Trylogia “następnego pokolenia”

Zwykle lubię wracać do starszych tekstów i dodawać coś tu i tam. Najlepszym tego przykładem są “Opowieści z postapokaliptycznej aglomeracji“, gdzie w powieściach i opowiadaniach wracają bohaterowie, miejsca, wydarzenia – często widziane z innej perspektywy.

Tym razem pozwoliłem sobie na taki zabieg w świecie “Zimnego światła gwiazd“. Zacząłem myśleć o tym cyklu w kilka tygodni po opublikowaniu “Kompleksu 7215” i błyskawicznie pojawiły się pomysły na kilka najważniejszych jego elementów, czyli na “Lot pułkownika”, “Jeszcze chwilę pożyć” czy nieco później na “Połowę nieba”. Pierwszy tekst, wspomniany “Lot pułkownika” ukazał się drukiem w Nowej Fantastyce w 2017 roku za sprawą przychylnej opinii Michała Cetnarowskiego. Nie było to zresztą jego ostatnie zetknięcie z przygodami polskich kosmonautów, bo rok później opublikował mi w Fantastyce Wydaniu Specjalnym “Połowę nieba”, a w 2020 roku pracowaliśmy wspólnie – on jako redaktor, a ja oczywiście jako autor – nad zbiorczym wydaniem “Zimnego”, które ukazało się drukiem nakładem Wydawnictwa IX. Ukazało się także jako ebook i audiobook, który zresztą bardzo cenię.

W zasadzie oczywiste było, że trudno uznać ten świat i te historie za zamknięty rozdział. Opowieść o ludziach, zdobywcach, o relacjach i uwikłaniu w zależności rozciąga się na dziesięciolecia, zaczynając w czasie wojny od dobrego, posłusznego nazistowskiego lotnika Thomasa Von Richthofena, ostatniego potomka wielkiego rodu asów lotnictwa. Zajawione są tylko lata 70. i wpadamy potem na pełnej prosto w moją ukochaną, przefiltrowaną przez pamięć dekadę, okres, kiedy w telewizji były dwa kanały, wszyscy jeździli na rowerach dookoła osiedla a załadowanie gry do komputera trwało 22 minuty. Burzliwe wydarzenia zabierają moich bohaterów do kolejnej dekady, a potem znów następuje przeskok i nagle jest współczesność, ta nowoczesna, bliska, sprzed kilku lat – chociaż oczywiście inna, utopijna, alternatywna.

Pierwszy i ostatni tekst w wydanym przez Korsarza zbiorku są jakby oddzielone od głównej historii – ich bohaterowie są samodzielni, chociaż związani z innymi, tymi głównymi. Są też powiązane ze sobą, spinają klamrą wszystko, są ramką, w której, z pewnym passe-partout umiejscowiłem tamte, te o Glorii, Jurku, o Wiktorze, Maćku, o dyrektorze.

I nagle nadchodzi lato 2021 roku, dzwoni telefon, piszczy messenger i dwa prawie jednoczesne komunikaty: Bartek, miałeś nam napisać tekst. Panie Bartku, czy pan by nam nie napisał tekstu?

Tak, napiszę, napisałbym, tak, z przyjemnością. Czy to może być gotowe uniwersum? Doskonale, dziękuję.

I tak oto, żeby nie wikłać się za bardzo w zależności i nie ryzykować, że czytelnik poczuje, że czegoś nie czytał, zdecydowałem się napisać dwa nowe opowiadania. Związane luźno z resztą cyklu, tak luźno, jak luźno związany jest z nią “Lód”. I w ten sposób wyszła niechcący trylogia, bo zaczyna się od historii Borysa i Fantomów oraz wyprawy, z której w “Lodzie” wracają uszkodzonym Bajkałem. A chwilę wcześnie rozgrywa się własna opowieść czwórki kobiet z ekspedycji na Atlancie, o tym, jak – z pewnymi problemami – dotarły na stację oraz o tym, że Emilia Dobrowolska nie jest swoją matką.

I jakoś tak wyszło, że te dwa nowe opowiadania stoją ze sobą w ciekawej opozycji, trochę takie chłopy w kosmosie vs. baby na orbicie. Dostajecie więc prawdziwe combo – dwa nowe teksty do cyklu, który cieszy się zarówno uznaniem czytelników jak i poważaniem krytyki. Dwa teksty w dwóch bardzo różnych ale bardzo fajnych antologiach, o których napiszę później, jakoś latem.

Oraz w naturalny sposób “Zimne światło gwiazd” doczekało się wewnętrznego podziału na “pierwszych” i “następne pokolenie”. Bo “Ciemna strona pamięci”, “Niezwyciężone” i spajający je “Lód” tworzą trylogię opowiadań o tych młodszych kosmonautach. Myślę, że to nie jest ostatnie słowo w ich temacie.

W temacie “pierwszych” – istnieje także opowiadanie o debiutanckim locie gwiezdnej Glorii, napisane przez znajomego Amerykanina…

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.