Rozdział 3 – Nić Walerii

Dziewczyna spakowała worek i zarzuciła go na plecy, uprzednio wydobywszy z niego zawiniątko z chlebem i suszonym mięsem. Podała je Godarowi, potem schyliła się i podniosła łuczywo, z którym przyszła do lochu, wciąż tlące się. Rozdmuchała je, aż dawało jasne światło a potem podniosła z kamieni jeszcze jeden przedmiot – był to drewniany kołek z nawiniętym sznurkiem. Uniosła głowę i napotkała jego pytające spojrzenie.

– To mój ślad powrotny. Pewnie nie wiesz nawet, królu, gdzie się obecnie znajdujesz? – zapytała. Pokręcił przecząco głową, lecz nie patrzył na Walerię. Jego wzrok podążył za sznurkiem, rozwijającym się z jej dłoni i biegnącym hen, gdzieś w ciemność.

– Ciekawy pomysł, to działa? – zapytał. – Nie spotkałem się z tym wcześniej.

– Tak, to działa – dziewczyna uśmiechnęła się. – Wyczytałam o tym w jednej z ksiąg, które twoi piraci zrabowali na Morzu Wewnętrznym. To stara historia z wysp.

– Naucz łaziebną czytać, mówili, a poderżnie ci gardło – Godar wyjął z jej dłoni łuczywo. – Prowadź więc. No i powiedz może, gdzie się obecnie znajduję?

Waleria szła przodem, krokiem dostosowanym do panującego w korytarzu półmroku i do możliwości Godara, który wprawdzie dochodził do siebie szybko, lecz nadal miał odrętwiałe kończyny. Pogryzał na zmianę pieczywo i mięso, żując powoli.

– Jesteśmy na dolnych poziomach lochów, chyba już nawet na poziomie morza. Mamy stąd kawałek drogi i niezłą wspinaczkę do zwykłych lochów. Chyba nigdy tu nie byłeś, królu?

– Nie, nie byłem, i przestań wreszcie tytułować mnie królem. Teraz jestem szczurem w tych jamach – odparł barbarzyńca z niezwykłym spokojem. – Ile poziomów dzieli nas od miejskich ciemnic?

Waleria zagryzła wargę, najwyraźniej próbując sobie coś przypomnieć.

– Trzy – odparła wreszcie. – Trzy albo cztery, zależy jak liczyć i którędy szłam.

Dalej wędrowali w milczeniu. Wspięli się najpierw drabiną z akacjowych żerdzi na kolejny poziom lochów, potem przez studnię z wykutymi w niej uchwytami na stopy na wyższy. Kiedy go przemierzali, Waleria ostrzegła Godara o konieczności zachowania ciszy.

– Esele więziony jest wyżej, ponad nami, ale i tutaj czasem zapuszczają się jeszcze strażnicy – poinformowała go, gdy przysiedli na chwilę w małym bocznym korytarzu. Barbarzyńca wypytywał ją o warunki, w jakich przetrzymywany jest były dowódca gwardii.

– Ciebie zostawili na pewną śmierć, mój królu – dziewczyna za nic miała jego polecenia w kwestii tytułów – lecz on siedzi w prawdziwej celi, za kratami, tak samo przykuty do ścian. Pilnuje go zwykle czterech tych samych ludzi, którzy śpią na zmianę. Zdaje mi się, że Botonenga nie ufa w tej kwestii nikomu, bo są to żołnierze w zielonych płaszczach.

– Czterech. Podoba mi się ten układ sił – mruknął Godar.

– Czterech w samej celi, królu, ale wyższy poziom aż roi się od strażników i oprawców. Nie ma szans, abyśmy wydostali się tamtędy niepostrzeżenie. Nie ma też szans, abyśmy we trójkę dali radę się przebić, a nawet jeśli do tego dojdzie, to na ulicach już całkiem nie mamy szans.

Czarny pieszczotliwie uszczypnął ją w policzek.

– Moja kochana mała Waleria, równie skora do ucinania głów jak do ściągania koszuli – roześmiał się. – Masz rację, dobrze cię nauczyłem taktyki. Ale tym będziemy się martwić, kiedy już Esele będzie znów w moich rękach. Wierzę, że wniesie do tej kompanii swój udział i pomoże nam w ucieczce.

Waleria pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Nie wiem, czemu chcesz go ratować, przecież to on cię zdradził?

– Zdradził mnie ten zasuszony kutas Botonenga. Natomiast Esele, jak mówiłem…  Tutaj sprawa wyglądać może całkiem inaczej. Wyrzucałbym sobie głupotę i pochopność w jego osądzie, gdyby miało to jakikolwiek sens – Godar przełknął ostatni kęs suszonego mięsa. – Czy wiesz, jaka obecnie jest pora dnia?

– Sądzę, że dochodzi ósma godzina nocy, królu. Nie umiem jednak powiedzieć dokładnie – odparła dziewczyna. Mężczyzna skinął głową i spokojnym głosem wyłuszczył jej swój plan. Plan prosty, wręcz prostacki, ale sprawdzony tyle razy w przeszłości, że jego niepowodzenia nie brał pod uwagę.

Korytarz trzeciego poziomu lochów był mroczny i śmierdział, chociaż nie tak strasznie, jak śmierdziały lochy na pierwszym poziomie, gdzie osadzonych było dużo więcej. Śmierdział łajnem, potem, pleśnią i dymem. Smród jednak nie przeszkadzał skradającej się wzdłuż szorstkiej ściany dwójce, mrok natomiast był im wybitnie na rękę.

– Hej, Pulla, weź tu podejdź – usłyszeli zza załomu muru. – Ten debil Fasz znów się schlał do nieprzytomności.

– Gówno mnie to obchodzi – doleciał ich gniewny, zrzędliwy głos. – To twoja zmiana i twój problem, ja swoją wartę już skończyłem i mam zamiar się wyspać. Zresztą pieprzyć Fasza i pieprzyć ciebie, Kar. Cackasz się z tym zasranym gwardzistą i trzęsiesz portkami, jakby facet miał nagle uciec. Ciekawe jak i dokąd…

Zabrzęczał metal a potem usłyszeli kroki, szuranie i bulgot.

– Gówniane to wino – dorzucił Pulla tonem skargi. – Pieprzony Botonenga i reszta pirackiej hałastry w pałacu chla królewskie napitki, a my pilnujemy tego zasrańca i gnijemy tutaj. Najchętniej sam bym mu urżnął łeb i wrócił do palenia wiosek południowców, gdybym miał coś do powiedzenia w tej sprawie.

Godar na ułamek sekundy wystawił głowę za załom korytarza i obrzucił szybkim spojrzeniem całą scenę. Potem odwrócił się do Walerii i gestykulując intensywnie pokazał dziewczynie układ sił. Skinęła głową, podkasała mocniej szatę, przesunęła sztylet za pas na plecach i sprawdziwszy, czy łatwo go dosięgnąć zatoczyła się za zakręt korytarza z całkiem udanym strachem w oczach.

– Dobrzy panowie – jęknęła. – Ratujcie mnie, dobrzy panowie, zgubiłam drogę po odwiedzinach u ojca!

Godar czekał spokojnie, dzierżąc w dłoni niezapalone łuczywo. Posłyszał chrapliwy śmiech i niezbyt składne zapewnienia, że zagubiona owieczka trafiła w najlepsze możliwe miejsce i najlepsze możliwe ręce. Potem rozległo się coś w rodzaju zduszonego stęknięcia i barbarzyńca wyskoczył zza rogu, biorąc zamach. Waleria wyciągała właśnie ostrze z gardła jednego z żołnierzy, więc niewiele myśląc zdefasonował łuczywem nos drugiego, a następnie chwyciwszy go za włosy cisnął o służący za stolik głaz. Plecy powalonego wydały odgłos, który upewnił ich, że z jego strony nic już im nie grozi.

Za kratą, oddzielającą celę od przejścia poderwał się na równe nogi trzeci nieszczęśnik, najprawdopodobniej Kar wyrzekający na niesubordynację towarzysza. Poderwał się niefortunnie i w sposób całkiem nieprzemyślany podbiegł do krat, gdzie dosięgła go wielka dłoń Godara, a następnie w ułamku sekundy zacisnęła się na jego gardle i dźwignęła go w górę. W tym czasie Waleria zasztyletowała spitego Fasza, który miał tyle szczęścia, że nie zauważył nawet, kiedy przeniósł się w zaświaty.

– Teraz spokojnie – powiedział Godar, lekko rozluźniając uchwyt na gardle siniejącego w szybkim tempie strażnika. – Nie jestem pod wrażeniem burdelu, jaki panuje w tych lochach, ale biorąc pod uwagę to, jak sam dałem się nabrać jak wiejski głupek, nie mogę ci nic zarzucić. Moja wina.

Strażnik zamrugał oczami nic nie rozumiejąc i próbował coś wycharczeć.

– Nie ma czasu na konwersacje – uciął Czarny. – Po prostu wskaż palcem, który z tych smutnych fiutów bratających się teraz z wiecznością miał przy sobie klucze do krat i możemy na tym zakończyć naszą znajomość.

Strażnik posłusznie wskazał palcem na denata z przetrąconym karkiem i znów próbował coś zachrypieć. Waleria już otwierała zamki, kiedy Godar szybko i litościwie zadusił ostatniego z żołnierzy.

– Podziękowałbyś mi, gdybyś mógł – stwierdził, upuszczając bezwładne ciało na kamienną podłogę celi – bo Botonenga nie byłby dla ciebie taki łaskawy i kazałby cię raczej obedrzeć ze skóry.

Wziął się pod boki i omiótł całą scenę wydarzeń zdegustowanym spojrzeniem.

– Żałosne. Nie pojmuję, jak taka żołdacka hałastra dała radę podbić cokolwiek na południu, tamtejsze ludy muszą być naprawdę bezużyteczne.

– Królu, nie czas na krotochwile – upomniała go Waleria, podchodząc do nieprzytomnego ciała przykutego w półleżącej pozycji do ściany. Twarz i tors więźnia pokrywała skrzepła krew, wargi miał popękane, oczy zapuchnięte a włosy poklejone strupami. Zaczęła manipulować przy okowach. Więzień nie dawał znaku życia, a kiedy dziewczyna otworzyła skoble zwyczajnie runął na ziemię nieprzytomny. Widząc to Godar po prostu zarzucił sobie denata na ramię i wyniósł z celi.

– Bierz jedzenie, jeśli jakieś mają i wodę. Na razie musimy się gdzieś ukryć i doprowadzić go do stanu, w którym może być z niego jakikolwiek pożytek… – z nieprzytomnym Eselem zwisającym mu z ramienia, Czarny przetrząsał rynsztunek trupów. Udało mu się znaleźć nienajgorszy miecz i krótką włócznię, która mogła się nieźle nadawać do walki w ciemnych, wąskich korytarzach. Rzucił włócznię Walerii i wyniósł zemdlonego więźnia na korytarz.

– Dokąd?! – spytała dziewczyna. – Nie mamy szans przebić się przez najwyższe poziomy, a na niższych nie możemy się ukrywać w nieskończoność.

– Wystarczy kilka godzin – odkrzyknął Godar, biegnąć już korytarzem w stronę schodów, którymi tu dotarli. W ciasnej przestrzeni nogi Eselego obijały się o ściany, ręce podrygiwały w rytm kroków barbarzyńcy jak u szmacianej lalki. Waleria wyprzedziła ich i pobiegła przodem, bo lepiej znała drogę. Przystanęła i zerwała z uchwytu w ścianie całkiem niezłe łuczywo a potem  pobiegli całą trójką w ciemność.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *