DzL 015 – Od Hadfielda do Staszewskiego

Od Hadfielda do Staszewskiego

Na moście dwóch dziadów płynie powolnie przez wieczór, z wodą pod stopami i piwem w ręku, przechodząc gładko od lotów kosmicznych, przez dzieci, wspomnienia z młodości, topografię z miasta, nowe gry, stare gry, sprzęt komputerowy aż do współczesnej polskiej muzyki. Po drodze robiąc dygresje.

UWAGA! Od tego odcinka licencja materiału zmienia się na CC-BY-ND – to znaczy, że niemożliwe jest tworzenie utworów zależnych.

Uwaga! Lecą bluzgi!


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • Grono.net
  • RSS
No Comments

Statek popłynął

Wiele, wiele lat temu napisał pewien tekst. Nazywał się „Statek miłości” i było to takie tak sobie porno. Małe literackie ruchanko między fotografem w podróży służbowej i córką kapitana. Nie osiągnąłem nim jakiegoś spektakularnego sukcesu, nie trafiłem nawet na listę bestsellerów na iTunes, ale zasadniczo nie taki był cel tegoż.

Jakiś czas później, kiedy bawiłem się już na dobre w robienie „Co mówiłem, durniu?” i przymierzałem się do nieodżałowanego „Innocent Blood” sparowałem się z człekiem imieniem Dante, aby stworzyć wspólnie komiks na podstawie tego opowiadania. Nazywał się on „Dekameron” i powtórzę kolejny raz – nie ma o czym mówić. Narysowane zostało chyba 12 stron i nie ma ich już raczej nigdzie  w sieci i tyle.

Minęło kolejne kilka lat, a nie udało się namówić do współpracy człowieka, z którym zawsze chciałem stworzyć coś dłuższego. Prawdziwego mistrza cycków, tyłków, fiutów i ogólnie sprośności, maestra, jak to mawiał mój kolega z poprzedniej pracy, „panien z Playboya – bez kolan”, czyli tajemniczego au, z którym kilka krótkich rzeczy już wspólnie zrobiliśmy.

Była wiosna 2011 roku. Tak, była wiosna, ponad dwa lata temu. Przymierzyliśmy się do materiału, ustaliliśmy zasady i au zaczął rysować. W końcu zgromadziliśmy trochę zapasu i, jeżeli wierzyć internetom, w Sylwestra 2011 roku ruszyliśmy z publikacją komiksu „Statek namiętności„.

Naprawdę ostre rżnięcie (będzie później)

Od tamtej chwili minęło dużo czasu, wody pod kilem upłynęło sporo, kilka ciuszków spadło na podłogę i  – gdyby to był oryginalny tekst napisany tuż przed rewolucją cyfrową – kilka ładnych rolek filmu z aparatu wyszło.

Co dwa tygodnie publikowaliśmy jedną stronę, grzejąc, denerwują i podkręcając rosnącą rzeszę lubiący na Facebooku. W chwili, gdy piszę te słowa, stronę „Statku…” lubi już ponad 2.400 osób. To sporo, jak na mój gust. Mnie się podoba, lubię to.

Pod koniec 2012 roku podjęliśmy decyzję o publikacji na papierze, jednak już nawet wstępna, szybka kalkulacja pokazała, że to będzie droga zabawa – pełen kolor i wymagany przez niego dobry papier mają swoją cenę. Jakoś wtedy postanowiliśmy spróbować nowej mody – crowdfundingu. To było ryzyko, ogromne ryzyko, że sprawa się wywali i najemy się wstydu.

Udało się. W ciągu kilku tygodni zebraliśmy nie tylko więcej, niż konieczna masa krytyczna, ale także dostaliśmy drugie tyle zamówień z księgarń specjalistycznych.

Wczoraj odebrałem z magazynu nakład, przeznaczony do wysłania. Nakład, który trzeba było jeszcze opatrzyć autografami, popakować w koperty bąbelkowe, zaadresować a następnie wysłać pocztą do wszystkich wspaniałych ludzi, którzy zupełnie na gębę dali nam kasę za coś, co już dostali za darmo. Za komiks, który już przeczytali.

To niesamowite uczucie dla autora – nie ukrywam, że, jak dotąd, to największa premiera, w jakiej brałem udział. Najdłuższa, nie licząc „Klastra”, historia, jaką udało mi się opublikować. Niesamowite jest też, a może przede wszystkim, uczucie, o którym przed chwilą mówiłem – że ludzie, mimo, że znają komiks, chcą go nie tylko czytać, ale także, a może przede wszystkim – mieć. Że chcą dotknąć, poczuć pod palcami gładkość stron, powąchać kolorową farbę, pomacać zszywki trzymające grzbiet.

Prócz naszych wiernych czytelników chcę także podziękować autorom fanartów – wszyscy zareagowali bardzo pozytywnie, niektórzy odezwali się do nas z propozycją sami – cieszymy się, że chcieliście być częścią tego wydania, częścią tego komiksu, że, mimo jego specyficznej tematyki, złapaliście naszą zajawkę, naszą radość z zabawy.

Chciałem podziękować ludziom, którzy wzięli udział w tworzeniu tego tomu także od strony technicznej – nie wszyscy zostali uhonorowani na stronie tytułowej, ale o wszystkich pamiętamy, wszystkich pozdrawiam z tego miejsca.

Przed nami kolejny rozdział, kolejne miesiące pracy. Ile? Nie wiadomo. Ale to nie jest ważne. Wiemy, że jesteście tam, wiemy, że czekacie, wiemy, że nie możemy was zawieść. I nie zawiedziemy.

Co dalej? W pierwszej kolejności czekajcie na obiecany ebook z oryginalnym opowiadaniem. Nie zmieścił się w wydaniu papierowym – ale może w integralu? Za 5 lat? Wcześniej będzie na pewno obiecane wydanie elektroniczne komiksu – zarówno polskie, jak i angielskie. Wiemy, że są fani anglojęzyczni, którzy czekają, niektórzy długo – latem powinno się wszystko wyjaśnić.

A potem siadamy do planowania drugiego zeszytu. Mamy też pomysły na inne przygody naszych bohaterów. Może nie powinniśmy wybiegać myślą w przyszłość tak daleko? Z drugiej strony, gdybyśmy wiosną 2011 roku nie wybiegli myślą w przyszłość, nie było nas teraz tutaj, nie trzymalibyśmy w ręku fajnej, małej, kolorowej książeczki bynajmniej nie dla dzieci. Nie byłoby tak fajnie.

Może to patetyczne – ale ten komiks, jego powstanie, jego publikacja – to takie małe, spełnione marzenie. Cieszymy się z niego, dziękujemy za wsparcie i życzymy wszystkim, aby ich małe, kolorowe marzenia także zawsze się spełniały.


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • Grono.net
  • RSS
6 Comments

Batmany, które czytałem! – darmowy ebook

Batmany, które czytałem! - darmowy ebook

Chwilę to trwało, bo, wierzcie mi, przejrzeć 50 recenzji to jednak jest dłuższa chwila. Jednak, zgodnie z obietnicą, kolejny darmowy ebook z cyklu powtórka z rozrywki, czyli „Batmany, które czytałem!” – zbiór transkrypcji (czy też raczej tekstów do nagrań) z podcastu B180.

Żeby nie wdawać się zbytnio w szczegóły typu czemu 50, a nie 100, dlaczego i po co odsyłam do wstępu. W nim jest parę słów.

Zapraszam do wizyty na stronie z darmowymi ebookami.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • Grono.net
  • RSS
No Comments

DzL 014 – Piwo, pociąg i porno

Piwo, pociąg i porno

W brzozowym zagajniku, niedaleko torów kolejowych, czterech dziadów popija piwo, rozmawia o podtopieniach w lubelskiem, wychowaniu dzieci i porno. Ze Scooby Doo. W ponadgodzinnej dawce chaosu niczym nieskrępowanego Dziady z Lasu wracają do swoich najwcześniejszych korzeni w iście okropnym stylu, wylewając potoki myśli nieczystą mową ojczystą.

Uwaga! Lecą bluzgi!


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • Grono.net
  • RSS
No Comments

116. Przemijamy

Basen w Mirkowie

Całe dzieciństwo chodziłem na piechotę. Do szkoły miałem nieco ponad kilometr, więc szedłem. Bokiem drogi, bo ulicą nazwać tego niepodobna, Spacerowej, odkąd pamiętam rozkopanej. Przez ok. 10 lat przesuwał się po niej wykop, w którym układano kolektor burzowy. Przesuwał się stopniowo, powoli, ale metodycznie. Gdy byłem mały, miałem może z 5, 6 lat, rura sterczała zaraz za torami, które są od mojego domu jakieś pół kilometra, może 600 metrów. Gdy lat miałem z 10, to była już na wysokości mojego domu, a pewnego lata regularnie budziło mnie monotonne łomotanie kafara, wbijającego metalowe rynny zabezpieczające wykop. Gdy miałem lat 16, na ulicy położono znów asfalt.

Na basen w Mirkowie chodziłem najpierw z ojcem, potem sam. Szło się kawałek tą kuriozalną Spacerową, do torów, potem torami do mostu na Jeziorce. Ale lepiej było iść drogą budowlaną z betonowych płyt. Leżała poniżej nasypu kolejowego. W połowie odległości od Spacerowej do wału przeciwpowodziowego stały trzy lub cztery żelbetowe prefabrykaty, ustawione jedne na drugich. Taki mały fort. Po drugiej stronie rzeki, na pustej łące pod Mirkowem, stał przez jakiś czas prawdziwy labirynt z takich, wielki, żelbetonowy zamek, plac zabaw z drabinkami z zardzewiałych prętów zbrojeniowych. Potem, bliżej wału, były dwa małe jeziorka, stawki, oczka wodne, pełne roślin i owadów. Wizyta nad oczkami była obowiązkowym punktem tej trasy. Dalej droga budowlana dobiegała do wału, tam wchodziło się na górę i przechodziło pod estakadą z parociągiem.

Przez wiele kolejnych lat na tej estakadzie i na identycznej, znajdującej się kilometr w dół rzeki, wieszaliśmy liny i bujaliśmy się. Udawaliśmy Tarzana i Batmana i nie raz któryś rąbnął na ziemię, ale za jednym wyjątkiem nic nigdy nikomu się nie stało. Gdy byliśmy starsi dekowaliśmy się na estakadzie, która była wielkim żelaznym mostem, z kratownicami w środku. Trzeba było uważać, bo niektórych brakowało. Jeden parociąg kończył się niedaleko mojej podstawówki, drugi biegł wzdłuż Spacerowej w stronę Jeziorny i w pewnym miejscu schodził pod ziemię. Był tam betonowy bunkier, który jest materiałem na zupełnie inną opowieść.

Minąwszy estakadę przechodziłem przez most, którym jeździły pociągi do fabryki papieru. Czasem trafiało się na przejazd pociągu i wtedy człowiek dekował się na malutkim balkoniku poza obrysem mostu. Raz czy dwa dostałem rękawicą przez łeb od maszynisty za stanie na moście w czasie przejazdu. Wychylał się z kabiny i akurat dosięgał.

Po zejściu z mostu były dwie opcje – iść torami do Mirkowskiej i potem zejść z nasypu i przejść pod drugim parociągiem, albo iść przez ogródki działkowe. Ogródki pozwalały zaoszczędzić co najmniej 3 do 5 minut drogi, ale bywało, że jakiś praworządny emeryt wyskakiwał zza siateczki i przesłuchiwał wędrowca. Jeżeli rodzina nie miała tam działki, to trzeba było sromotnie poddać się i zawracać do torów, aby iść dłuższą drogą.

Na basen wchodziło się nie głównym wejściem do ośrodka od Mirkowskiej, ale z boku, z tzw. drogi koło basenu. Droga ta prowadziła do zakładu surowców wtórnych, z niej też można było, przez zakrzaczoną łąkę ogrodzoną drutem kolczastym przedostać się do znajdującego się kilometr dalej, na końcu bocznicy, biegnącej przez most, składowiska makulatury – cudownego raju zeszłomiesięcznych komiksów, gazetek porno i albumów ze zdjęciami ze szlaku bojowego od Lenino do Berlina.

Sam basen nie był jakimś niezwykłym obiektem. Ot, niecka, jedna ściana szklana, na drugiej trybuna. Ciekawe wykończenie z tysięcy różnych kafelków, położonych w nieregularną, chaotyczną mozaikę. Nie wiem czy to celowy zamysł, czy dla oszczędności wykorzystali odpady. Woda w basenie było koszmarnie chlorowana, tak strasznie, że po dwóch godzinach oczy prawie wyłaziły ze łba. A jednak bywało, że siedziałem tam sam, rzadziej z kolegami, właśnie tyle.

W hallu basenu były te wielkie suszarki na całą głowę, a także barek i akwarium, zwykle zapuszczone tak, że niewiele było widać. Wisiał też, w pewnych okresach – działający, telewizor.

Po takiej wizycie, z pomarszczonymi palcami, z czerwonymi, bolącymi oczami i mokrymi włosami wędrowałem przed zachodem słońca w letnie dni całą tę trasę z powrotem, do domu. Całymi latami chodziłem na ten basen. Najpierw z ojcem, potem z klasą na WF, potem sam.

Skończyło się to jakoś po przełomie. Ośrodek działał jakiś czas, jeszcze na drugim finale WOŚP byliśmy tam na koncercie. Potem nastąpiły przekształcenia własnościowe i wszystko opustoszało. Zamknięto halę, zniknął lokalny klub piłkarski, strzelnica zarosła krzakami, znikła pod nadkładem piachu bieżna i korty tenisowe. Sam basen też się zamknął. Trwał, błyskał tymi niewybitymi jeszcze szybami i szarzał.

W zeszłym roku, przypadkiem, poszedłem z dziećmi na długi spacer. Trafiliśmy też na imprezę sportową na znów działającym boisku, bo nazwać stadionem płyty trawiastej i betonowych resztek trybuny nie można. Podszedłem wtedy do basenu, zrobiłem kilka zdjęć, zajrzałem prze wybite okna, błysnąłem fleszem po otwartych drzwiach do szatni.

W zeszłym tygodniu poszliśmy na piwo. Nie wiedzieliśmy, gdzie iść, a nie mieliśmy całej nocy, więc podeszliśmy pod ośrodek. Recepcji i szatni już nie było, leżały w gruzach na ziemi. Hala basenu jeszcze stała, ale obok czaiły się już koparki. Kilka dni później zabrałem Bruna na spacer. Przez dłuższą chwilę staliśmy i obaj urzeczeni podziwialiśmy, jak gigantyczna koparka roztrzaskuje żelbetonową więźbę dachową.

Mały chłopiec i jego ojciec – razem patrzyliśmy jak pada pod ciosami zębatego potwora basen. Ten, którego on nigdy nie widział i już nigdy nie zobaczy. I ten, na który ja przez 20 lat chodziłem pływać, dziesiątki, jeśli nie setki razy, przemierzając drogę do końca ulicy, potem do rogu Spacerowej, dalej drogą pod nasypem, przez most i ogródki działkowe.

I jeszcze tylko most, nieużywany, niszczejący, coraz bardziej niepotrzebny, wisi nad rzeką. Jeszcze tylko nasyp jest, bo po prostu nie ma kto i za co rozebrać torowiska. Jeszcze tylko ogródki działkowe istnieją, ale to kwestia czasu, aż kupi je jakiś deweloper, tak jak identyczne, po drugiej stronie rzeki.

I nawet ulica Spacerowa nazywa się teraz Bielawska.

I staliśmy tak, a Bruno patrzył z zachwytem na cudownego, stalowego potwora, jak pożera stary budynek, a ja ze smutkiem patrzyłem, jak kawałem mojego życia wali się w gruzy pod silnymi ciosami hydraulicznego ramienia. I żaden z nas nie miał ochoty odwrócić się i odejść.


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • Grono.net
  • RSS
5 Comments