Co robiłby Hayao Miyazaki, gdyby nie wybuchła II Wojna Światowa?
Przewidywany czas czytania: 3 m

Zastanawialiście się kiedyś… Co robiłby Hayao Miyazaki, gdyby nie wybuchła II Wojna Światowa?
Bez wojny wywołanej w Europie przez Niemcy, Japonia nadal prowadzi swoją azjatycką wojnę kontynentalną – Mandżuria, Chiny, Korea – ale bez konfliktu z USA, który podyktowany był interesami państw Osi. Nie ma Pearl Harbor, nie ma wojny na Pacyfiku, nie ma Bitwy o Midway, nie ma przede wszystkim sierpniowych bomb 1945 roku.
To oznacza kilka fundamentalnych różnic. Japonia nie jest okupowana. MacArthur nigdy nie ląduje w Tokio. Konstytucja pokojowa z 1947 roku – napisana przez Amerykanów i narzucona pokonanej Japonii – nie istnieje. Cesarstwo trwa w swojej przedwojennej formie, prawdopodobnie ewoluując powoli w kierunku monarchii konstytucyjnej, ale zachowując znacznie więcej z militarystycznej i hierarchicznej kultury. Hirohito pozostaje figurą sakralną bez wojennej traumy i upokorzenia kapitulacji.
Co to znaczy dla mangi i anime? Manga jako medium istnieje przed wojną – Norakuro, Tankuro, komiksy dla dzieci wychodziły już w latach 30. Ale powojenna rewolucja mangi, którą zapoczątkował Osamu Tezuka, była bezpośrednim produktem amerykańskiej okupacji.
Tezuka zobaczył filmy Disneya przywiezione przez żołnierzy. Zobaczył Bambi i Fantazję i doznał olśnienia. Jego styl – wielkie oczy, dynamiczne kadry, filmowy montaż – był świadomą syntezą japońskiej tradycji graficznej z amerykańską animacją. Bez Disneya nie ma Tezuki. Bez Tezuki nie ma mangi w formie, którą znamy.
W alternatywnym świecie japońska sztuka komiksowa i filmowa podąża się inną ścieżką. Japonia, dominując militarnie i kulturowo w Azji Wschodniej, czerpie inspiracje z kontynentu, nie z zachodu. Estetyka jest mniej „wielkooka”, bardziej osadzona w tradycji drzeworytu ukiyo-e i chińskiego malarstwa tuszem. Postacie są bardziej hieratyczne, kompozycje bardziej statyczne – piękne, ale zupełnie inne.
Bez traumy atomowej i bez pacyfistycznej konstytucji, japońska kultura popularna nie przechodzi przez ten charakterystyczny proces przepracowania wojennej winy, który dał nam Godzillę jako metaforę bomby, Grobowiec świetlików jako antywojenny lament i cały nurt mówiący „wojna jest złem.” Zamiast tego – epopeje wojenne sławiące ofiarność i honor, samurajskie narracje bez ironii i bez pacyfistycznego podtekstu.
Japońska animacja powojenna rozwinęła się tak szybko częściowo dlatego, że studio Tezuki – Mushi Production – świadomie szukało tańszych technik niż Disney, wynajdując „ograniczoną animację” jako konieczność ekonomiczną. Ten przymus ekonomiczny wynikał z konkretnych powojennych warunków. Bez nich japońska animacja może być technicznie bardziej tradycyjna i znacznie droższa w produkcji – mniej jej, za to każda pozycja bardziej dopracowana.
No, a co w tym wszystkim robi Miyazaki? Hayao Miyazaki urodził się w 1941 roku. Jego ojciec prowadził fabrykę części do samolotów myśliwskich. Hayao dorastał w środowisku lotniczym, obsesja na punkcie latania jest w niego wpisana niezależnie od historii.
Ale jego formacja artystyczna była bezpośrednio związana z Tezuką i z kulturą, którą Tezuka stworzył pod wpływem Disneya. Miyazaki w wywiadach mówił o miłości do Kubusia Puchatka, do europejskiej literatury dziecięcej, do szwedzkiej Astrid Lindgren — wszystko to docierało do Japonii przez kanały kultury zachodniej otwarte przez okupację i późniejsze sojusze. Czy dotarłoby z Europy, która nie została spalona przez nazistów, wynarodowiona przez sowietów i podzielona Żelazną Kurtyną? Trudno powiedzieć.
Bez Tezuki jako wzorca, bez mangowej rewolucji jako środowiska, w którym mógłby dorastać artystycznie, Miyazaki trafia do świata animacji czerpiącej z teatru kabuki, z emaki – tradycyjnych japońskich zwojów obrazkowych – i z estetyki drzeworytu. Jego filmy są długie, powolne, medytacyjne. Bliższe Tale of Genji niż Nausice. Piękne w sposób zupełnie inny – mniej przygodowe, bardziej ceremonialnie. Być może znane tylko w Japonii i w kręgach zachodnich koneserów kultury azjatyckiej, jak Bergman w naszym świecie.
Miyazaki jako twórca europejski jest to paradoksalnie bardziej prawdopodobne rozwinięcie tej sytuacji. Japonia bez amerykańskiej okupacji, ale z silną tradycją fascynacji Europą, która istniała w Japonii od okresu Meiji, mogła otworzyć się kulturowo na Europę właśnie zamiast na USA. W świecie bez narzuconego po wojnie prymatu amerykańskiej kultury, gdzie Sztokholm jest nowym Hollywood, gdzie Warszawa i Berlin są centrami kina, japońscy twórcy jeżdżą na staże do Szwecji i Włoch, nie do Los Angeles.
Miyazaki zafascynowany europejskim krajobrazem, co zresztą widać w Lapucie, czy Kiki nawet w naszym świecie, gdzie te filmy są przesiąknięte europejską architekturą i przyrodą – mógłby w tej linii czasu tworzyć japońsko-europejskie koprodukcje. Filmy kręcone częściowo na Bornholmie, częściowo w Alpach, częściowo w Polsce. Dystrybuowane równolegle w Tokio i Sztokholmie. Jego nazwisko znane byłoby europejskim krytykom filmowym dekadę wcześniej niż w naszym świecie. Funkcjonowałby nie jako egzotyczny twórca z Dalekiego Wschodu, lecz jako część wspólnego europejsko-azjatyckiego kręgu kulturowego.
Jedna rzecz, która nie zmienia się w żadnym scenariuszu? Miyazaki i tak robiłby filmy o lataniu. O dziewczynach, które nie potrzebują ratowania. O naturze przeciwstawionej industrializacji. O melancholii rzeczy przemijających. Bo to akurat nie jest efekt kultury, to po prostu taki człowiek.
O tym, jak wyglądałby świat, w którym nie było drugiej wojny, będę wkrótce, niewykluczone, że tutaj, na blogu. To świat, w którym żyją bohaterowie „Gyllene Tider”, mojego nowego zbioru opowiadań, który ukaże się drukiem na Polconie 2026 w Zielonej Górze.









O miłości Miyazakiego do Europy mona dużo pisać…
https://www.youtube.com/watch?v=5h0bqtBl-_c
„Można pisać” i wkleja film! Co za czasy!
nie wiem czy to trafna symulacja, bez wybuchu wojny w Europie ekspansja Japonii w Azji przebiegałaby w dużej mierze tak samo, prędzej czy później zwróciliby się na Pacyfik i prawdopodobnie do konfrontacji z USA doszłoby i tak. (a także z Wielką Brytanią, Japonia w pewnym momencie realnie zagrażala należącym do Korony Australii i Indiom). nie będąc zaangażowanymi w europejskim teatrze działań USA mogłyby rzucić większe sily i środki na Pacyfik. pewnie to nie skończyłoby się uderzeniem jądrowym, ale mogłaby to być długa krwawa wojna w dżunglach na Borneo i Jawie, ciągnąca się przez dekady, bez decydującego rozstrzygnięcia, zawieszona jak wojna w Korei, z wyspami na lata podzielonymi między wrogie państwa jak Cypr, z trwającą pokolenia nienawiścią między wrogimi narodami.
i tu mam takie zastrzeżenie do Miyazakiego: jak bardzo kocham Ruchomy Zamek Hauru, to jak na końcu Suliman mówi „pora zakończyć tę wojnę” i tym się kończy, to parskam śmiechem, takie to naiwne. wojny się tak nie kończą, wojny się powoli wypalają, jak wychodzenie z choroby, w czasie którego można zachorować na coś innego, na przykład na rewolucję komunistyczną.
Ty to zawsze jesteś promyczek słońca na tafli jeziora.
W głównym eseju odniosłem się nieco bardziej do opcji, że wojna w Azji jednak miałaby miejsce. Podrzucę ci mailem, bo i tak musimy pogadać o ilustracjach.