Jak wyglądałaby Rzeczpospolita Obojga Narodów w alternatywnych latach 80. XX wieku?
Ważna uwaga, zanim zaczniesz czytać. Jestem pisarzem-fantastą, nie historykiem, ani tym bardziej analitykiem. Chociaż starałem się wizję świata z poniższego eseju oprzeć na faktach i dostępnej wiedzy historycznej, jest to nadal zabawa w fanastykę, a nie poważna próba analizy historii XX wieku. Baw się dobrze przy czytaniu.
Rzeczpospolita Obojga Narodów w latach 80.
Historia alternatywna jako nurt w polskiej fantastyce ma się całkiem dobrze. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę naszą skomplikowaną i bolesną historię. Pisał o tym Parowski w „Burzy” (którego pomysł na krótką i nieudaną dla agresorów wojnę wykorzystałem jako punkt bazowy w swoim zbiorze “Zimne światło gwiazd”); pisał o tym Lewandowski („Orzeł bielszy niż gołębica”), pisał o tym Maniecki („Odwet„) i wiele innych osób.
Czy zastanawialiście się kiedyś, jakby wyglądałoby dzieciństwo polskiego Pokolenia X, gdyby nie sowiecki bat nad głową? Ja parokrotnie. Większość 2025 roku spędziłem, pisząc nowy zbiór opowiadań, który wychodzi na Polconie 2026, opowiadający właśnie o takiej Polsce. O Polsce spokojnej, bezpiecznej, Polsce osadzonej mocno w swojej tradycji, historii i nieporanionej tak głęboko przez hitlerowców, ale przede wszystkim – przez sowietów.
Aby się od tego uwolnić, musielibyśmy się cofnąć dość daleko (z dzisiejszego punktu widzenia) i wyeliminować drugą z wojen światowych, ale czy to wystarczy? Obawiam się, że nie. Zresztą, to nie jest taka dawna historia, więcej czasu minęło od przyjścia nas, GenXowców, na świat do chwili obecnej, niż między zatknięciem flagi na Bramie Brandenburskiej a naszym chwalebnym narodzeniem. Musimy sięgnąć głębiej.
Rzeczpospolita Obojga Narodów bez rozbiorów
Załóżmy więc, że Rzeczpospolita Obojga Narodów nie uległa rozbiorom i nie popadła w ponad stuletnią niewolę. Prawdę mówiąc, nie chcę się teraz zagłębiać w rozważania, jak to się stało. Są różne teoretycznie możliwe sposoby. Może reforma, jaką była Konstytucja 3 Maja, odbyła się dekadę wcześniej, a carska Rosja się zagapiła i nie interweniowała? Może nasz sojusz z rewolucyjną Francją utrzymał się, a Francuzi, potrzebując sojusznika przeciw Prusom i Austrii, zagrozili ich działaniom? A może ta właśnie dwójka nie dogadała się ostatecznie między sobą, przez co nasz dziki, krwiożerczy sąsiad ze wschodu został sam?
Na pewno ktoś pokusiłby się o takie rozważania, zamiast pastwić się w komentarzach nad tym tekstem, który dopiero się rozkręca. Ja zacząłem od razu od gdybania, czym ta dziwna bestia, czyli Rzeczpospolita Obojga Narodów, właściwie jest, stojąc u progu XX wieku.
Rzeczpospolita Obojga Narodów bez rozbiorów rozciągałaby się od Bałtyku na północy z Królewcem i Gdańskiem jako głównymi portami. Prusy Książęce były lennem Korony Polskiej aż do traktatów welawsko-bydgoskich, kiedy Hohenzollernowie wykupili niepodległość sojuszem wojskowym przeciw Szwecji. W 1806, gdy Napoleon rozbił Prusy pod Jeną i państwo to praktycznie przestało istnieć jako mocarstwo, Rzeczpospolita mogłaby po prostu wrócić do stanu prawnego sprzed 1657 roku. Królewiec mógłby funkcjonować jako autonomiczne miasto handlowe na wzór Gdańska, pruski kulturowo, z Kantem wykładającym na Albertynie po niemiecku, ale płacącym podatki do Warszawy. Inflanty pozostałyby w granicach Rzeczpospolitej, bo były jej częścią od unii lubelskiej 1569 roku i bez rozbiorów nie byłoby mechanizmu, który wyrwałby je na rzecz Rosji. Oznacza to, że Ryga, największy port bałtycki regionu i handlowe okno na Europę Północną, byłaby miastem Rzeczpospolitej, co radykalnie wzmacniałoby jej pozycję morską i handlową na Bałtyku.
Na południu państwo sięga po łuk Karpat, gdzie granica biegnie grzbietami górskimi oddzielającymi je od Węgier i ziem habsburskich. Przy czym Spisz i Orawa, historycznie sporne między Koroną a Węgrami, pozostają w tej linii czasu najpewniej przy Rzeczpospolitej, podobnie jak Ruś Zakarpacka, której przynależność zależałaby od kondycji Habsburgów w danym momencie.
Na zachodzie naturalna granica z Prusami przebiega mniej więcej wzdłuż Odry i Nysy, choć Śląsk, utracony przez Koronę na rzecz Habsburgów jeszcze w XIV wieku, a potem przez nich na rzecz Prus w 1742 roku, byłby terenem głęboko spornym. Silna Rzeczpospolita nigdy nie pogodziła się ostatecznie z utratą tej bogatej w węgiel i rozwinięty przemysł prowincji, a osłabienie Prus pod Jeną w 1806 roku dało jej realną szansę na odzyskanie przynajmniej Śląska Górnego. Polska i Niemcy będą się o niego spierały zajadle jeszcze w latach 20. XX wieku.
Na wschodzie granica sięga głęboko w step pontyjski, obejmując całą Ukrainę lewobrzeżną i prawobrzeżną, Podole i Wołyń, a na północnym wschodzie Białoruś po Dźwinę i Dniepr. Granica przebiega gdzieś przed Smoleńskiem, spornym z Rosją, podobnie jak poleskie bagna. Dostęp do Morza Czarnego to mniej oczywista kwestia. Historyczna Rzeczpospolita nigdy nie miała stałego wybrzeża czarnomorskiego. Między jej południowo-wschodnimi rubieżami a morzem leżały chanaty tatarskie i osmańskie twierdze. Po osłabieniu Imperium Osmańskiego w XVIII i XIX wieku naturalnym kierunkiem ekspansji było ujście Dniepru i wybrzeże między Odessą a Chersoniem, czyli tereny zasiedlane przez kozacką Ukrainę, historycznie związane z Rzeczpospolitą. Odessa jest polsko-ukraińskim portem handlowym, co zmieniło gospodarkę całego regionu fundamentalnie. Kwestia kozacka niestety wykracza poza moją wyobraźnię, zakładam po prostu, że Zaporożcy wybraliby Rzeczpospolitą, a nie carską Rosję, chociaż na pewno nie obyłoby się bez problemów. Tendencje wolnościowe byłyby żywe nadal w XX wieku.
Rzeczpospolita taka, aby przetrwać, musiała się zreformować – Konstytucja 3 Maja 1791 roku była już jednym z najbardziej postępowych dokumentów na świecie. Jeśli się utrzymała, rozbiory zaś nigdy nie nastąpiły, mamy do czynienia z monarchią konstytucyjną, która przez cały XIX wiek naturalnie ewoluuje w kierunku demokracji parlamentarnej.
Mielibyśmy więc ogromne, wieloetniczne państwo rozciągające się od Bałtyku po step pontyjski. Obejmowałoby nie tylko Polaków, Litwinów, Białorusinów, czy Ukraińców. To także znaczące społeczności żydowskie, mniejszości etniczne i językowe takie jak Niemcy, Łotysze, Tatarzy – wszyscy pod jednym dachem. Ba, mieszkałaby tam największa populacja żydowska na świecie, w całości w granicach Rzeczpospolitej. Ta nacja nigdy nie podlegałaby ukazom Katarzyny II, nie została skazana na Strefę Osiedlenia. Żyjąca pod stosunkowo tolerancyjnym prawem Rzeczpospolitej, z pełnym uczestnictwem w życiu obywatelskim w latach 80., odegrałaby w historii wielką rolę, zarówno kulturową, jak i naukową, a co za tym także idzie – militarną. W takiej sytuacji także syjonizm jako ruch jest marginalny – mniejszościowa tendencja wewnątrz społeczności, która ma ojczyznę, dziękuję bardzo, i ta ojczyzna to Rzeczpospolita Obojga Narodów. Wyobraźcie sobie, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Niewykluczone, że nic.
W latach 80. XX w. więc Rzeczpospolita Obojga Narodów to federacja licząca sto milionów ludzi – być może trzecia lub czwarta gospodarka świata. Rolniczy i przemysłowy gigant – spichlerz Europy z dostępem do bałtyckich i czarnomorskich portów, dysponujący śląskim węglem, ukraińskim zbożem, czy białoruskim drewnem. By jednak do tego doszło, kluczem jest w miarę bezpieczne przetrwanie stulecia wojen, które musi tym razem nie być stuleciem wojen.
Wielka Wojna bez II Wojny Światowej?
Wielka Wojna nawet bez rozbiorów Polski najpewniej nadal by nastąpiła, bo przyczyny jej wybuchu były niezależne od istnienia Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Takie rzeczy, jak angielsko-niemiecki wyścig zbrojeń morskich albo napięcia imperialne i system absurdalnych, poplątanych sojuszy i tak miały miejsce. Można założyć, że nadal pojawią się nacjonalizmy bałkańskie, bo to stare sprawy. Również zamach w Sarajewie dzieje się tak samo, niezależnie od tego, co się wyprawia nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem.
Jednak zakończenie Wielkiej Wojny musi być fundamentalnie inne, jeśli ten eksperyment myślowy ma się udać. I tutaj jest kilka możliwych rozwiązań tej nadzwyczaj kłopotliwej i brzemiennej w tragiczne skutki awarii.
Możliwość pierwsza: Niemcy nie zostają upokorzone
John Maynard Keynes natychmiast po podpisaniu Traktatu Wersalskiego stwierdził, że to jest przepis na kolejną wojnę i miał rację. Dług reparacyjny, „kłamstwo o ciosie w plecy” (Dolchstoßlegende), utrata terytoriów przez Niemcy. A przede wszystkim chyba ogromne upokorzenie, gdy wielkie mocarstwo zredukowane zostało do statusu petenta. To z tego rodził się nazizm. Istniejąca nadal Rzeczpospolita Obojga Narodów – jako potęga gospodarcza i militarna – wpływa znacząco na przebieg i wynik tej konferencji pokojowej. Nie potrzebuje korytarza gdańskiego rozcinającego Niemcy, bo ma własny dostęp do Bałtyku. Nie musi walczyć o Śląsk z pozycji słabości – negocjuje jako równy z równymi. Wywiera presję na mocarstwa zachodnie, żeby zawarły trwały i korzystny dla kontynentu pokój z Niemcami, a nie dojechały je jak Rzym Kartaginę.
To mogło się udać. Wielka Brytania i tak wolała umiarkowany pokój. Lloyd George obawiał się dokładnie tego, co Keynes. To raczej Francja była tym państwem, które parło do maksymalnego upokorzenia Niemiec. Z Rzeczpospolitą jako trzecim ważnym głosem kontynentalnym, francuska pozycja zostaje przegłosowana. W efekcie Niemcy w 1919 roku dostają pokój zbliżony do wilsonowskich Czternastu Punktów. Kończą wojnę bez druzgocących reparacji, bez klauzuli wyłącznej winy wojennej, bez redukcji armii do wielkości symbolicznej. Republika Weimarska ma szansę się ustabilizować i trwać. Hitler, jeśli w ogóle zaistniał politycznie, pozostaje malarzem pokojowym lub niszowym radykałem bez masowego zaplecza.
Alternatywa, czyli Weimar stabilizuje się, a nazizm nie powstaje
Republika Weimarska upadła z pewnych konkretnych powodów, które złożyły się na bardzo smutną mieszankę wybuchową. Wśród były przyczyny gospodarcze, czyli hiperinflacja 1923, wkrótce potem wydarzył się Wielki Kryzys 1929. Do obu dołożyły się reparacje dławiące gospodarkę. Jeżeli nie byłoby reparacji, hiperinflacja byłaby znacznie słabsza. Inną sprawą były napięcia społeczne i morale wielkiej rzeszy weteranów. Jeżeli nie będzie miał miejsca słynny „cios w plecy”, wtedy uważająca się za zdradzoną armia zaakceptuje porażkę po prostu jako porażkę.
Wielki Kryzys 1929 wciąż jednak następuje, bo to kryzys struktury finansowej, nie zaś polityki europejskiej. Tyle że teraz Niemcy – bez długu reparacyjnego – są znacznie odporniejsze na takie sytuacje. Mimo że bezrobocie rośnie i są oczywiście napięcia polityczne i są także radykałowie, to nie ma tej szczególnej mieszanki upokorzenia narodowego i ekonomicznej katastrofy. To były uczucia, którymi karmił się masowy ruch nazistowski. NSDAP w Republice Weimarskiej, która nie zbankrutowała finansowo i moralnie może owszem, istnieć, ale jako partia marginalna. Hitler wygłasza przemówienia w piwiarniach, tyle że nikt szczególnie nie słucha. Najprawdopodobniej nawet nie dochodzi do puczu monachijskiego, więc nie zamykają go w więzieniu. Nie ma, być może, kiedy napisać swojej gadzinowej książki.
Rosja odpada z wojny, ale wszystko jest inaczej
Rewolucja 1917 roku wciąż ma miejsce. Warunki wewnętrzne Rosji tego wymagały. Następuje ona jednak bez obciążeń Traktatu Brzeskiego, który w naszej historii oddał Niemcom Ukrainę i Białoruś, bo Rosja Sowiecka desperacko potrzebowała pokoju. Ukraina i Białoruś były Rzeczpospolitą Obojga Narodów i Rosja nie mogła nimi handlować. Dla Sowietów to oznacza, że zachodnia granica pozostaje ustalona przez dotychczasowy stan posiadania. Nie ma Brześcia, nie ma łupieżczego traktatu, nie ma upokorzenia Rosji. Bolszewicy konsolidują władzę nad tym, co mają: Rosja właściwa, Syberia, Azja Środkowa, Kaukaz. Lenin wciąż próbuje wywieźć rewolucję na zachód – ale jego Armia Czerwona idąca na Berlin nie ma racji bytu, bo nie ma jak przejść przez Rzeczpospolitą. Bitwa Warszawska 1920 roku w tej linii czasu nie jest cudem nad Wisłą. Po prostu się nie wydarza, bo do wojny polsko-bolszewickiej najpewniej by nie doszło.
Inna Europa w latach 30. i 40.
Bez II Wojny Światowej świat nie staje się sielski ot tak. Zamiast wojny totalnej mamy presję gospodarczą i demonstracje siły. Niemcy, to wciąż Niemcy – prące do rewizji granic, żądające „przestrzeni życiowej” chociaż w retoryce politycznej, patrzące z zazdrością na kolonialne imperia Wielkiej Brytanii i Francji. Ekspansja odbywa się jednak metodami dyplomatycznymi, demonstracjami siły, korytarzami ekonomicznymi – nie Blitzkriegiem i obozami zagłady. To są Niemcy wilhelmińskie, Niemcy reloaded, niehitlerowskie.
Włochy faszystowskie nadal istnieją. Mussolini dochodzi do władzy niezależnie od wojny, jego droga przez lata 20. jest niezwiązana z Hitlerem. Podbija Etiopię i marzy o nowym Cesarstwie Rzymskim. Irytuje Francję i Wielką Brytanię. Ale bez starszego, silniejszego partnera w Osi, faszyzm włoski pozostaje regionalnym, oportunistycznym autorytaryzmem – brutalnym, ale nie apokaliptycznym.
Hiszpańska Wojna Domowa 1936-39 oczywiście wybucha, bo jej przyczyny są wewnętrzne. Franco, Republika, anarchiści, komuniści – nic z tego się nie zmienia. Żartobliwie powiedziałbym, że to dobrze, bo Hemingway przecież. Natomiast bez Hitlera dostarczającego Legion Condor i bez mocarstwowego Stalina dostarczającego sowieckich doradców na dużą skalę, jest to po prostu wojna domowa, mniej zaś wojna zastępcza wielkich mocarstw. Republika ma być może większe szanse w takim układzie.
Kluczowe dla tej wizji lat 80. jest kilka elementów. Wielka Brytania i Francja bez wojennej traumy. II Wojna Światowa doszczętnie wyczerpała oba imperia. Francja została podbita militarnie, a moralna klęska Vichy była raną, która nigdy się nie zagoiła. Wielka Brytania wojnę wygrała, ale zbankrutowała, pożyczając od Ameryki dług spłacony, dopiero w 2006 roku. Bez II Wojny Światowej Wielka Brytania w latach 40. i 50. jest nadal u szczytu potęgi imperialnej, nie w odwrocie. Francja nie ma epizodu z państwem Vichy, nie ma też tych szczególnych powojennych kompleksów wobec Niemiec.
Japonia imperialistyczna podbija Mandżurię (1931) i wywiera nacisk na Chiny, działając bez sojuszu z Niemcami i bez Pearl Harbor jako świadomej decyzji strategicznej. Cesarstwo prowadzi swoją azjatycką wojnę jako samodzielny, kontynentalny konflikt. Stany Zjednoczone nie angażują się w Europie (bo tam się nic nie dzieje). Trochę inaczej wygląda to w teatrze pacyficznym – doszłoby prawdopodobnie do starć na Filipinach, które stały Japonii na drodze do złóż ropy w Indiach Holenderskich. Ta nieobecność militarna USA ma potem kolosalne znaczenie dla krajobrazu świata w drugiej połowie XX wieku, o czym za chwilę.
Japonia rozszerza więc nadal swoją strefę wpływów metodycznie, ale wchodzi nieuchronnie w tarcie z Wielką Brytanią i Francją, które wciąż trzymają Indie, Birmę, Indochiny i Malaje. To rywalizacja imperialna o porty, surowce i strefy handlowe, prowadzona językiem dyplomacji, demonstracji siły i lokalnych wojen podjazdowych. Brytyjczycy, broniąc Singapuru i Hongkongu, walczą o swoje porty i pieniądze. Francuzi w Indochinach negocjują strefy buforowe, zamiast walczyć, bo są sami. Efektem jest mozaika lokalnych układów i wzajemnego uznawania stref wpływów, podobna do sytuacji kolonialnej w Afryce w XIX wieku.
Biorąc to pod uwagę, możemy spokojnie założyć, że dekolonizacja jest znacznie wolniejsza. Indie, Afryka, czy Indochiny nie wyzwalają się w latach 40.-60. XX wieku, bo nie ma fali tego antyimperialnego impulsu wynikającego z moralnej sprzeczności walki o wolność przy równoczesnym posiadaniu kolonii. Jest to, oczywiście, daleko idące uproszczenie. Dla lat 80. przedłużona epoka kolonialna oznacza świat, w którym Londyn wciąż zarządza subkontynentem indyjskim albo zaledwie niedawno go utracił. Świat, w którym Paryż wciąż ma swoich pieds-noir w Algierii. Tutaj „koniec imperium” jest procesem wciąż trwającym.
Jednak to bez niemieckiego przemysłu zagłady dochodzimy do momentu, w którym historia staje się naprawdę inna. Einstein, Freud, żydowska społeczność Europy Środkowej – nie emigrują, bo nie mają powodu. Nie ma nazizmu, nie ma Norymbergi 1935, nie ma Kryształowej Nocy. Żydzi niemieccy i austriaccy są w pełni zasymilowanymi obywatelami swoich krajów, tak, jak byli nimi przed 1933. O tym, jakie to może mieć reperkusje i jak dalece zmienia świat, będzie w dalszej części tego tekstu.
Rzeczpospolita Obojga Narodów i jej relacje z sąsiadami
Jak więc wygląda świat bez Zimnej Wojny i bez Żelaznej Kurtyny? Jakie jest w nim miejsce dla dużego, silnego państwa w środku Europy i jak wyglądają polscy sąsiedzi?
ZSRS to jest największy dramat historii Europy w tej linii czasu. Przetrwanie Rzeczpospolitej Obojga Narodów oznacza, że Rosja nigdy nie dociera do Wisły. Nigdy nie wchłania Ukrainy. Nigdy nie kontroluje Warszawy. Imperium Rosyjskie wciąż się industrializuje, wciąż wydaje z siebie Lenina, wciąż ma swój niefortunny rok 1917. Jednak zachodnia granica ZSRS leży znacznie dalej na wschód – mniej więcej wzdłuż Dniepru, może nawet nie. Ukraina jest terytorium Rzeczpospolitej. Białoruś jest terytorium Rzeczpospolitej. Oznacza to, że ukraińskie serce przemysłowe ZSRS – Donbas, fabryki Charkowa, porty Odessy – należy do Rzeczpospolitej. Skutkiem tego ZSRS jest znacznie słabszy gospodarczo. Ideologiczny urok sowieckiego komunizmu musi konkurować z żywą, działającą wieloetniczną demokratyczną alternatywą tuż za miedzą. Oczywiście komunistyczna propaganda nadal ma wielkie pole do popisu.
Jednocześnie znika kolejny element właściwej historii. Żaden pakt Mołotow-Ribbentrop nie kroi Polski, bo nie ma słabej Polski do pokrojenia. Jest wielkie mocarstwo, które odpowiedziałoby militarnie. A na to słaba Rosja Sowiecka nie może sobie pozwolić. ZSRS jest naprawdę eurazjatycką potęgą, nie zaś europejską. Taka Rosja prawdopodobnie nie porywa się także na Wojnę Zimową. To zmienia układ granic w Europie w wielu miejscach.
Niemcy, cóż, tu robi się naprawdę gorąco. Niemcy przecież są wielką potęgą – prawdopodobnie państwem o charakterze wciąż autorytarno-nacjonalistycznym. Mają lądową granicę z silną Rzeczpospolitą, a nie ze słabą Polską z okresu międzywojennego. Historyczny niemiecki impuls Drang nach Osten trafia prosto w mur. Żadnego pochłonięcia Gdańska, żadnego kryzysu korytarzowego, żadnego IV rozbioru ręka w rękę z Sowietami. Rzeczpospolita ma armię, marynarkę wojenną, sojusze i nuklearne ambicje. Granica niemiecko-polska jest być może najbardziej zmilitaryzowaną rubieżą w Europie w latach 80. Może przypominać koreańską strefę zdemilitaryzowaną, tylko ciągnącą się od Bałtyku po Karpaty. A może jednak Niemcy są państwem silnym, demokratycznym i bogatym, wiodącym prym jako przemysłowy gigant europejskiej drugiej połowy XX wieku. Dobrym sąsiadem i podobnie jak dziś dużym odbiorcą polskiego importu, chociaż z pewnością trudnym kontrahentem.
Nawet bez II Wojny Światowej osmański upadek z Wielkiej Wojny oczywiście nastąpił i miał swoje skutki. Jednak późniejszy podział Bliskiego Wschodu przez Wielką Brytanię i Francję jest mniej totalny, bo obie potęgi są silniejsze i pewniejsze siebie, a Rzeczpospolita Obojga Narodów ma teraz bezpośredni interes w dostępie do Morza Czarnego i stepu pontyjskiego, wywierając nacisk w kierunku Konstantynopola. Rzeczpospolita prawdopodobnie utrzymuje układy traktatowe z tym, co pozostało ze świata osmańskiego – historyczny precedens sięga stuleci wstecz. Bez syjonizmu wschodnie rejony basenu Morza Śródziemnego wyglądają całkiem inaczej, możliwe, że Panasewicz nie miałby o czym śpiewać w piosence „Fabryka małp”. Kwestię obalenia Mohammada Mosaddegha odłożę, bo „to nie ma moje głowę”. Ale jeśli by do niego nie doszło, to możliwe głębsze zmiany w polityce światowej są trudne do oceny. W latach 80. najprawdopodobniej nie doszłoby do wojny w Zatoce Perskiej i operacji Pustynna Burza.
Europejski układ sił w latach 80.
Po Wielkiej Wojnie nie mamy w Europie mamy więc pozornie high life. Przede wszystkim nie ma znanego nam wyścigu zbrojeń będącego efektem drugowojennej rozgrywki. A co za tym idzie, nie mamy oczywiście Zimnej Wojny i szeregu wojen zastępczych, toczonych aż do upadku Związku Sowieckiego. Mamy za to strukturę wpływów wielkich mocarstw podobno do tej, sprzed Wielkiej Wojny.
Imperium Brytyjskie wyczerpane kolonialnymi wojnami podjazdowymi, ale z bronią nuklearną i kontrolą mórz trwa wciąż nienaruszone. Głęboko zaniepokojone zarówno niemieckim rewanżyzmem, jak i rosnącą gospodarczą potęgą Rzeczpospolitej, gra na wszystkich frontach, ale jego uwaga w Europie jest mocno rozproszona próbą sił na Dalekim Wschodzie.
Francja to także wciąż imperium kolonialne. Algieria, Indochiny, Afryka Zachodnia pozostają w rękach paryskiej macierzy, generując na potęgę napięcia i problemy o podłożu rasowym i kulturowym. Od pewnego momentu byłoby to państwo głęboko nacjonalistyczne. Do tego tradycyjnie podejrzliwe wobec Niemiec na wschodzie, przez co prawdopodobnie w niekomfortowej entencie z Wielką Brytanią, jak wskazuje historyczny wzorzec.
Niemcy poweimarskie to dzika karta. Nacjonalistyczne, zmilitaryzowane, gospodarczo potężne, zablokowane na wschodzie przez Rzeczpospolitą w sposób, który nigdy nie miał miejsca w naszej linii czasu. Takie sfrustrowane Niemcy z bronią nuklearną mogą być potencjalnie bardziej groźne niż III Rzesza, która strawiła się sama w katastrofalnej wojnie. Takie Niemcy zwracają się na zachód, ku Francji, ku atlantyckim ambicjom, ku kolonialnej rywalizacji z Wielką Brytanią. Albo implodują wewnętrznie, bo nacjonalistyczny moloch nie ma dokąd się rozszerzyć, a frustracja ekonomiczna narasta.
Rzeczpospolita Obojga Narodów to wielkie zaskoczenie XX wieku. Modernizując się nieprzerwanie politycznie i społecznie (a co za tym idzie także gospodarczo) od 1791 roku, jest konstytucyjną federalną demokracją – hałaśliwą, kłótliwą, pełną napięć etnicznych, ale zarządzającą nimi przez rzeczywiste instytucje polityczne, nie przez represje. Zabrzmi to może kuriozalnie, ale taka Polska przypominałaby Indie. Państwo rozległe, złożone, niemożliwe do zlekceważenia w teatrze Europejskim. Jej doktryna wojskowa to wielkość terytorialna i sojusze militarne. Tutaj, cóż, niewiele się zmienia. Nie można jej obejść, bo leży w samym centrum. Jej wywiad wojskowy jest najprawdopodobniej legendarny – stulecia przetrwania w rozgrywkach między wielkimi mocarstwami robią swoje. Stanisław Kolicki stoi na czele siatki, której mogłoby pozazdrościć GRU, ale nie zajmuje się strzelaniem do gestapowców.
W tych nadal niespokojnych czasach, bo pozbawionych stabilizującego wpływu EWG i NATO, skonsolidowanych przeciw wspólnemu wrogowi gospodarczemu i militarnemu, wewnętrzna polityka społeczna Rzeczpospolitej w latach 80. obraca się wokół kilku kluczowych zagadnień. Musi uwzględniać Ukraińskich federalistów domagających się większej autonomii w strukturze państwa. Niezbędne jest „zagospodarowanie” żydowskiej społeczności liczącej może osiem do dziesięciu milionów, w pełni zintegrowanej, wydającej w ogromnych liczbach polityków, przemysłowców, generałów, czy artystów. Należy spodziewać się napięć nacjonalistycznych ze strony ludności litewskiej. Jest to w końcu partner czujący się od zawsze przyćmiony przez polską kulturę. No i wreszcie trzeba wziąć pod uwagę oczekiwania i potrzeby tatarskich i muzułmańskich wschodnich społeczności, mogących wysuwać własne roszczenia.
Rzeczpospolita Obojga Narodów jest głośna, wewnętrznie śwarna, żywa a jej ludność trzyma się razem, bo alternatywą jest wchłonięcie lub rozdarcie przez Niemcy lub/i Rosję. Polacy, kiedy mają kogo bić, jakoś mniej biją się między sobą (cholera, chciałbym, aby teraz w połowie lat 20. XXI wieku, mocniej to u nas wybrzmiewało!)
ZSRS zostaje zepchnięty do swojego naturalnego eurazjatyckiego jądra. Sowiecki projekt wygląda inaczej, jest bardziej azjatycki, główne skrzypce grają syberyjskie zasoby naturalne, republiki Azji Środkowej, Kaukaz. Mniej jest przez to zdolny do projekcji siły na Europę. Jednocześnie mniej zagrożony od zachodu, co działa w obie strony. Taki Związek Sowiecki mógłby być mniej paranoiczny, ale też mniej zmotywowany do modernizacji pod przymusem.
Sowiecki komunizm może być przez to, co ciekawe, bardziej stabilny – nie ma problemu nadmiernego rozciągnięcia odziedziczonego po imperium wschodnioeuropejskich satelitów szarpiących smycz. Nie ma Węgier 1956, żadnej Praskiej Wiosny czy polskiej Solidarności. Strefą buforową jest Rzeczpospolita, nie zaś sowieckie satelity.
Zagrożenia międzynarodowe i napięcia wewnętrzne Rzeczpospolitej
Wyobraźmy sobie nagłówki, jakie mogłyby pojawiać się w prasie zagranicznej i krajowej w obliczu takich napięć politycznych. Rzeczpospolita Obojga Narodów trzyma się w całości przez nieustanne negocjacje. Każde kolejne pokolenie musi na nowo wynegocjować warunki współistnienia. Wielonarodowość to jej siła i zarazem jej chroniczna bolączka. O jakich wydarzeniach pisaliby korespondenci PAP dla „Kuriera Warszawskiego”, „Naszego Przeglądu” czy „Lietuvos Rytas”?
Ukraińska Wiosna (1963-64) to fala studenckich protestów we Lwowie i Kijowie. Studenci i akademicy domagają się pełnej autonomii kulturowej. Chcą osobnego parlamentu i ukraińskiego jako jedynego języka urzędowego w województwach wschodnich. Rząd warszawski odpowiada reformą konstytucyjną przyznającą szerszą autonomię, co jednych uspokaja, innych rozdrażnia, bo to wciąż za mało.
Żydowski strajk powszechny w Warszawie (1967) jest odpowiedzią na serię aktów przemocy w Galicji. Wstrząsa całą Rzeczpospolitą, bo ujawnia, że tolerancja instytucjonalna nie eliminuje antysemityzmu społecznego (kto by pomyślał?). Sejm uchwala pierwsze prawo wyraźnie penalizujące mowę nienawiści.
Dekadę później Strajki Śląskie (1971-72) obnażają napięcia klasowe z podtekstem etnicznym. Prości górnicy niejednokrotnie mają korzenie niemieckie i śląskie, podczas gdy zarząd to w większości polska szlachta przemysłowa. Rozmowy przynoszą model rad pracowniczych z parytetem etnicznym, który pozostaje pustym projektem, nigdy niewdrożonym w praktyce.
Kolejną dekadę otwierają wydarzenia, które trafiają na pierwsze strony gazet zagranicznych. Porozumienie Gdańskie (1981): po niemieckich prowokacjach na Bałtyku – incydentach morskich w okolicach Zatoki – Rzeczpospolita i Wielka Brytania podpisują układ o wzajemnej obronie sformalizowany w Gdańsku. Francja odmawia przystąpienia. Niemcy cofają się, ale czują się upokorzone.
Niemal jednocześnie wybucha Ukraińska Jesień (1981-83): ukraińska partia federalistyczna ogłasza, że bez nowej konstytucji dającej Ukrainie status równy Litwie i Polsce zablokuje budżet federalny. Osiemnastomiesięczny kryzys konstytucyjny kończy się Wielką Reformą Federalną z 1983 roku, zmieniającą nazwę państwa po prostu na Rzeczpospolitą. Kiedy Warszawa negocjuje w Lublinie z ukraińskimi federalistami, na zachodzie narasta kryzys nadreński.
Jednocześnie Lwowski Korytarz Technologiczny jest dumą Rzeczpospolitej. I kolejnym ogniskiem nowych napięć. Krzemowa Dolina Rzeczpospolitej wyłania się w zachodniej Ukrainie – Lwów staje się inżynieryjną stolicą Europy, czerpiąc z żydowskich sieci intelektualnych, ukraińskiego bogactwa rolniczego i litewskich bałtyckich połączeń handlowych. Do 1985 roku wdraża i produkuje technologie komputerowe i lotnicze rywalizujące z możliwościami Ameryki. Jack Tramiel nie wyjeżdża za ocean i pozostaje Jackiem Trzmielem.
Sfrustrowane na wschodzie Niemcy zwracają się na zachód, ku swemu odwiecznemu rywalowi. Spór o nadreński region przemysłowy narastający od kilku lat, niemal wywołuje otwartą wojnę między Niemcami a Francją w 1983. Wielka Brytania pośredniczy. Kryzys Nadreński, trwający trzy lata, ujawnia, że bez instytucjonalnych struktur wojskowych obejmujących cały kontynent europejskie wielkie mocarstwa nie mają mechanizmu deeskalacji poza staromodną dyplomacją kanonierek. Jest przyczynek do stworzenia Western European Treaty Organization, będącej zbrojnym przedłużeniem dotychczasowej Kontynentalnej Wspólnoty Surowców Energetycznych. I początkiem plagi biurokracji.
Sowiecko-Polska Wojna Przygraniczna (1983-84) rozgrywa się w cieniu kryzysu konstytucyjnego i nadreńskiego jednocześnie. Ograniczony, brutalny konflikt o region poleskich bagien – historycznie sporny między Rzeczpospolitą a rosyjską władzą – staje się testem dla federacji rozdartej wewnętrznymi negocjacjami. Armia Rzeczpospolitej radzi sobie znakomicie w terenie obronnym przygotowywanym od dziesięcioleci. ZSRS jest wstrząśnięty. Wojna, która miała być dla Moskwy kilkudniową Operacją Specjalną, kończy się rozejmem zmieniającym niewiele terytorialnie, ale ustanawiającym Rzeczpospolitą jako współczesną potęgę wojskową. Dla Sowietów to jak policzek. Obie strony uciekają się do nuklearnych gróźb taktycznych. Europa patrzy z przerażeniem.
Rzeczpospolita w obliczu powstania WETO tworzy Sojusz Bałtycko-Czarnomorski, obejmujący państwa skandynawskie, republiki Czeską i Słowacką, Węgry i Rumunię. Jest to demokratyczna koalicja istniejąca po to, by stawić opór jednocześnie presji Niemiec i ZSRS. Chronicznie niedofinansowana i skłócona, ale realna. Jej powołanie jest możliwe właśnie dlatego, że Wielka Reforma Federalna wyciszyła najgłośniejsze wewnętrzne spory. Przynajmniej na jakiś czas.
Ta sama technologiczna klasa średnia, która buduje potęgę Lwowa, staje się w 1987 roku inicjatorem Strajku Lwowskiego. W zmieniającym się stale krajobrazie społecznym domaga się niższych podatków federalnych i większego udziału w zyskach z własności intelektualnej oraz zmian w prawie patentowym. To nie jest protest etniczny ani klasowy w starym sensie. To raczej konflikt między nową gospodarką wiedzy a starą strukturą administracyjną, zapowiadający napięcia następnej dekady. Wojna krzemowej szlachty z biurokratami. Efektem jest utworzenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Społeczny, kulturowy i intelektualny krajobraz lat 80.
Aszkenazyjska żydowska tradycja intelektualna, w naszej linii czasu została w większości zniszczona w Holokauście, a ocalali członkowie diaspory rozproszyli się, wyjeżdżając do Izraela, Ameryki i innych miejsc. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów przedostatniej dekady XX wieku jest wielce żywa i w rozkwicie. Warszawa, Wilno, Kraków, Lwów to miasta żydowskiej kultury. Co to oznacza dla lat 80.?
Fizyka, matematyka, literatura, czy filozofia rozwijają się inaczej. Emigrancka wspólnota intelektualna, która ukształtowała myśl amerykańską XX wieku – Arendt, Popper, Szkoła Frankfurcka uciekająca do Kalifornii, fizycy budujący bombę – nigdy nie uciekli, nigdy nie emigrowali. Ich praca dzieje się in situ, po polsku i w jidysz, transformując kulturę europejską, a nie amerykańską. Bez wpływu żydowskich emigrantów w Hollywood przemysł filmowy, silnie ukształtowany właśnie przez nich, podąża zupełnie inną ścieżką estetyczną.
Jidysz jest żywym wielkim językiem europejskim – literatura, prasa, akademia, teatr. Nie zanikający język ocalałych, ale prawdziwa kulturowa potęga, która dodatkowo umacnia swoją pozycję kinem.
Sama Rzeczpospolita agresywnie eksportuje kulturę – polski romantyzm, litewski modernizm, ukraińskie tradycje ludowe uprzemysłowione w muzykę popularną – do Europy, w której nie ma amerykańskiej hegemonii kulturowej (nie ma przecież Planu Marshalla, żadnych baz wojskowych USA, brak magazynu „Stars and Stripes”, gumy do żucia i Coca-Coli). Europejska kultura popularna w latach 80. jest autentycznie europejska.
Języki Rzeczpospolitej
Rzeczpospolita bez rozbiorów to Rzeczpospolita bez stu dwudziestu lat rusyfikacji i germanizacji, bez zaborczych urzędów wymuszających obce słownictwo, bez carskich ukazów zakazujących języka w szkołach. Całe błoto, jakie osadziłoby się na polszczyźnie (i nie tylko), popłynęło z bystrym nurtem historii. Języki rozwijały się przez dwa stulecia w naturalnym dialogu ze sobą. Efekt jest znaczący, przez co każdy z głównych języków jest inny niż ten, który znamy w naszym świecie.
Polszczyzna lat 80. jest językiem czystszym, lżejszym od obcych wtrętów. Nie ma w niej rusycyzmów nawarstwionych przez zabór rosyjski i PRL. Znika cały ten wschodni nalot, nadający specyficzny ton i charakter polszczyźnie potocznej. Nie ma germanizmów z zaboru pruskiego, które przeniknęły do gwary wielkopolskiej i śląskiej. Zamiast tego ewoluowała w naturalnym sąsiedztwie z językiem litewskim (językami litewskimi?) i ukraińskim oraz z jidysz. To ostatnie przez pokolenia koegzystencji zostawiło w mowie potocznej sporo słownictwa. Natomiast w języku warstw inteligenckich subtelny, ironiczny ślad. Polacy mają przez to pewną skłonność do odpowiadania pytaniem na pytanie, do pointy odwróconej. Polszczyzna nabrała też nieco innej melodii, szczególnie w Lwowskim Korytarzu Technologicznym. Zaczepna i radosna jak gwara warszawska Wiecha oraz śpiewna jak przepychanki Szczepka i Tońcia. Zamiast „Jak tam w robocie?” słyszy się częściej „No i jak tam u ciebie z tym projektem, co?”. Myślę, że ta polszczyzna brzmi jakby była, nie wiem, mniej zmęczona historią?
Litewski rozwinął się bez rosyjskiej presji standaryzacyjnej. Miała ona spory wpływ na ten język, bo wymuszała zmiany jako element obrony tożsamości narodowej. Bez carskiego zakazu druku czcionką łacińską z 1864 roku litewskie piśmiennictwo rozwijało się bez przeszkód przez cały XIX wiek, co nie pozostało bez wpływu zarówno na samą mowę, jak i na litewską literaturę i ogólnie piśmiennictwo. Mickiewicz nie dość, że pisałby w Wilnie, a nie w Paryżu, to niewykluczone, że nie pisałby wcale po polsku. W końcu to język urzędowy, ale niekoniecznie musiał być od razu językiem inteligencji. Standard językowy litewskiego wypracowany gdzieś w połowie XIX wieku jest kompromisem auksztocko-żmudzkim. Efektem jest litewski nieco bardziej archaiczny fonetycznie, za to jeszcze bardziej zróżnicowany regionalnie. Nie musiał się bronić przez zewnętrznymi naciskami, więc mógł sobie rosnąć spokojnie i robić to, co – mam wrażenie – robi najlepiej, czyli tworzyć tuziny dialektów.
Ukraiński rozwinął się bez sowieckiej polityki rusyfikacji i bez wymordowania całego pokolenia pisarzy w latach 30. Zachował własną ortografię, być może z wpływami polskiej łacinki, nie cyrylicy moskiewskiej narzuconej przez carskich i sowieckich okupantów. Najwięcej zaciągnął z języka polskiego administracji i biurokracji państwowej. Zachował jednocześnie własną melodykę i ludowe słownictwo rodem ze wschodniego stepu. Dla polskiego ucha bardzo znajomo – trochę jak słowacki dla Czecha. Jest jednak językiem w pełni suwerennym, z własną wielką literaturą, z językiem potocznym i z własnym poczuciem odrębności, które Ukraińcy w Rzeczpospolitej pielęgnują tym staranniej.
Angielski w Rzeczpospolitej lat 80. (i ogólnie w całej Europie) jest obecny, ale nie jako język popkultury i konsumpcji tylko język nauki i handlu morskiego. Jest zakorzeniony w XIX-wiecznej dominacji Imperium Brytyjskiego nad szlakami atlantyckimi i w tradycji anglosaskiej terminologii technicznej. Nie ma w nim natomiast amerykanizmów, które w naszym świecie zalały europejskie języki po 1945 roku razem z Planem Marshalla, Hollywoodem i gumą do żucia. Polszczyzna ma mniej anglicyzmów, ale są starsze, głębiej zakorzenione i znacznie trudniejsze do wytropienia. Tam, gdzie technologia rozwinęła się we Lwowie, Sztokholmie czy Berlinie, nosi nazwy pochodzące z tych języków. To, co w Londynie nazywają computerem, w Paryżu zwie się l’ordinateur, w Sztokholmie dator, w Warszawie matematron. Natomiast we Lwowie ścierają się dodatkowo licznyk i rekhn (i redakcja każdego pisma branżowego używa innego słowa zależnie od tego, jakiego pochodzenia jest redaktor naczelny).
Mówiących w domu po polsku jest jakieś 100 milionów, po ukraińsku pewnie z dziesięć milionów mniej. W słabo ustandardyzowanych dialektach białoruskich mówi pewnie jakieś 15 do 20 milionów ludzi, ale większość z nich jest dwujęzyczna i posługuje się także płynnie polszczyzną lub ukraińskim. Podobnie ma się rzecz z osobami mówiącymi w jidisz, których może być 20, być może nawet 30 milionów – one też są w większości dwujęzyczne. Stosunkowo mało jest osób posługujących się jakimś litewskim, pewnie jakieś 10 milionów, może więcej, bo mówią nim też Estończycy mieszkający w granicach Rzeczpospolitej. Na Śląsku i w okolicach Królewca znajdziemy pewnie kolejne 10 milionów mówiących po niemiecku. Do tego jakieś pięć milionów Tatarów, Ormian czy Karaimów, którzy mają własne języki. W Rzeczpospolitej lat 80. nie ma języków mniejszości, lecz mowa współgospodarzy.
Emancypacja kobiet
W sowieckiej Rosji komunizm wprowadził formalne równouprawnienie kobiet z prędkością kołchoźnicy na traktorze. Pozornie dużo szybciej niż jakikolwiek zachodnie reformy. Niestety, problem z tym wdrożeniem jest taki, że komuniści zrobili to instrumentalnie i cynicznie. Sowiecka kobieta miała być równa mężczyźnie głównie dlatego, że była potrzebna jako siła robocza. Spowodowało to paradoks: kobiety masowo pracowały zawodowo, ale wracały do domu na drugi etat, bo patriarchatu domowego komunizm nie już ruszył.
Rzeczpospolita bez komunistycznej okupacji poszła ścieżką zachodnią – powolną i wyboistą. Była to walka toczona przez ruchy sufrażystek, reformy prawne i stopniowe zmiany obyczajowe. Oczywiście, polskie kobiety otrzymały prawa wyborcze tuż po Wielkiej Wojnie (dla porównania obywatelki brytyjskie dostały je w 1928, Francuzki w 1944, a o Szwajcarkach szkoda gadać). Rzeczpospolita, jako konstytucyjna demokracja parlamentarna ewoluująca od 1791 roku, miałaby tę tradycję głęboko zakorzenioną. Jednak hamulcem byłby konserwatyzm – głęboko katolicki na ziemiach polskich, prawosławny na wschodzie, i ogólny odpór szlachecko-ziemiański (szczęśliwie z czasem równoważony przez rozwój inteligencji i klasy średniej). Na poziomie federalnym, administracyjnym, równouprawnienie mogło nadejść szybko, ale w województwach i dalej od wielkich miast zmiany w mentalności potrzebowałyby lat, być może dekad, aby zaistnieć w pełni. Na pewno byłby to proces o różnej prędkości, zależnie od regionu.
No i znowu, żydowska tradycja intelektualna to element, który mógłby przyspieszyć emancypację ponad zachodnią normę. Ruch feministyczny w Europie i Ameryce był nieproporcjonalnie silnie związany z żydowskimi myślicielkami i działaczkami. W świecie gdzie żydowska społeczność środkowoeuropejska liczy 20-30 milionów i funkcjonuje w pełni swobodnie, ten wewnętrzny impuls byłby bardzo silny. Rosnąca klasa średnia Lwowskiego Korytarza Technologicznego, gdzie kobiety – uczone i inżynierki – byłyby normą już w latach 60., wywarłaby presję na zmianę obyczajową. Wolna Rzeczpospolita doszłaby do równouprawnienia może wolniej niż pod komunistyczną okupacją, ale w sposób trwalszy, głębszy i bez cynizmu.
Kwestia żydowska, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę
Bez niemieckiego die Endlösung zmienia się nie tylko historia, ale przede wszystkim rozwój technologiczny i społeczny. Żydowscy naukowcy z Europy nie emigrują za ocean, bo nie ma takiej potrzeby. Nie wywożą do USA swojej wiedzy, swoich badań i swoich odkryć.
Projekt Manhattan prawdopodobnie nie istnieje w takiej formie albo jest znacznie opóźniony. Fizycy, którzy go stworzyli, Szilárd, Teller, Fermi czy Oppenheimer, nie mają powodu uciekać do Ameryki. USA nie mają takiego parcia na bombę, bo jeśli w ogóle, to mierzą się tylko z jednym, pacyficznym frontem. Nie wykrwawiając się na francuskich plażach, mogą inaczej alokować siły. Dzięki temu fizyka jądrowa rozwija się w Europie, w europejskich laboratoriach, w europejskim tempie i z europejskimi priorytetami. Ktoś w końcu dochodzi do bomby atomowej w 1955, a może w 1960 roku. Pierwsze mogą być Niemcy, mniej prawdopodobne, że Sowieci, chociaż też mieliby przecież parcie i ambicje.
Taki scenariusz nie musi się jednak spełnić. Ryzyko tutaj wynika z dużego rozproszenia ośrodków decyzyjnych i badawczych, nie z samej technologii rozszczepienia atomu. Rotblat, Ulam, czy Fermi pracują przecież w Warszawie, we Lwowie. Czy prowadziliby swoje badania w celu stworzenia broni masowej zagłady? Bardzo niewykluczone, że mieliby po temu powody, o czym za moment. Jądrowy wyścig zbrojeń bez amerykańskiego parasola, z Niemcami jako prekursorem, jest poważnym kandydatem do pierwszeństwa w kategorii „najbardziej straszna zmiana w tej wersji historii”.
Jednak ludność żydowska to przecież nie tylko fizycy i matematycy, to także literatura, film… O tym wszystkim będzie w dalszej części tego tekstu.
Konik godaia, czyli can Poland into space?
Drugim równie frapującym (przynajmniej dla mnie) elementem jest wyścig kosmiczny. Bez prac SS-Sturmbannführera Wernhera Magnusa Maximiliana Freiherra von Brauna nie wiadomo, czy w latach czterdziestych technika rakietowa byłaby na tyle zaawansowana, żeby można było robić zdjęcia Kalifornii z orbity. Pionierzy tacy jak Goddard w Ameryce, Oberth w Niemczech i Ciołkowski w Rosji pracowali niezależnie od polityki już w latach 20. i 30. Jednak bez Peenemünde, bez V-2 jako priorytetowego projektu wojennego pochłaniającego ogromne zasoby państwowe, rakieta pozostałaby przez długo domeną entuzjastów i towarzystw astronomicznych, nie priorytetem narodowym. Von Braun nie byłby zbrodniarzem wojennym i ludobójcą, tylko niszowym inżynierem. I nie byłby prawie na pewno ojcem amerykańskiego programu lądowania na Księżycu.
Wyścig kosmiczny po prostu nie istnieje, bo nie ma zimnej wojny wymagającej prestiżowych demonstracji technologicznych i prężenia muskułów z pomocą przerobionych pocisków do przenoszenia bomb atomowych. Nie wsadzamy ludzi do ledwo pospawanych konserw tylko po to, żeby zrobić wrażenie na tych, których nie lubimy (i których się boimy, nie ma co się oszukiwać). Nie ma Wostoka, nie ma Gemini, nie ma Apollo, a jeśli są, to na pewno nie tak szybko, prawdopodobnie nie w tym kształcie. Są bardziej dopracowane, bezpieczniejsze, lepiej przystosowane do swoich zdań, bo projektanci i konstruktorzy mieli więcej czasu na ich budowę. To nie jest chałupnicza dłubanina Korolewa, który przerobił pocisk atomowy i posłał w przestrzeń zespawaną z kilkunastu części zastępczą makietę. Niewykluczone, że podbój kosmosu jest przedsięwzięciem dużo bardziej międzynarodowym i kolektywnych, chociaż nie oszukujmy się, mocarstwa i tak dzieliłyby się nowymi technologiami nieco niechętnie, a to mali gracze mieliby większe pole do popisu i wspólnego działania.
Bynajmniej nie nieprawdopodobnym scenariuszem jest Lwów jako centrum wydarzeń. Z jego tradycją matematyczną i inżynieryjną, połączony z lwowską szkołą matematyczną, bo przecież Banach, Steinhaus i ich uczniowie żyją i pracują nieprzerwanie, mógłby naturalnie ewoluować w kierunku astronautyki w latach 60. i 70. No dobra, Banacha wykończył rak, nie wojna, więc raczej jego uczniowie. Nasza Łajka wabiłaby się Misia. Pierwszy człowiek w kosmosie mógłby być Polakiem albo Ukraińcem, wystrzelonym nie w ramach wyścigu zbrojeń, lecz jako projekt naukowy Rzeczpospolitej. Mógł (albo mogła) dotrzeć na orbitę może dekadę później niż Gagarin. Teoretycznie w latach 80. XX wieku moglibyśmy mieć już wielomodułową stację kosmiczną, międzynarodową, a jakże, chociaż raczej nie taką, jak Baza Satelitarna Europa z „Zimnego światła gwiazd”. Taką, to może dekadę później.
Jaki wpływ te zmiany miałyby na obrazowanie satelitarne dotykające takich gałęzi gospodarki jak rolnictwo, rybołówstwo, przemysł wydobywczy, czy meteorologia? Technologie szpiegowskie, GPS, telekomunikacja, telewizja satelitarna, czy wreszcie rozwój telefonii bezprzewodowej dalekiego zasięgu mogłyby przebiegać w zupełnie innym tempie. Jak szybko i w jaki sposób, tego nie podejmuję się spekulować, nawet, jako zagorzały fantasta i wielbiciel starego hard sf.
Literatura
Nie ma powojennej literatury traumy jako dominującego nurtu. Camus, Sartre, egzystencjalizm zrodzony z absurdu okupacji i Holokaustu, Beckett piszący z doświadczenia rozbitego świata, polska literatura obozowa – wszystko to idzie w piach. Nie ma też wielkiej amerykańskiej powieści jako dominującego wzorca. Hemingway, Fitzgerald, Faulkner istnieli, ale bez Planu Marshalla eksportującego amerykańską kulturę, nie są kanonem europejskim. Bez doświadczenia Trzeciej Rzeszy jako centralnej traumy, literatura niemiecka lat 80. nie jest literaturą winy i rozliczenia. Jest może bardziej wilhelmińska w charakterze – monumentalna, filozoficzna, mocno osadzona w tradycji Goethego i Schillera, ale też pod wpływem ekspresjonizmu, który nigdy nie musiał zamilknąć. Thomas Mann żył do 1955 i ma następców, którzy nigdy nie musieli pisać o tym, jak naród pogrążył się w barbarzyństwie.
Polsko-żydowska tradycja literacka rozwija się swobodnie w centrum Europy, końcu miliony ludzi nie zostało wymordowanych. Isaac Bashevis Singer nie pisze w jidysz dla wymierającej społeczności emigrantów w Nowym Jorku, tylko w Warszawie dla społeczności żywej i wielomilionowej. Jest tłumaczony na wszystkie języki europejskie, wygrywa nagrody, kształtuje gust kontynentu. Jidysz literatura fantastyczna, jidysz modernizm, jidysz realizm magiczny a wszystko to jako żywy nurt, nie zaś muzealny eksponat albo intelektualny eksperyment. Lem jest tylko jednym z pisarzy szkoły lwowskiej. Bruno Schulz żyje! W roku 1982 ma 90 lat i jest żywą legendą, a „Hajnt” nadal publikuje jego opowiadania. Funkcjonuje jako Borges Europy Środkowej, otoczony uczniami, piszący do końca życia. Jego wpływ na literaturę europejską lat 80. jest nie do przecenienia.
Bez sowieckiej polityki rusyfikacji i wymordowania „Rozstrzelanego Odrodzenia”, czyli ukraińskich pisarzy likwidowanych przez Stalina w latach 30., ukraiński modernizm dojrzewa nieprzerwanie. W latach 80. ukraińska powieść zajmuje niszę, w którą weszłaby literatura latynoamerykańska – świeża, magiczna, eksportowana na cały świat. Wilno jako wielokulturowe miasto intelektualne, jako „Jerozolima Litwy” w pełnym rozkwicie, produkuje filozofię na przecięciu tradycji żydowskiej, litewskiej i polskiej. Emmanuel Levinas nie uciekł do Francji, tylko został i stworzył własną szkołę.
Polska powieść przygodowo-historyczna to globalny eksport. Bez PRL-u dławiącego kulturę, polska tradycja epicka, której fundamentem jest Sienkiewicz, rozwija się swobodnie przez cały XX wiek. W latach 80. polska powieść historyczna jest tym, czym u nas były powieści Tolkiena – formującym mitem europejskiej kultury, tłumaczonym na wszystkie najważniejsze języki.
Prasa kulturalna i intelektualna
„Wiadomości Literackie” to jest „The New York Review of Books” Europy – eseje, recenzje, polemiki, przekłady. Czytany daleko poza Polską, tłumaczony fragmentami w prasie europejskiej. „Szpilki” bez bata komunistów to tygodnik ostry, bezkompromisowy, wyśmiewający polityków wszystkich opcji, z rysownikami będącymi celebrytami. W kiosku na Nowym Świecie w Warszawie za szybą znajdziesz sześć dzienników po polsku, dwa po ukraińsku, jeden po litewsku, dwa w jidysz. Do tego „Tygodnik Literacki” z recenzją nowej powieści lwowskiego pisarza ukraińskiego. Bulwarówka z nagłówkiem o skandalu w sejmie. Pismo satyryczne z karykaturą kanclerz Niemiec. Ilustrowany magazyn „Poznaj świat” z reportażem z Indii, gdzie Brytyjczycy tłumią kolejne powstanie. Sportowy dwutygodnik z relacją z meczu Polonii Warszawa z Dynamem Kijów – ligowy mecz, bo to jest ten sam kraj.
A na rogu Nowego Światu z Alejami, w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki leży importowany szwedzki tygodnik kulturalny „Ord & Bild”, bo szwedzka kultura jest tu po prostu częścią europejskiego obiegu. Może jest w nim recenzja nowej płyty Gyllene Tider, tej w całości po angielsku. Możliwe jednak, że ta płyta nigdy nie powstała w tym języku, bo chłopcy z Halsmtad kunde den amerikanska musikmarknaden dra åt skogen. A na sąsiedniej stronie znajdziemy recenzję najnowszej płyty norweskiego Baldrs Fall.
Film i kino
Hollywood nie jest dominującym ośrodkiem kultury filmowej. Bez europejskich emigrantów – Wildera, Langa, Lubitscha, Zinnemanna – którzy uciekli przed nazizmem i stworzyli złote kino hollywoodzkie, amerykański film jest prowincjonalny i techniczny, nieartystyczny. Nie ma też powojennego neorealizmu włoskiego zrodzonego z ruin. Przecież Rossellini, De Sica pisali swoje arcydzieła, czerpiąc inspirację z gruzów.
Co jest zamiast? Europejski przemysł filmowy z centrum w Berlinie i Warszawie. Ekspresjonizm weimarski nigdy nie umarł; Murnau, Lang, Pabst nie musieli uciekać. Berlin lat 80. to miasto, gdzie tradycja wizualna ekspresjonizmu spotkała się z nowoczesnymi technologiami filmowymi. Mroczne, geometryczne, psychologicznie gęste kino. Fritz Lang reżyserował do lat 60. i wychował dwa pokolenia uczniów. Bez cenzury komunistycznej, polska tradycja filmowa, która i tak przebijała się przez Wajdę, Kieślowskiego, Polańskiego mimo systemu, rozkwita w pełni. Rzeczpospolita w latach 80. ma przemysł filmowy o wielkości i prestiżu francuskiego. Cannes jest po równo obstawione Paryżem i Warszawą. (Trzeba jednak nadmienić, że „Hiroszima, moja miłość” nie powstało).
Przedwojenne kino jidysz nie umiera. Przez 40 lat dojrzewa, przechodzi przez kolejne fazy, wchłania neorealizm, nową falę, wideo. W latach 80. istnieje potężna, żywa tradycja kina jidysz z gwiazdami, reżyserami, studiami. Woody Allen – i pewnie paru jego epigonów – kręci swoje filmy w jidysz (z polskimi napisami) dla wielomilionowej publiczności w Europie Środkowej, nie jako ironiczną nostalgię, ale jako żywe zwierciadło rzeczywistości.
Bergman u nas był artystą niszowym – geniuszem, ale nie przemysłem. W świecie bez amerykańskiej dominacji kulturowej szwedzki i duński film – z ich tradycją psychologicznej głębi, piękna wizualnego, poważnego traktowania widza – jest tym, co świat chce oglądać. Sztokholm staje się lepszą, ciekawszą Fabryką Snów. Szwedzkie gwiazdy są globalnymi gwiazdami. I to nie tylko te z filmów dla dorosłych.
Dario Argento, Mario Bava – u nas twórcy kultowi, ale marginalni. W świecie bez Hollywood definiującego „właściwy” film gatunkowy, włoska tradycja thrillera wizualnego jest po prostu tym, jak się robi filmy grozy. Cannes nagradza Argento, nie traktuje go jako guilty pleasure. Włoski giallo i horror to szeroko znany i szanowany gatunek. Brak spaghetti westernu, bo oryginalny gatunek nigdy nie stał się tak popularny, żeby go kopiować.
Gdyby Stany Zjednoczone nie zaangażowały się ostatecznie w wojnę przeciw Japonii na Pacyfiku, to świat mógłby nie dostać także japońskiej animacji, zainicjowanej przez Osamu Tezukę z inspiracji i w opozycji do Disneya. Hayao Miyazaki kręciłby swoje magiczne, wizualnie bardzo europejskie przecież, filmy jako aktorskie w prawdziwych plenerach Morza Śródziemnego, w Alpach czy na Bornholmie równie często, jak na Hokkaido, czy w Mandżurii. Czerpiąc z tradycji kontynentalnej Azji, stałby się dla nas twórcą znanym i cenionym o dekadę lub dwie wcześniej.
Muzyka
Żadnego Michaela Jacksona jako globalnego króla popu, żadnego MTV jako maszyny do eksportu amerykańskiej estetyki. Rock’n’roll oczywiście istnieje, przecież wyrósł z bluesa i gospel, które nie mają związku z europejską polityką. Jednak nie zdominował świata, jako amerykański produkt eksportowy. Nie ma też brytyjskiej inwazji – The Beatles wyrośli częściowo z fascynacji amerykańskim rock’n’rollem importowanym przez marynarzy do Liverpoolu. Bez tej konkretnej kulturowej asymetrii Wyspy mogą iść całkiem inną ścieżką.
Nurt Bałtycki to dominująca scena popowa. Masówka ubrana jest w estetykę Gyllene Tider, ABBY, i wczesnego Roxette – melodyjny, słoneczny pop skandynawski, ale jako główny nurt, a nie peryferie. Szwedzi, Duńczycy, Norwegowie są gwiazdami na miarę Beatlesów, bo ich muzyka nie musi przebijać się przez anglosaski filtr. Skandynawska scena metalowa nadal jest najsilniejsza, progresywna, mroczna, ale bez anglosaskiej estetyki satanistycznej. Zamiast tego metal z północy sięga po mitologię nordycką na serio, a nie jako kostium.
Polska scena jazzowo-kabaretowa wyrasta wprost z tradycji przedwojennej, nieprzerwanej. Polski jazz już w latach 20. i 30. był światowej klasy. Bez Holokaustu, bez komunizmu, ta tradycja dojrzewa przez pół wieku i w latach 80. produkuje coś na przecięciu jazzu, burleski i elektroniki. Trochę jak późny Scott Walker, trochę jak Brel, ale z żydowsko-polskim melizmatem i ukraińską rytmiką.
W naszym alternatywnym świecie Lwów to technologiczna stolica Europy – a technologia i muzyka zawsze idą razem. Syntezatory, sekwencery, eksperymenty brzmieniowe to coś, co tech bros i yuppies uwielbiają po pracy. Lwowska scena elektroniczna lat 80. plasuje się gdzieś pomiędzy Kraftwerkiem a Vangelisem, ale jest bardziej organicznie, bardziej polirytmicznie, z wpływami ukraińskiego folkloru przepuszczonymi przez maszyny i z sięganiem po muzykę klezmerską.
Bez wpływu „American Graffiti” i Hollywood kształtującego gust globalny, włoska tradycja piosenki autorskiej – cantautore – której przedstawicielami są De André, Battiato, czy Dalla, nie jest niszową alternatywą, tylko głównym nurtem piosenki europejskiej. Franco Battiato w Europie jest tym, czym w USA David Bowie.
Kabaret Berliński nigdy nie umarł, bo weimarska tradycja kabaretowa – Brecht, Weill, Dietrich – nie została zniszczona przez nazizm. Przez 60 lat dojrzewała i mutowała. Berlin lat 80. to miasto, gdzie kabaret polityczny z lat 20. spotkał się z elektroniką i awangardą.
Bez zimnej wojny i żelaznej kurtyny odcinającej Bałkany, romska tradycja muzyczna wchodzi do mainstreamu europejskiego znacznie wcześniej i pełniej. Muzycy tacy jak Goran Bregović pojawiają się już w latach 70., a w latach 80. to jest normalna radiowa muzyka popularna od Lizbony po Lwów.
We wszystkich dziedzinach kultury świat bez kolejnej wojny i bez Holocaustu to świat, w którym centrum kulturowe bijące w sercu Europy nie zostało wymazane. To samo dotyczy przemysłu, postępu technologicznego. Warszawa, Wilno, Lwów, Praga, Wiedeń, Berlin jako żywe, niezniszczone, multietniczne miasta tworzą kulturę wysoką i masową z siłą, której nie możemy sobie nawet wyobrazić, bo nigdy nie zobaczyliśmy, do czego były zdolne. To środkowoeuropejska kultura dominuje na Zachodzie (rozumianym w ujęciu globalnym, a nie tym znanym nam z Zimnej Wojny), nie zaś zamerykanizowana wersja kultury anglosaskiej.
Podsumowanie
Rzeczpospolita Obojga Narodów, która przetrwała do końca XX wieku, zmienia nie tylko mapę Europy, ale zmienia w pewien sposób europejską duszę. Zamiast bipolarnego świata Zimnej Wojny mamy kontynent wielobiegunowy, nerwowy i uzbrojony po zęby. Pięć wielkich mocarstw, każde z własną bronią jądrową lub ambicjami, by ją posiąść. Żadnych wygodnych parasoli NATO ani stabilizującej biurokracji brukselskiej. Zamiast tego, stara, dobrze znana gra wielkich mocarstw. To świat piękniejszy w wielu wymiarach, ale wcale nie bezpieczniejszy. Historia nauczyła nas, że ludzkość potrafi uciec przed niemal wszystkim, tylko nie przed sobą samą.
Najgłębsza zmiana nie dotyczy jednak granic ani arsenałów. Dotyczy tego, co ocalało. W tej linii czasu nie zostało wymazane pulsujące, wielojęzyczne serce Europy Środkowej. Berlin, Praga, Wiedeń, Warszawa, Wilno, Kraków, czy Lwów pozostają żywymi laboratoriami kultury. Jidysz nie jest językiem umarłych ani nostalgicznym artefaktem, tylko jednym z wielkich języków europejskich, na równi z polskim, ukraińskim i litewskim. Bruno Schulz w 1982 roku ma dziewięćdziesiąt lat i wciąż pisze. Isaac Bashevis Singer kształtuje gust literacki całego kontynentu, nie tylko nowojorskiej diaspory. Ukraiński realizm magiczny podbija księgarnie od Lizbony po Sztokholm, a berliński kabaret, zamiast zginąć w 1933 roku, dojrzewa przez pół wieku i w latach osiemdziesiątych gra już na syntezatorach.
Bez Holokaustu i bez stalinizmu Europa nie straciła swojego najbogatszego intelektualnego i artystycznego rezerwuaru. Dlatego kultura lat 80. nie jest ani amerykańską masówką, ani smutną literaturą traumy. Jest gęsta, wielogłosowa, ironiczna i pewna siebie. A jest taka, bo nikt nie próbował jej wypalić ogniem i ideologią.
Technologia rozwija się wolniej, ale inaczej – mniej militarystycznie, bardziej organicznie. Bomba atomowa nie jest dramatycznym owocem jednego desperackiego wyścigu, lecz cichym, rozproszonym zagrożeniem wiszącym nad pięcioma stolicami, które nie do końca potrafią ze sobą rozmawiać. Rakiety nie powstają w Peenemünde jako broń odwetowa. Przychodzą na świat w lwowskich pracowniach i sztokholmskich instytutach jako narzędzie ludzkiej ciekawości. Hasło „Kosmos dla pokoju” nie ma ironicznego, szyderczego wydźwięku, lecz budzi nadzieję na pokojową koegzystencję (tak, szczególnie w obliczu ostrzenia sobie zębów wszyscy na wszystkich).
Świat jest większy, barwniejszy i w wielu miejscach spokojniejszy. Nie liże ran po największej wojnie w dziejach. Nie zna Auschwitz ani Gułagu. Ale krew w żyłach ludzkości wciąż wrze tak samo. Tylko że tym razem nie ma już łatwych odpowiedzi ani prostych podziałów na „my” i „oni”. Jest za to Rzeczpospolita – hałaśliwa, kłótliwa, wielonarodowa federacja, która codziennie musi na nowo negocjować prawo do wspólnego istnienia.
Przy biurku, w słoneczny dzień, łatwo budować takie światy. Wystarczy pominąć to, co niewygodne, to, o czym wiemy, że zepsułoby nam ten sielankowy obraz. Gorzej, gdy uświadomimy sobie, że nawet w tej piękniejszej wersji historii tęsknota za wielką ojczyzną nigdy nie będzie w pełni zdrowa. Zawsze będzie w niej jakaś skaza, bo prawdziwa historia to nieustanne, męczące udowadnianie sobie, że da się żyć razem.









https://www.youtube.com/watch?v=rXp3ZaHrg4o
https://imgflip.com/meme/275146359/both-is-good
no i trochę przykra kwestia, ale: żeby nie doszło do rozbiorów Rzeczpospolita musiała by juz wtedy, w latach 1790-tych być inna nie do poznania. rozbiory nie wydarzyły się z dnia na dzień, to był wynik 200 lat rozkładu państwa przez magnatów działających we własnym interesie a niekoniecznie zgodnie z interesem Rzeczpospolitej, szlachty wymuszającej na kolejnych elektach przyznawanie sobie coraz więcej praw kosztem reszty społeczeństwa, i upadającej władzy królewskiej. Konstytucja 3 Maja niczego by nie uratowała, państwo zeby się obronic potrzebuje silnego wojska i silnej władzy centralnej, a nie aktów prawnych, nieważne jak dobrych. poza tym Konstytucja właściwie wiele nie zmieniała, raczej utrwalała stan faktyczny, a „godziła wszystkie stany” pomijając chłopów pańszczyźnianych stanowiacych 70% populacji. chłop zachodni od wieków miał coraz więcej praw, chłop polski miał ich coraz mniej. polska arystokracja potrzebowała zaborów, wojen napoleońskich, przegranego powstania, carskiej reformy rolnej, i drugiego przegranego powstania, żeby dojść do wniosku że chłopi to też naród, że bez nich wolnej Polski odzyskać się nie da, i podjąć wysiłek edukacyjny mający też chłopów o tym uświadomic. gdyby jakimś cudem do rozbiorów nie doszło, ta alternatywna Polska byłaby trwającym w sarmackim zacofaniu drugim „chorym człowiekiem Europy”, krajem faktycznego niewolnictwa, i kto wie, może zaliczyłaby własną wojnę domową o niewolnictwo zaraz po tym jak wydarzyła się w USA, a może wcześniej, na fali Wiosny Ludów. a może później, już inspirowaną przez marsksizm? rewolucja komunistyczna mogłaby się zacząć w Polsce nie w carskiej Rosji.
ale, jak mówiłem, żeby do tego doszło, Rzeczpospolita w 1795 musiałaby wyglądać nie do poznania inaczej. tak jak było, rozbiory były historycznie nieuchronne.
Dlatego na wstępie zaznaczyłem, że tego tematu nie ruszam ;)
ale trzeba. próbuję sobie rozkminić co by się musiało wydarzyć i jak wcześnie, żeby uniknąć tej drogi. takie po prostu „co by było gdyby rozbiorów nie było” ma ten sam problem co „co by było gdyby cofnąć się w czasie i zabić Hitlera jak był mały”- że to tylko mały element. Hitlera zastąpiłby ktoś inny bo sytuacja w Niemczech stworzyła takie warunki, gdyby Dżyngis Chana nie było Mongołami dowodziłby następny w kolejce (prawdopodobnie ten który wczesniej skrycie zabił Dżyngis Chana). gdyby nie Kolumb to ktoś inny by spróbował popłynąć na zachód bo droga na wschód była zablokowana. ktoś by wynalazł druk gdyby nie Gutenberg, ktoś by wynalazł silnik parowy, telefon wynalazło dwóch typów naraz. rzadko się zdarza że jest tylko jeden człowiek albo element który decyduje o biegu historii. może sztorm na Morzu Japońskim w 1274. może gdyby Konstantyn nie poskąpił na działo Urbana. na pewno Cezar, może Napoleon? porewolucyjna Francja poszłaby inną drogą gdyby nie ten jeden fiut. i może Stalin, chociaż kiedy doszedł do władzy Rosja już była na tej drodze.
trzeba też o tym mówić, bo dziedzictwo sarmackiej Rzeczpospolitej odczuwamy do dzisiaj.