godai | 29.07.2010, o 10:00 | W kategorii O filmach

Hayao Miyazaki przyzwyczaił mnie do tego, że jeśli nawet jego filmy nie zapierają tchu w piersi, to i tak są nadal bardzo dobre. To, co u boga anime jest zaledwie w porządku, u innego twórcy byłoby dużym osiągnięciem. Świetna i nastrojowa Nausicaä, cudownie baśniowy Totoro, heroiczna i okrutna Mononoke czy w końcu przytłaczające bogactwem i rozmachem W krainie bogów postawiły japońskiemu reżyserowi poprzeczkę bardzo wysoko.

Za wysoko, jak się zdaje.

Ponyo, najnowszy film mistrza, to nakręcona bez polotu bajka w sam raz dla trzylatki, jaka jest Zuza. Towarzyszący jej rodzic będzie miał poczucie, że może wyjść do kuchni i, jak to dobrze, to dvd a nie kino.

Film oczywiście jest ładnie zrobiony, chociaż projekty postaci zdradzają pewien recycling designu studia. Postacie mają swój urok, Ponyo jest słodka, chociaż w niektórych scenach, gdy jej ludzka postać się cofa, przypomina pokracznego kuraka. Animacja na zwyczajowym poziomie dla Ghibli – sprawna, czysta, bez niepotrzebnego efekciarstwa; dobra warsztatowa robota, ale nic ponad to.

I do tego słabo poprowadzony, miejscami chaotyczny scenariusz oparty na wytartym pomyśle i nie rozpracowany do końca. Wszystko niby jest na miejscu, postacie zarysowane, jest jakaś drama, ale to jest takie zupełnie nijakie. Owszem, ma on swoje dobre chwile, chociażby w postaci Fujimoto, czytelnej satyry na nawiedzonych ekologow, co w filmie Hayao, bardzo przecież ekologicznego twórcy, nabiera wymowy. Są też ewidentne kiksy – o pewnych sprawach można się więcej dowiedzieć z okładki niż z filmu.

Tylko muzyka, jak zwykle, na poziomie.

Ponyo to ładna bajka o rybce, ale nawet Zu prędzej poprosi o puszczenie kolejny, ósmy czy dziesiąty raz Totoro, niż o powtórzenie najnowszego filmu Miyazakiego. Może nie najsłabszego, ale chyba najbardziej rozczarowującego.

Jestem tak rozczarowany, że nawet nie chce mi się napisać lepszej recenzji niż te parę zdań na krzyż.

Ponyo

scenariusz i reżyseria: Hayao Miyazaki
zdjęcia: Atsushi Okui
muzyka: Joe Hisaishi

czas trwania: 101 minut

Japonia, 2008


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Twitter
  • Wykop
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • RSS

godai | 18.07.2010, o 10:00 | W kategorii Słowo na niedzielę

Nie lubiłem już dawniej, kiedy po 30 minutach czekania aż ktoś wreszcie podejdzie wyszliśmy ze sklepu.

Ale wczoraj już przegięli. Oddaliśmy samochód na przegląd klimy, bo coś zaszwankowało. Przegląd darmowy, płaci się za nabicie czynnika chłodzącego.

Spece w Norauto nabili czynnik, stwierdzili, że nadal nie działa i zadzwonili, żeby mnie o tym poinformować. Na hasło, że nie zapłacę, odesłali do dyrektora.

Ostatecznie stanęło na tym, że oni mi nie policzą, tylko odessą to, co napuścili.

Tyle, że w instalacji był jeszcze gaz chłodzący – ba, nawet sporo, bo działała bardzo dobrze, zanim wysiadła, a oni odessali ją na pusto. Wszystko. To, co napuścili (ich prawo) i moje, które było (wzięli, znaczy się, cudze).

Jednym słowem, zamiast zrobić przegląd, to zmarnowali nam półtorej godziny i ukradli gaz z instalacji klimatyzacyjnej. Nie ma się co dziwić, kilogram czynnika chłodzącego kosztuje ponad stówę. Nie w kij dmuchał, nawet dla sieci sklepów.

Nie korzystajcie z Norauto. A przynajmniej nie z przeglądu klimatyzacji. Jedyne co zrobią, to zmarnują wasz czas. Jak będziecie mieli szczęście. Bo tego, że spaliła się cewka i nie działa czujnik ciśnienia nie udało im się stwierdzić. W końcu przegląd ogranicza się najwyraźniej tylko do sprawdzenia ciśnienia. I ewentualnej kradzieży czynnika chłodzącego.

A teraz życzę miłego tygodnia, bo jedziemy nad morze. Będą twitty. Chyba.


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Twitter
  • Wykop
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • RSS

godai | 11.07.2010, o 10:00 | W kategorii Słowo na niedzielę

Kupiłem sobie zabawkę. Zabawkę, za którą w liceum, a tym bardziej wcześniej, każdy chłopak z mojego pokolenia zabiłby.

Kupiłem sobie kamerę wielkości zapalniczki. Sprzęt mini DV, absolutna małpa (ma tylko power, start/stop i możliwość włączenia trybu reagowania na dźwięk), bez zoomu, ale gra całkiem przyzwoicie (w 720×480), sprawiając nadspodziewanie dużo frajdy.

Oczywiście teraz nie będę jej ukrywał już w łazience dziewczyn, ale przymierzam się do pierwszych ujęć z powietrza, gdy za tydzień będę sterczał z piwem w ręku na nadbałtyckiej plaży.

Latawiec znalazł nagle nowe zastosowanie.

Myślę sobie, że, o ile na co dzień dorosłość jest trochę męcząca i nawet nieciekawa, to możliwość realizacji marzeń, którą osiągnęliśmy dzięki rozpoczęciu pracy zarobkowej oraz gigantycznemu skokowi technologicznemu przez ostatnie 20 lat pozwala nam uśmiechać się do siebie.

Piszę o tym także dlatego, że w zeszłym tygodniu dokonałem wreszcie digitalizacji swojego pierwszego filmu, nagranego prawie 15 lat temu na nadzwyczaj nowoczesnej, drogiej i szykownej kamerze VHS-C, którą dostałem w prezencie od babki. Zapalniczka z pozytywką, przepraszam, z obiektywem, którą za 90 złotych kupiłem w piątek daje lepszy obraz niż tamta. Powoli doganiamy podręczniki Cyberpunka 2020 i Mroczne oceany Dukaja, przynajmniej technologicznie.

Dziś, oglądając płytę z tamtym filmem myślę sobie „w mordę, ale się to miasto zmieniło” i parę ciepłych słów pod adresem moich umiejętności. Ciekawe, co będę myślał za 15 lat o tym, co kręcę dziś?

Co pomyśli moja 18-letnia Zuzia o pierwszym filmie, który sama nakręciła?


Inne wpisy być może podobne:

Podziel się na:
  • Twitter
  • Wykop
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Flaker
  • Śledzik
  • Blip
  • del.icio.us
  • Technorati
  • RSS