną – chociaż formalnie nigdy jej nie wyzwolił.

– Nie dla twoich oczu przeznaczone, Walerio – odparł król. – Powiem ci jedynie, że jeśli są prawdziwe, to są to wieści złe dla niektórych spośród nas.

Na moment zamilkł.

– Mam nadzieję jednak, że nie są to wieści prawdziwe…

– Królu, wiesz, że dla ciebie zrobiłabym wszystko. Jeśli jakoś mogę…

Niecierpliwym ruchem dłoni odgonił Walerię i szybkim krokiem wyszedł z komnaty. Nim jeszcze przekroczył próg zrzucił ręcznik i w kilka chwil później dotarłszy do swojej komnaty i osuszywszy się do reszty, wzuł szybko skórzane spodnie, sandały o twardej podeszwie i nabijany ćwiekami kaftan. Sięgnął po diadem, oznakę swego panowania nad Cloigeann, lecz cofnął rękę i po krótkim namyśle narzucił na ramiona ciemną opończę z kapturem. Nie zwracając niczyjej uwagi wymknął się z baszty i podążył wzdłuż muru na zachód przez nikogo nie niepokojony.

W twierdzy trwało rozgorączkowane ożywienie. Mimo późnej pory i faktu, że słońce dawno już zapadło za horyzont tłumy wędrowały brukowanymi ulicami. Kupieckie wozy turkotały na kamieniach, rozgrzane nocne powietrze przecinały wysokie, śpiewne głosy dziewcząt, pokrzykiwania gwardzistów i chrapliwe odgłosy wielbłądów, uginających się pod ciężarem towarów. Brama pustynna była otwarta, obsadzona pełną załogą i bardzo zatłoczona – potok ludzi wlewał się do twierdzy. Trwały ostatnie przygotowania do dorocznej uczty z okazji wstąpienia króla Godara Czarnobrodego na tron Cloigeann, która miała odbyć się następnego dnia.

Z południa, zachodu i wschodu od wielu dni ściągały do miasta kupieckie karawany. Zarówno królewscy dostawcy wiozący wino, cenne materie i drogocenne metale, jak i pomniejsi handlarze, którzy mieli nadzieję skorzystać raczej z pieniędzy mieszczan i gości. Wśród nich nie brakowało także ludzi o mniej wysublimowanej moralności, którzy cel mieli ten sam – w swoje ręce przejąć cudze pieniądze – lecz nie byli skłonni w zamian za nie świadczyć usług ani oferować towarów. Ci zwykle szybko i w sposób raczej bolesny zawierali znajomość wpierw z gwardzistami dowodzonymi przez Eselego, potem zaś ze stalowymi łańcuchami i zimnymi kamieniami lochów rozciągających się głęboko i szeroko pod całą twierdzą.

Godar Czarny przemykał wśród tej ciżby nie zwracając niczyjej uwagi. Czasem jakaś dziewka gotowa była go zaczepić, lecz wystarczyło, że dostrzegła zły błysk w oku pod kapturem. Gdy zbliżał się do niego gwardzista – złoty pierścień wysunięty spod opończy szybko go uspokajał. Wkrótce barbarzyńca stanął pod żelazną furtą, ukrytą w cieniu starych zabudowań przytulonych do jednej z baszt, znajdującą się w wąskim zaułku osłoniętym miejskimi murami. Dwóch gwardzistów strzegło jej, stojąc pod cyklopowym murem, lecz kiedy nierozpoznany przez nikogo król zbliżył się do furty z pobliskich budynków wysypało się ich jeszcze z tuzin. Bez słowa wysunął spod opończy dłoń ze złotym pierścieniem i warknął coś gardłowo. Szczęknęły odsuwane rygle, zastukały zdejmowane sztaby, zadzwoniły miecze uderzające o pancerze w salucie, gry członkowie miejskiej gwardii rozstąpili się i przepuścili Godara. Ten bez słowa wszedł w ciemny, krótki tunel biegnący u korzenia muru.

Wynurzył się z drugiej strony przez przesmyk przemyślnie osłonięty skałkami porośniętymi rachitycznymi, nadzwyczajnie ciernistymi akacjami. Król wśród nich wyglądał jedynie jak jeden z wielu ulotnych cieni, rzucanych przez poruszane gorącym, pustynnym powiewem rośliny. Stuknął obcas na kamieniu i drugi identyczny, chociaż niższy i stanowczo nie tak potężnie zbudowany cień dołączył do niego.

– Botonenga, ty stary, kłamliwy, piracki śmieciu, jak idą moje sprawy na południu? – zagadnął Godar siadając na głazie sterczącym z nagrzanego po całym dniu piachu. Dowódca królewskiej armii przycupnął obok, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony.

– Twoje sprawy na południu, Godarze, idą zgodnie z planem. Podbiliśmy tereny aż po Ah’aggar, chociaż nie obyło się bez strat. Ale o tym wszystkim wiesz i nie o tym chciałem dziś z tobą mówić… królu.

– Wiem i zostaniesz za to sowicie nagrodzony, ty podły psie – zaśmiał się krótko król i klepnął pirata w plecy tak silnie, że tamten omal nie zleciał z głazu wprost w kolczaste objęcia akacji. – I nie o tym skłonny jestem z tobą dzisiejszej nocy mówić. Czy masz dowody na to, coś mi napisał w wiadomości?

Zdawać się mogło, że Botonenga, piracka gnida, złodziejski pies Botonenga, żylasty postrach rybackich wiosek, który stał się wśród piasków tej rozpalonej pustyni generałem Botonengą, opływającym w złoto i zaszczyty dowódcą i zdobywcą w służbie Godara Czarnego zatarł z zadowoleniem ręce i wyszczerzył swoje nadal trawione szkorbutem zęby. Sięgnął pod okryty pancerzem kaftan i wydobył skórzaną kopertę, z której z kolei wyciągnął plik listów spisanych drobnym, starannym pismem, świetnie znanym królowi. Godar obrócił się ku księżycowi, aby skorzystać z jego srebrzystego światła i szybko przeglądał tę niecodzienną korespondencję.

– Jeśli to prawda…

– To najszczersza prawda, Godarze. Ile lat ci służę? – stary pirat zgiął się nieco zbyt gorliwie w ukłonie, lecz król nie zwrócił na to uwagi. – Od zawsze mówiłem, że zostawienie przy życiu tego cloigeańskiego bękarta źle się skończy.

Czarny zaśmiał się z cicha.

– Powiedziałbym, że bardzo chciałeś wierzyć w jego złe intencje, nie mam racji, Botonengo? Tak bardzo, że musisz teraz pewnie srać po nogach z radości, że wreszcie zdrada Eselego okazała się prawdą a nie jedynie snutą przez ciebie mrzonką…

Pirat schylił głowę i uśmiechnął się krótko, chytrze.

– Nie jest moją sprawą, jak dobierasz sobie współpracowników, chociaż nigdy nie szczędziłem ci swoich rad, kiedy o nie zapytałeś. Dziś mam dla ciebie tylko jedną.

Godar umilkł. Trudno mu było zaakceptować fakt, że honorowy służbista jakim był dowódca jego gwardii mógłby się posunąć do zdrady i knucia spisku tuż pod jego nosem. Jednak listy przedstawione przez Botonengę nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Czarny z niejakim smutkiem przyjął do wiadomości błąd, jaki najwyraźniej popełnił w ocenie tego człowieka i powziął decyzję.

– Pójdziesz ze mną – rozkazał.

– Czy to aby dobry pomysł? – wyraził wątpliwość królewski generał, lecz niezbyt był przekonujący.

– Dobry. Zresztą nie muszę strzępić sobie gęby, bo to ty jesteś moim generałem, a ja jestem twoim królem, pyskaty katabasie. Moją rolą jest rozkazywać, twoją rozkazy wypełniać – zirytował się barbarzyńca. Szybko jednak się opanował. – Czy masz tu swoich ludzi?

Botonenga zgiął się w ukłonie zapewniając  o swojej lojalności. Obrócił się w noc i cicho klasnął w dłonie, a z ciemności wyłoniły się zaraz sylwetki jego przybocznych w zielonych płaszczach będących częścią umundurowania królewskiej armii – trójka braci: Krig, Cogadh i najstarszy z nich Rhyfel. Godar bez słowa zanurzył się w przejście w murze, Botonenga i jego ludzie podążyli za nim. Kiedy wynurzyli się przez furtę po drugiej stronie powitały ich zdziwione spojrzenia gwardzistów. Król szedł teraz z odkrytą głową, kaptur opończy odrzucił na plecy, jego długie czarne włosy lekko falowały w rytm kroków. Gwardziści w purpurowych płaszczach zasalutowali, dotykając mieczami napierśników.

– Wezwijcie dowódcę gwardii miejskiej do mego pałacu – polecił król, nie zwalniając kroku. Jeden z gwardzistów zerwał się do biegu i zniknął za załomem muru. Tupot jego kroków utonął w gwarze ulicy. Przyboczni generała obstąpili króla i torowali mu drogę wśród ciżby. Ludzie spostrzegłszy kto zstąpił na miejski bruk wznosili okrzyki i pozdrawiali czarnowłosego barbarzyńcę, ten jednak nie poświęcał im uwagi, czasem jedynie odruchowo uniósł pięść do ramienia gestem pozdrowienia, podczas gdy jego oblicze pozostawało zacięte i posępne, a zaciśnięte usta ledwo widoczne wśród brody.

Błyskawicznie dotarli do donżonu służącego Godarowi za oficjalną siedzibę. Gwardziści rozstępowali się na boki, ze zdziwieniem śledząc wzrokiem zielone armijne płaszcze, nieczęsto widywane na miejskim bruku, a co dopiero w komnatach króla. Ich miejsce było za murami, w warownych obozach, na posterunkach, wśród piasków Al-kubry i wilgotnych lasów południa, a nie w twierdzy. Żaden jednak ze służących w sercu Cloigeann czerwonych płaszczy nie ośmielił się głośno wyrazić swojego zdziwienia czy nawet spytać króla o powód tej nietypowej wizyty.

– Wezwijcie do mnie dowódcę garnizonu pałacowego – polecił król jednemu z gwardzistów, szybkim krokiem wspinając się po kamiennych schodach na wyższe piętro. – Gdy Esele już tutaj dotrze, niech natychmiast uda się do sali tronowej.

– Rozkaz – wykrzyknął tamten służbiście i biegiem ruszył do koszar pałacowych.

Gdy Godar Czarny dotarł do Sali tronowej był już opanowany. Zasiadł z impetem na ciężkim stolcu z twardego, pustynnego drewna, okutym szlachetnymi metalami, aż zajęczały spojenia tronu. Chwycił opartą o podłokietnik laskę i stuknął nią w podłogę, aż po sali poniosło się echo, które zamarło powoli w mrocznych kątach. Skrzypnęły drzwi gdzieś z boku i do sali wpadł sługa.

– Królu? – spytał, skłaniając głowę.

– Nalej mi wina.

Młodzieniec czym prędzej wybiegł i wrócił zaraz uginając się pod ciężarem dzbana. Ustawił go na stole pod ścianą i zniknął znów, a gdy wrócił dzierżył w dłoniach puchary.

– Albo wstrzymaj się z tym – król wykonał krótki gest ręką. – Na to przyjdzie czas za chwilę.

Otwarły się drzwi i do sali wszedł dowódca oddziału gwardii w donżonie. Zasalutował i stanął przed tronem w oczekiwaniu na rozkazy.

– Królu?

– Stań za tronem – polecił Godar – wszystkiego słuchaj uważnie i nic nie rób, póki ci nie rozkażę.

Gwardzista szybko stanął z tyłu, obok struchlałego sługi, dłoń położył na rękojeści krótkiego miecza. Nie skomentował w żaden sposób obecności wojskowych, chociaż nie umknęło jego uwadze, że dzieje się coś niecodziennego i niekoniecznie sprawy przybiorą dobry obrót dla kogoś.

Otwarły się drzwi i do komnaty wkroczył Esele. Chociaż znać było po nim pośpiech, prezentował się nienagannie. Wysokie sandały były pieczołowicie zasznurowane, pancerz lśnił, czerwony płaszcz obszyty złotem był czysty jak łza, kita na trzymanym pod pachą hełmie sterczała dumnie i nawet pochwa od miecza wyglądała jak świeżo natłuszczona.

– Królu – dowódca gwardii skłonił się, a następnie wyciągnął miecz i zasalutował dotykając nim do napierśnika. Wreszcie rozejrzał się po komnacie.

– Czyżby kampania na południu już się zakończyła?

– Nie całkiem, lecz to kwestia dni. Odepchnęliśmy Nubidyjczyków za Ah’aggar – odparł spokojnie Botonenga. – A jak spokój w mieście? Założę się, że masz pełne ręce roboty…

– Jutrzejsze święto… – zaczął dowódca gwardii ale obu im przerwał głośny łoskot, kiedy Godar z dużą siłą stuknął laską w kamienną podłogę.

– Może byście się tak łaskawie zamknęli? Nie przyszliście tutaj na grzecznościową pogawędkę!

Obaj dowódcy wyprężyli się na baczność z napięciem patrząc na króla.

– Normalnie z przyjemnością pozwoliłbym wam dalej gawędzić, ale dziś są ważniejsze sprawy – Godar Czarny wyciągnął spod opończy plik listów i cisnął je pod nogi Eselemu. – Co możesz mi powiedzieć na ten temat?  Czy to prawdziwe listy i czy to ty je napisałeś? – spytał bez ogródek.

Gwardzista spokojnie schylił się i zebrał rozsypane pisma. Przewertował je i ze zdumieniem spojrzał na rozpartego na tronie barbarzyńcę.

– Królu… Nie wiem, co powiedzieć. Tak. To są moje listy… Ale… – zaczął zdezorientowany.

– Podejdź i zamilcz – zarządzał Godar. Esele przyzwyczajony do posłuchu odruchowo zbliżył się do tronu. Czarny nawet nie biorąc specjalnie zamachu zacisnął dłoń w pięść i strzelił go w pysk aż krew trysnęła na posadzkę.

– Królu! – dowódca gwardii przyklęknął na jedno kolano i wierzchem dłoni otarł krew z nosa. – Pozwól mi wytłumaczyć nieporozumienie, jakie tutaj zaszło…

– Nikt nic nie będzie nikomu tłumaczyć – król dźwignął się z tronu. Obrócił się do dowódcy gwardii pałacowej i surowo spytał – Czyś słyszał, co powiedział ten tu człowiek?

– Tak jest, królu – wypalił gwardzista, patrząc gdzieś w przestrzeń. – Przyznał, że jest autorem tych pism, któreś mu królu okazał.

– Jesteś świadkiem, ty pospołu z generałem Botonengą i obecnymi tutaj żołnierzami, że się Esele przyznał do spisku na życie króla, bo tym są owe pisma – ciągnął Godar. Gwardzista pobladł lecz zachował spokój, wojskowi wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Młody sługa zemdlał, strącając ze stołu jeden z pucharów, który potoczył się z łoskotem po podłodze.

– Ocućcie tego durnia i niech naleje mi wina. A tego głupca – wskazał król na Eselego – zabierzcie do lochów i skujcie. Zajmę się nim w dzień po święcie, będzie miał dość czasu, żeby wszystko przemyśleć.

– Królu – dowódca miejskiej gwardii zerwał się na równe nogi  – pozwól mi wytłumaczyć to nieporo… – słowa urwały się nagle, gdy Botonenga podszedł cicho od tyłu i sprawnym ciosem rękojeści w potylicę pozbawił swego rywala przytomności.

Godar podszedł do stołu i dla odmiany kopniakiem ocucił sługę, sam zaś nalał sobie obficie wina i wychylił puchar. Odstawił go z trzaskiem na stół.

– Generał Botonenga przejmuje pieczę nad gwardią – król spojrzał na dowódcę pałacowych czerwonych płaszczy. – Przekażesz tę wiadomość swojej formacji wraz z informacją czemu, oni zaś przekażą ją dalej do garnizonu miejskiego. Nie potrzebuję dzisiejszej nocy żadnych niepokojów. Odejdź. Wy zajmiecie się przeniesieniem Eselego do jego nowych komnat – wskazał dłonią braci, przybocznych generała. – Ty zostań, stary przeklęty piracie.

– Słyszeliście króla – Botonenga spojrzał uważnie na swoich ludzi. – Postępujcie zgodnie z rozkazami – powiedział wolno i dobitnie, a następnie odwrócił się do nich plecami, nie czekając odpowiedzi. Gwardzista opuścił salę tronową, słychać było jeszcze jego podniesiony głos w korytarzu, gdy wykrzykiwał rozkazy wzywając swoich ludzi. Dwaj przyboczni chwycili pod ramiona nieprzytomnego Eselego i powlekli go ku służebnemu wyjściu z Sali tronowej.

– Wstawaj i won – pirat docucił sługę kilkoma kopniakami i praktycznie wypchnął go za drzwi. Zostali z Godarem sami we dwójkę. Król napełnił znów swój kielich i opróżnił go niezwłocznie.

– Ciężko mi w to uwierzyć… – mruknął pod nosem. 

– Sam widziałeś, przyznał się przy świadkach – odparł z chytrym uśmiechem generał.

– Widziałem i nie wierzę. Pokaż mi jeszcze raz te listy – zażądał Czarny ponownie napełniając puchar.

– Oddałem je moim ludziom – uśmiech generała zrobił się jeszcze chytrzejszy. – Napijmy się wspólnie wina, ja za pirackich czasów. Jest co świętować. Pozwól mi czynić honory…

Godar skrzywił się, podając puchar.

– Może i ty masz co świętować, boś nigdy Eselego nie polubił. Dla mnie to strata dobrego dowódcy, co się świetnie znał na swojej robocie.

Botonenga podał królowi napełnione naczynie.

– Wypijmy, Godarze – rzekł, pociągając sowicie ze swojego. – Wkrótce może się okazać, że to najmniejsza strata, jaką żeś poniósł…

Godarowi zakręciło się w głowie. Obrócił się gwałtownie ku piratowi a jego oczy rozszerzyły się.

– Coś ty powiedział, psi frędzlu? – zapytał jeszcze zanim nogi się pod nim ugięły i runął bez ducha na kamienne płyty podłogi.

Otwarły się drzwi i do sali tronowej na powrót wkroczyło trzech przybocznych Botonengi.

– Widzieliście – oznajmił generał swoim podwładnym – jak zdrajca Esele odzyskawszy przytomność rzucił się na króla i zranił go zatrutym sztyletem.

– Widzieliśmy – przyznał Rhyfel posłusznie i razem z Codaghem i Krigiem wyszczerzyli zęby jak na komendę.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.