Popieram Kodeks Blogerów
godai | 04.09.2008, o 09:00 | W kategorii O filmach
11 komentarzy

Byliśmy w kinie. Z Żoną. Nic nowego, to się przydarza parom małżeńskim z większym i mniejszym od naszego stażem.

Byłem chyba ostatnim polskim fanbojem Gacego, który poszedł na ten film.

Żona była filmem zachwycona. Kiedy wychodziliśmy, opowiadała mi, które sceny i które postacie najbardziej jej się podobały. Aż w końcu spojrzała na mnie podejrzliwie i powiedziała: Ale tobie też się podobał, prawda? Bo tak nic nie mówisz?

Żeby nie było wątpliwości, film mi się podobał. To bardzo dobrze zrobiony sensacyjniak. Trochę rozwlekły. Trochę za mało akcji, wybuchów i mordobicia jak na sensacyjniak. Słaba laseczka. Ale bardzo dobry, mimo wszystko.


Pod warunkiem, że Stefan Senegal walczyłby w tym filmie z terrorystą imieniem Ja Wam Dam.

Bo, jeżeli mam to rozpatrywać jako film a Batmanie, to był średni. Mocno średni.

Na dzień dobry pójdę za światłą radą pewnego człowieka z forum Gildii, który stwierdził, że zdrowo jest rozpatrywać filmową adaptację komiksu w oderwaniu od pierwowzoru. Tak też zrobię, bo w tym filmie, jak w każdym innym, doszukałbym się takiej masy błędów, że zasypałbym nimi stadion olimpijski w Pekinie i jeszcze by zostało.

Nie będę się więc czepiał Denta, Rachel i całej reszty. Czepię się tego, czego bałem się, że będę musiał.

Na dzień dobry nasmarujcie pal i rozpalcie stos. Śp. Heath Ledger nie był rewelacyjny. Zagrał niezłą rolę psychopaty, albo nawet nie psychopaty, po prostu niezrównoważonego psychicznie bandyty. Nie zagrał Jokera. Nie dla mnie. Dla mnie to nie był Joker, tylko jakiś świr wymazany kosmetykami jak idiota.

Mlaskał wstrętnie. Może mam złe pojęcie o obłędzie, ale jak coś mlaszcze, to nie jest obłąkane ani straszne. Kojarzy mi się z pewnym gościem imieniem Rysiek, który kiedyś jeździł w pierwszych drzwiach autobusu 802 do Warszawy. Też mlaskał. Był umysłowo ograniczony, a to nie to samo, co szaleństwo. Mlaskanie nie jest szalone, jest obleśne. Mlaskający Ledger nie jest obłąkany, jest obleśny.

Trick z ołówkiem był fajny, ale jak na film klasy B prosto na wideo. I jeden fajny trick nie ratuje postaci, która poza tym jest płaska. Nie wiem, co ludzie widzą w tej kreacji. Zwykły psychol, w historii kina na pęczki było lepszych postaci, niż postać Heatha Ledgera (odmawiam nazwania jej Jokerem).

Kilka słabych mrugnięć oka względem Zabójczego Żartu. Niezłe mrugnięcie oka względem Jokera Nicholsona. Słabe zakończenie postaci. Monolog o byciu skazanym nawzajem na siebie postaci Heatha Ledgera i Batmana był jak młynek modlitewny, powracał kilka razy i w finale już nużył.

A jego dwukrotna (albo trzykrotna, mogłem przegapić) opowieść o różnym pochodzeniu szram była słabym echem rozmytego originu Moore’a. Słabo podanym i słabo przygotowanym. Ani straszna, ani wciągająca. Taki ojciec mógł przerażać w opowiadaniu z antologii Grindberga, ale nie u Ledgera.

Eckhart wypadł lepiej od Ledgera. Ten konkurs na MD był silnie umotywoway. Zagrał niezłą postać, dość dobrze napisaną; przemiana, mimo, że nie kanoniczna, wypadła przyzwoicie. Oczywiście Dent nigdy by nie oszukał, zabijając kierowcę, żeby pozbyć się Maroniego, ale trudno, już mówiłem, że nie będę się czepiał różnic między filmem a komiksem. W końcu to film realistyczny. Tu czołgi skaczą po dachach, a 18wheelery obracają się wokół własnej osi (ta scena najlepiej wskazuje, czym ten film powinien być).

Bardzo dobra charakteryzacja, czerpiąca garścią z wersji Sale’a, jak dla mnie. Przemyślana. Groteskowa. Nierzeczywista. Doskonała. W przeciwieństwie do tego gówna, które zrobiono z postaci Heatha Ledgera.

Batman był taki, jak Batman we wszystkich filmach. Dziwny koleżka zakutany w jakąś idiotyczną zbroję. Warkot, który się z niego dobywał, też był dla mnie bardziej śmieszny, niż przekonywujący.

Za to miał świetne sekwencje walk. Pierwsza scena na parkingu, ze wsadzonym niewiadomopoco Scarecrowem (cały wątek można by było wyciąć, no, chyba, żeby ocalić scenę walki), miała bardzo przyjemną choreografię. Nie matrixowo-chińskie popisy z żyłką z tyłka, tylko faktyczna brutalna bijatyka. Myślę, że tak właśnie Batman by walczył, gdyby istniał. Ten jeden raz “realizm” Nolana się udał i był realistyczny.

Jak dla mnie Bale pasuje do tej postaci tak sobie. Nie mówię, że lepszy był pan doktor plastikowe sutki, ale Christian kojarzy mi się wyłącznie z mangową wersją Asamiyi, a to jest alternatywa, jak na mój gust. Był taki jakiś, nie wiem, podłużny, pociągły, jako Batman był jeszcze OK, bo w tym całym plastiku to i Englund by był dobry, ale jako Wayne był jakiś nie taki jak trzeba.

Wątek z Hong-Kongiem był kompletnie z czapy. Piękne widoki, owszem, ale pół godziny filmu po to, żeby pokazać zatokę, to strata czasu. Żeby chociaż pokazali Walled City of Kowloon, to pewnie by się to uratowało. No, ale jego już nie ma, więc widzieliśmy wieżowce nad zatoką. Jakbym nie wiedział, że to HK, to bym nie zgadł.

“Realistyczne Gotham” było kiepskie. Gotham nie jest realistyczne. Gotham nie jest jak Nowy Jork. Gotham nie jest jak Chicago (na marginesie, co za przygłup napisał na stronach Cinema City “miasteczko Gotham”; fajne miasteczko, 8 czy ile? 10 milionów ludzi? Zupełnie jak miasteczko Nowy York…).

Gotham jest groteskowe. Gotham jest mroczne. Gotham jest brudne. Gotham dzieje się na ulicy i na dachach. Na ulicy są śmieci, wraki, bandyci i szczury. Na dachach są chmury, deszcz, maszkarony i Batman. W Gotham nie ma szkła i chromu, w Gotham są stare ceglane dystrykty, betonowe doki, stalowe mosty.

Oczywiście w moim Gotham, w Gotham Granta, O’Neila, w Gotham Sprouse’a, Novicka i Breyfogle’a. Gotham Nolana to Nowy Jork z Batmanem na dachu.

Bardzo duże brawa za akcję z Jimem Gordonem. Nie napiszę, bo jest cień szansy, że ktoś filmu jeszcze nie widział, ale to była najlepiej rozegrana akcja w filmie. Obstawiałem za kierownicą Rachelę i bardzo byłem zaskoczony. Serio, duże, duże brawa. W ogóle pochwała dla Oldmana. Najlepszy Gordon w historii ekranizacji.

Świetny Caine. Gdyby jeszcze zmienić wygląd, to byłby to najprawdziwszy Pennyworth świata. Widać, że ten aktor dobrze się przygotował do roli, odrobił lekcje i jeszcze zaliczył materiał nadprogramowy. W porównaniu z nim napisana od nowa postać Foxa jest zaledwie poprawna.

No i nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że prawdziwy Batman nigdy nie strzelałby z karabinów maszynowych w miejscach pełnych ludzi.

To był naprawdę dobry film. Sensacyjny. Dla ludzi, którzy o Batmanie wiedzą tylko tyle, że to facet co się przebiera za nietoperza i tłucze złoczyńców. Dla laików. Fani albo się spuszczą nad tym, co nawyprawiał Ledger, albo pomyślą to, co ja. Każdy ma prawo do swojej opinii. W/g mnie, Batman Początek było, mimo idiotycznego zniszczenia postaci Ra’s al Ghula, lepszy. Jako film o Batmanie, nie ogólnie.

Arcydzieło? Czego? Czas na flamewar.


godai | 02.09.2008, o 10:00 | W kategorii To i owo
10 komentarzy

Ponoć wypada 31 sierpnia. Nie wiedziałem.

Może dlatego, że na Wikipedii edytuję głównie hasła o Konstancinie i nie czytam newsów. Być może dlatego, że w tamten weekend miałem dużo innych zajęć, jak zabawa z dzieckiem i wieszanie półek w sypialni.

A poza tym, ja się nie bardzo czuję blogerem. Jeszcze kilka miesięcy temu na określenie Gniazda Światów używałem zawsze słów “moja strona domowa”. Blog, hm, no tak, to jest blog, teraz jest. Już kiedyś zresztą prowadziłem coś, co naprawdę byłem blogiem.

I bardzo dziękuję Robertowi, za ciepłe słowo. I tym kilku ludziom z komentarzy, co myślą podobnie. I ja może, tak z poślizgiem, napiszę dlaczego bywam na linkach, gdzie bywam. Niektórych przynajmniej.

Blog Day 2008

Belewood - kwartalnik Grzegorza Sienickiego, a może jest to Robert Krajewski? Opisuje raz od wielkiego dzwonu niektóre swoje pomysły, których ma masę, za dużo, żeby nawet myśleć o realizacji wszystkich. Kiedyś ścigaliśmy się na ilość notek i przegrał. Jest straszną fujarą, ale i tak go bardzo lubię, bo to człowiek wyposażony w dużą pogodę ducha. Autor The Movie, które ostatnio zaniedbał bardzo mocno.

Komiksy i nie tylko - Daniel zmaga się z materią, przy sporadycznym ostatnio współudziale Roberta. Lubi rzeczy inne trochę niż reszta, więc czasem ma fajne polecanki, a czasem fajnie po kimś pojedzie. Z sentymentem wspominam czasy, kiedy jeździł po mnie. Robert za to lubi czasem podeptać polską komiksową wzrastającą “krytykę” i trudno mu odmówić czasem słuszności.

Łukasz Okólski - młody, gniewny, zdolny (co widać po drodze, jaką przeszedł graficznie w bardzo krótkim czasie). Zrobiliśmy razem kilka rzeczy. Rzadko coś wrzuca, ale zwykle są to przyjemne szkice. Raczej do pooglądania i na start do jego galerii / portfolio. Sympatyczny także offline. To może być przyszłość polskiej kreski realistycznej, a nie artystycznej. Jak się mocno zepnie, to i plecy konia nauczy się rysować, i kobietę w pełnym galopie.

Maciej Pałka - rysuje Dampca, którego nie łykam i Najwydestyluchniejszego, które nie do końca rozumiem. Ma dość charakterystyczny styl. Do tego zna kupę ludzi i podaje interesujące ploty, a czasem popełnia świetnie wywiady, zupełnie inne od popularnej sieczki z portali. No i interesujące opisy procesów twórczych.

Pub pod picadorem - bo Daniel to artysta. A poza tym, jest tak mocno odśrodowiskowany, że aż miło czasem w polskim bagnie okołokomiksowym otworzyć gębę do kogoś, kto stoi na zupełnie innym brzegu i jest za bardzo natchniony, żeby przejmować się tym, czy tego akurat gościa wypada miziać pytką po szyjce. Robi swoje komiksy, pisze o jakiejś dramatycznej filozofii robienia sztuki i ogólnie ma ciekawe spostrzeżenia o życiu.

W poszukiwaniu straconego stracenia - blog o Odmieńcu 2, na którym Odmieńca 2 prawie wcale. Przemek pastwi się nad kulturą masową. Nadrabiam u niego opinie o tym, czego nie widziałem / nie czytałem. Lubię poczytać, bo mamy często zaskakująco zbieżne spojrzenia. Jak już trafi się coś, co nas w ogóle łączy. I dobrze się z nim gada przy piwie. Jak już mu się zechce przyjść.

Motywu Drogi nie opisuję, bo nie ma sensu. Każdy zna. Śmiem twierdzić, że jeżeli jestem nie drugim, to na pewno trzecim najstarszym jego czytelnikiem i czasem nawet zaglądałem za kulisy. Taka oś obrotu pewnej grupy, zmęczonej atmosferą zakiśniętych for.

A boli też chyba każdy zna. Z au też się fajnie chodzi na piwo. I gada o wojsku. Jeden z nielicznych ludzi (policzyłbym na palcach jednej ręki), którzy w armii nie byli, ale może z nimi pogadać taki gość jak ja, który w armii był. Zwykle taki dialog nie ma racji bytu. Oczywiście wszystko to, jak ktoś ma ochotę czekać na niego, gdy o 23:59 wychodzi z fabryki.

Jeszcze parę miejsc, ale te chyba odwiedzam najczęściej. Jakoś tak. Schwinga pomijam, bo to nie blog. Tak samo, jak Yay, cookie! bo chłopy mają już swoje własne strony.

Może, tak z rozpędu, przy jakiejś innej okazji napiszę, jakie komiksy czytuję w sieci. Całe dwa.


godai | 01.09.2008, o 09:57 | W kategorii O literaturze
8 komentarzy

Korzystając z faktu, że właśnie drogą kupna nabyliśmy DVD z adaptacją tej książki, pozwalam sobie odgrzać kotleta i wrzucić krótką notkę, którą o niej kiedyś naskrobałem.

Powinienem zacząć od stwierdzenia, że usilne przyrównywanie do Alicji w Krainie Czarów, które w wielu mediach dotknęło tę książkę, jest trochę na wyrost. Jest Alicji w Krainie Traw dużo, ale głównie w charakterze jawnych nawiązań i skojarzeń młodej bohaterki, niekoniecznie zaś w samej warstwie wydarzeń. To raczej takie mrugnięcia okiem, jakie można znaleźć prawie wszędzie (nie sięgając daleko, w Mój sąsiad Totoro jest prawie identyczna scena nawiązująca do króliczej nory).

Kraina Traw

Kraina… zrobiła na mnie ogromne wrażenie: najpierw rozmachem, którego nie można się było domyślać w pierwszych rozdziałach. Lektura zaczyna się spokojnie, prawie jak u Kinga, gdzie coś przemyka, ale tego nie widzimy. Niczym ciche, monotonne, ale denerwujące brzęczenie pszczół, które gdzieś krążą, czekając tylko, aby pokąsać.

Narratorem jest mała dziewczynka, i Cullin dość dobrze uchwycił sposób postrzegania świata przez dziecko. Warstwy rzeczywiste i urojone, magiczne i koszmarne nakładają się tu na siebie jak okna witrażowe. Poprzez retrospekcję czytelnik dostaje istotne informacje dopiero w momencie, kiedy pogrążony jest już na tyle w magicznej atmosferze farmy What Rocks, że za późno jest, aby spojrzeć na przedstawiony świat inaczej, niż przez pryzmat urojeń Jelizy.

Klimatem książka ta przypomina bardziej Gdy oślica ujrzała anioła Cave’a – tak jak tam, świat widzimy zdeformowany, oczami istoty, która ma percepcję inną od naszej. I tak jak tam, rzeczywistość zdaje się być spiralą, która w miarę lektury zaczyna kręcić się coraz szybciej.

Mroczna to książka – popycha w szaleństwo, prezentując pozornie bezpieczny, ograniczony ramami wiedzy i wyobraźni świat dziecka. Pozornie, bo kiedy samemu sięgnie się pamięcią, to łatwo przypomnieć sobie wszystkie drzemiące poza polem widzenia potwory i okropności. Autor pisze też w taki sposób, że rzeczy pozornie niewinne, nabierają groźnego, podszytego medialną paranoją podtekstu.

Nie mogłem uciec od skojarzenia z filmem Na przekór całemu światu – odtwarzany przez Bacona upośledzony Ricky jakoś automatycznie skojarzył mi się z postacią Dickensa.

Dodatkowo zakończenie, mimo że przeczuwamy coś “w tym stylu”, jest jednak dużym zaskoczeniem. Autor zaś zostawia nas w środku krwawego, płonącego koszmaru, oddychających z ulgą - no, teraz to wreszcie będzie dobrze…

Książkę przypadkiem wypatrzyła Żona, i za to lubię ją jeszcze bardziej. Pora zrobić powtórkę z filmu. Co ciekawe, nigdy nie wszedł do kin. Dzieło Gilliama, mimo, że i tak utemperowane w stosunku do literackiego pierwowzoru, doczekało się jedynie kilku pokazów studyjnych - nikt nie podjął się szerokiej dystrybucji. Szkoda. Byłby, być może, fajny skandal.

Strona filmu.


godai | 31.08.2008, o 17:48 | W kategorii Słowo na niedzielę
5 komentarzy

Wzorem Konrada z Motywu Drogi (bo Łukasz przyszedł na gotowe ;) ), krótki zbiór myśli z tygodnia.

Na górze motto. Pochodzi z innego mojego ośrodka, Gniazdo, który kiedyś był największym polskim serwerem darmowych opowiadań erotycznych bez reklam. Ostatnio go nie ma, jest tylko gdzieś archiwum, reaktywacja raczej nie wchodzi w rachubę. To dawne dni.

Gniazdo - Amatorskie Opowiadania Erotyczne

Jako, że to blog także o komiksach, to najpierw komiksowy bóg niektórych, wyglądający jak bliźniak jednocześnie Rasputina i Louisa Ciphera, Alan Moore, przemówi w kwestii będącej od kilku lat na medialnym topie, spotęgowanym zniknięciem pewnej dziewczynki ze skazą na źrenicy.

Can it be a coincidence that, say, in the Sun newspaper, the ideal of female beauty would seem to be the body — the overdeveloped body — of a nubile woman and, what, the face of a twelve-year-old? Paedophilia is completely ingrained within our culture.

Jako autor KLASTRA, nie skomentuję tego, bo już i w sieci i na konwentach wypominano mi, że pojechałem po bandzie. Aczkolwiek, trudno się nie zgodzić.

Przypadkiem trafiłem w sieci na blog człowieka imieniem pstraghi, którego do tej pory kojarzyłem głównie z takim projektem jak Komikz. Ubawił mnie setnie ten wpis, który wszystkim polecam. Oczywiście jest obrazoburczo i wulgarnie, ale akurat większości z was o pewnie nie przeszkadza.

Jakiś czas temu byliśmy z Żoną w Licheniu. Nawet nie potrudziliśmy się, żeby się zbliżyć do tego sakralno-architektonicznego potworka, tej abominacji, która z wielu kilometrów straszy ponad polami jak skrzyżowanie Uniwersytetu Łomonosowa z Elektrociepłownią Siekierki i Cerkwią Wasyla Błogosławionego, wysraną przez jakiegoś ćpuna. Znaleźliśmy jedyny darmowy parking (w Licheniu nie ma ogrodów, są tylko parkingi płatne). Jest usytuowany tuż obok zapomnianego, starego sanktuarium, gdzie ten koszmar się rozpoczął. Poszliśmy na lody. Po drodze był stragan. Na straganie stał wylepiony bursztynowym miałem obrazek, a w zasadzie zdjęcie, przedstawiające jak JP2 chwyta za bary B16. Obok podjeżdżająca mangą Mateczka Boska z Jezuskiem,w sam raz do pokoju dziecinnego. Tuż za nią obrazek z płynącą wodą (dawni bywalcy chińczyka na Dworcu Śródmieście wiedzą jaki), z którego wydobywały się świergoty ptaszków, zagłuszane przez Don Wasyla Romę, ryczącego z głośnika. A to był dopiero pierwszy rząd. Na opis całego straganu nie wystarczyłoby całego bloga. A były straganów długie rzędy, bo przecież turystyczne poczucie rynsztoka (z gustem nie pomylić), nakarmione być musi.

Najbardziej, wspomnę tylko, ucieszył mnie stary przyjaciel z lat podstawówki, najcudowniejszy cud polskiej wiary katolickiej. Oto Pan wasz, Jezus Chrystus Fluorescencyjny*, z grysu polietylenowego wielorodzony, mocą Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, po naświetleniu lampą nocy ciemności rozpraszający.

Wyglądający jak kał wydry z Czarnobyla, rozpięty na plastikowym krzyżyku. Niezapomniany. Aż kiedyś odżałuję te kilka złotych i kupię takiego. Jesus Buddy nie jest godzien wyssać mu bąka z dupy.

Koniec sakralnych wynaturzeń, staram się omijać kwestie wiary, bo nie są mi bliskie, ale tym razem musiałem się pożalić.

Kontynuujemy maraton Ghibli. Już o tym wspominałem w komentarzach - Ruchomy Zamek Hauru jest dobry, ale trochę zbyt chaotyczny. Kilka nieprzjemnych skrótów logicznych, ogólny rozgardiasz. Za to Boberek jako Kalcifer - świetny.

Pom Poko (Szopy w natarciu) natomiast, bardziej wyglądają na dramat społeczny z elementami komediowymi. Nie wiadomo co. Z dość silnym przesłaniem pro-ekologicznym i bez happy endu. Za to po raz pierwszy japońska antropomorfizacja niewywołująca odrzucenia u mnie.

No, a skoro jesteśmy przy Ghibli, to przypomnę. Wiecie, że jak to wypłynęło, to myśleliśmy, że to jest zwiastun kolejnego pełnego metrażu ze Studia?

Ach, na koniec. Byliśmy z Żoną na Mrocznym Rycerzu. Żona była zachwycona. Teraz nie mam czasu i ochoty pisać o tym dłużej. W tygodniu może.


* Na marginesie: spis najpopularniejszych, obowiązujących na ziemiach polskich, Matek Boskich.


godai | 28.08.2008, o 14:24 | W kategorii Aktualności
4 komentarzy

CMD: RealoadedA, mówiłem, że sezon czwarty kiedyś też dobiegnie końca. A gdy sezon dobiega końca, to wychodzi w zeszycie.

I tak samo będzie teraz - Reloaded zostanie, jak poprzednie sezony, wydany drukiem. Z konkretów, będzie odrobinę zmian w formie, ale niewiele. W środku 21 odcinków (cały sezon + odcinek “niedoszły” z trzeciego), czarno-białe, za to trochę lepsza kolorowa okładka. Odcinek au będzie w kolorze, bo szkoda go tak zgwaucić.

Cena pewnie jak zwykle, zaoscyluje wokół 5 złotych, czyli równowartości jednego knajpianego piwa. Nakład będzie mniejszy niż poprzednio, bo nie więcej niż 50 sztuk. Biorąc pod uwagę tendencje kolekcjonerskie, być może numerowane i z odręcznym autografem, albo nie wiem, odcisnę ucho.

W każdym razie, jak komu zależy, to niech czeka na newsa, że już. A jak ktoś cierpliwy, to w Łodzi, na MFK ‘09 (jak dotrę), na stoisku Dolnej Półki.