Popieram Kodeks Blogerów
godai | 30.06.2009, o 10:00 | W kategorii O literaturze

W tym samym pudle, w którym była Wyspa Delfinów, znalazłem też masę innych książek. Postanowiłem pójść za ciosem i ponadrabiać, a raczej poodświeżać więcej lektur z dawnych lat.

Jedną z takich przypomnianych lektur była trylogia haińska, wchodząca w skład cyklu Ekumena, Ursuli LeGuin. Świat Rocannona, Planeta Wygnania i Miasto Złudzeń powiązane są ze sobą raczej luźno – w zasadzie tak naprawdę można je czytać całkiem osobno, odwołują się jedynie do siebie, ale nie w sposób uniemożliwiający lekturę.

Cóż mogę powiedzieć? LeGuin nie bez powodu uznawana jest za wielki talent i genialną pisarkę. Fakt, że jest laureatką takiej masy nagród też nie jest przypadkiem.

Trylogia haińska to science-fiction, w którym mało jest science, a więcej socjologii, psychologii społeczeństw, badania natury ludzkiej, szukania granic możliwości człowieka – jednostki, społeczności, rasy, wreszcie – pangalaktycznej wspólnoty planet.

Więcej jest w tych powieściach, zwłaszcza w Świecie i Planecie z fantasy – na poły baśniowa, oniryczna scenografia, wątki i wydarzenia; jedynie gdzieś w tle pojawia się technologia, astronautyka i Liga.

Przez te powieści przebiega się szybko, pochłania się je błyskawicznie. Co nie znaczy wcale – bezrefleksyjnie. Każda powieść jest trochę inna, rozgrywa się w innych warunkach, inne problemy stoją przed protagonistami, ale wszystkie osnute są wokół jednostek – niezwykłych, silnych, nieświadomie tworzących historię nie tylko swoją, ale całych społeczeństw, ras, planet.

hain

Hain, tak naprawdę, to eposy o bohaterach, mity o ludziach, którzy sięgnęli ku gwiazdom i dla współczesnych stali się bogami. O astroetnografie, który postanowił ocalić obcy świat przed zagładą; o dziewczynie, która postanowiła złamać zwyczaje swojego ludu, aby ocalić obcych z innej planety przed wymarciem; o naukowcu, który w obliczu klęski zachował siłę i nie ugiął się przed wrogiem, poświęcając szczęście, aby ocalić swoją planetę.

To książki, które warto przeczytać. Ze względu na lekkie pióro LeGuin, na klimat, na rozmach przedstawionego świata. A wreszcie dlatego, że w czasach skurwienia wszelkich wartości fajnie poczytać o prawdziwych bohaterach, uczciwych, twardych ludziach z krwi i kości.

Ja tymczasem szukam na allegro reszty Ekumeny. Dwie już mam, pozostałe raczej szybko uzupełnię.

PS. Ale okładki dobrane z dupy.


Inne wpisy być może podobne:


godai | 28.06.2009, o 10:00 | W kategorii Słowo na niedzielę

Wczoraj spotkałem owada. Wyglądał trochę jak złotook, przynajmniej z kształtu, ale był większy. Miał naprawdę grubą choć krótką trąbkę, zakończoną ruchliwymi rzęskami. Miał też na odwłoku coś, co przypominało ogon skorpiona, choć krótsze. Zamiast kolca miało też miniaturowe szczypce, podobne do krabich.

Natura jednak jest niewiarygodna w wymyślaniu istot.

Prócz tego znalazłem ciekawy komiks.  Klikać po większe. Ciekawe, jak po latach pomysł może powrócić i wyewoluować.

fatalne-mortalsy
Plansza pochodzi z magazynu Nowy Talizman #2 (ok. 1996 roku)


Inne wpisy być może podobne:


JAPONfan | 26.06.2009, o 23:00 | W kategorii Listy z Dunwich

Uuuu, panika na światowych giełdach. Liczba wysłanych CV przekroczyła setkę. Ponoć wymarzonej pracy szuka się rok. Ponoć też w szukaniu pracy istnieje zasada 10%. Dziesięć procent firm, do których wysłaliśmy CV się odzywa i z tych 10% z jednej dostajemy ofertę pracy. Teoretycznie więc powinienem mieć pracę. która jest moja wymarzoną w 1/3.

Dziwnie jednak dalej szukam pracy. Dziś byłem na kolejnej rozmowie. Szefami są kobiety. A mam uraz do nagromadzenia chromosomu X na stanowiskach nade mną. Mam trochę jak pies Pawłowa* i co prawda się nie ślinię, ale jestem dalece ostrożny w takich kontaktach. Wyuczony szowinizm pracowniczy.

Ale roboty nie dostałem, na razie czeka mnie wykonanie “testowego” zlecenia.

W każdym razie zabierając się za pisanie tego listu miałem na wątrobie jedną z wcześniejszych rozmów jakie odbyłem.

Znajomy przesłał mi ogłoszenie znalezione na pewnej stronce. Wysłałem CV i portfolio i odhaczyłem kolejny spełniony obowiązek “bezrobotnego poszukującego”. Ku mojemu zdziwieniu dostałem odpowiedz. I to nie klasyczne “dziękujemy się odezwiemy”, a email z pytaniem na temat mojej poprzedniej pracy itd. Tak się trochę mienialiśmy mejlami, z pytaniami o oczekiwane zarobki, doświadczenie w pracy na samodzielnym stanowisku i padł tekst, że odezwa się w sprawie ewentualnej rozmowy. I wtedy uznałem sobie że mnie skreślili. Dlatego jeszcze bardziej się zdziwiłem, że zaprosili mnie na gadkę. Problem w tym, że w Gliwicach.  Dwie godziny jazdy, autobusem, pociągiem i ponownie busem. No, ale czego się nie robi dla szansy pracy w porządnie wyglądającej firmie.

W poniedziałek, dwa dni przed rozmową,  zadzwoniła kobieta z innej firmy zapraszając mnie na ten sam dzien. I żaden inny, wtorek, czwartek odpada, rozmowy maja tylko w środy. No wiec delikatnie spuściłem ją na bambus uznając, że firma, która odzywa się po miesiącu od otrzymania życiorysu jest mniej warta uwagi niż taka z która, jak mi się wydawało, jestem ugadany. No więc pojechałem. Spędziłem w podróży i na miejscu 5 godzin, wydałem 11 złotych na bilet, a na miejscu okazało ze facet chce mnie tylko poznać i pogadać. Jakbym wiedział, zadzwoniłbym sam do niego, żeby pogadać i podał konto na naszej-klasie.

Co mnie irytuje tak bardzo to fakt, że przeszła mi koło nosa jedna rozmowa, a widzę, że tamta firma znów szuka grafika. Jasne, mogę wysłać jeszcze raz i czekać kolejny miesiąc. A tak, kto wie, może miałbym już pracę albo przynajmniej spokój sumienia.

Cały czas zastanawiam się czy to nie przypadkiem czas, żeby olać szukanie pracy i założyć własną działalność. I wydawać komiksy ;) (śmieszne, haha – dop. red.), stracić mnóstwo pieniędzy i efektownie spalić się w próbie bycia wielkim, albo wspaniałym. Lub cholernie wizjonerskim i fenomenalnie godnym podziwu.

*Pawłow próbował wcześniej na kocie, niestety po trzech dniach na dźwięk dzwonka przynosił kotu jedzenie.

A teraz z zupełnie innej beczki. Starając się autopromować, wzbogacać swoje emploi i być super zajebistym rysownikiem założyłem, oprócz twittera jak z boku, własną stronę. Możecie ją obejrzeć pod adresem www.wojtekgrzegorek.pl (tak, naprawdę mam na imię Wojtek). Oczywiście wszelkie komentarze, rady i flamewary mile widziane.


Inne wpisy być może podobne: