DC versus MARVEL – analiza okładki

Przewidywany czas czytania: 4 m

Wściekły starzec krzyczy na chmury, czyli jak można było w ogóle zatwierdzić takiego klocka na okładkę?

Ten odcinek możne tez obejrzeć na YouTube, gdzie widać o czym mówię. Transkrypcja poniżej.

W drugiej połowie roku zostaje wreszcie wznowiona i to naprawdę w doskonałej formie – w postaci prawie 1000-stronicowego omnibusa – seria mini-serii DC vs. Marvel. One pierwotnie zaczęły wychodzić w 1996 roku. Ja zresztą parokrotnie pochylałem się nad tymi crossoverami między bohaterami DC i Marvela w podcaście B180 kilkanaście lat temu, ponieważ dużo z tych dotyczących Batmana, który jest nadal jednym z moich ulubionych bohaterów, wtedy przeczytałem i zrecenzowałem. Bardzo się cieszę na to wydanie, chociaż muszę przyznać, że okładkowa cena 150 dolarów powoduje, że człowiek się chwilę zastanowi, zanim kliknie „kup”. Na szczęście w przedsprzedaży można dostać to taniej.

Natomiast tym, co bardzo mnie rozczarowało jest główna okładka do przedsprzedaży narysowana przez Johna Romitę Jr. Ja nie chcę powiedzieć, że zawsze hejtowałem Johna Romitę, chociaż nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Natomiast John Romita Jr. miał swoje dobre momenty. Pamiętam, że poznałem go, kiedy rysował Spider-mana w serii The Amazing Spider-man albo w którejś z pokrewnych. Musiałbym sprawdzić. To było przed Jasonem Toddem. Nawet w Polsce się na to załapaliśmy. To były fajne rzeczy. Potem miał ten okres w latach 80., kiedy tuszował go Dan Green i rysowali razem X-Men. I to też było takie charakterystyczne, fajne. Zwłaszcza, że to był dobry okres w historii X-Menów. Jeszcze przed upadkiem mutantów, kiedy Kitty Pryde już była w zespole, kiedy tam się dużo rzeczy kręciło. To był ten okres, powiedzmy, Tajnych Wojen. Potem jego styl zaczął ewoluować.

Szczytowym momentem, jak sądzę, była miniseria z Frankiem Millerem. Men Without Fear, Daredevil, gdzie Romita Junior poszedł w mrok, w twardą, ciężką kreskę. Mam wrażenie trochę, że być może inspirował się tym, w jaki sposób pracuje Mark Texeira, bo to są podobne klimaty. Dużo ciężkiej kreski, to jest takie trochę brudne itd. Eskalacją, kwintesencją tego stylu były Serca ciemności, które wyszły również u nas. To był ten moment, kiedy w zasadzie nam drogi już się rozeszły, bo ja nie byłem wielkim fanem takiego rysowania. Natomiast potem jeszcze wiele, wiele lat później, całkiem niedawno sięgnąłem po Happy Birthday i zobaczyłem, że styl Romity wyewoluował w bardzo dziwnych kierunkach. Nie wiem co się stało, ale tak jakby nagle ten warsztat, wszystko zaczęło być zupełnie inne.

I okładka do DC vs Marvel to jest właśnie taki sam problem, ale ona ma więcej problemów. Są na niej cztery postacie, narysowane tak jak narysowane, w nowym stylu Romity. Nie podoba mi się to, widzę, że tam warsztatowo owszem, ale ten facet umie lepiej. Jak się spojrzy na jego Daredevila, jak się spojrzy na jego Punishera, to były rzeczy, które miały kopa. A tu to są cztery bezpłciowe szkice na tylnej stronie zeszytu.

W dodatku problem jest z samą okładką. To nie jest okładka. To są cztery luźne szkice, które łączy tylko to, że ktoś powiedział Johny Boy, narysuj czterech największych zakapiorów z DC i z Marvela.
No i Johny Boy narysował czterech zakapiorów z DC i z Marvela. Wcale nie największych i wcale nie zakapiorów. Jak sądzę, no dobra, Batman i Superman, no to trudno jest w DC skoczyć wyżej.
Możemy się spierać, czy zamiast Silver Surfera nie należało dać kogoś innego, ale diabła z tym. To są cztery postacie narysowane tak bez żadnego pomysłu i wrzucone na jedną stronę. Ich nic nie łączy, oprócz tego, że wszystkie patrzą w swoje lewo – widza prawo – i to jest tyle.

Żadnego tła, żadnej kompozycji, jakiś morek z tyłu, który chyba ma udawać, nie wiem, kurz, mgłę, tuman, cokolwiek. No absolutnie, widziałem dużo złych okładek w życiu. Wierzcie mi, bo czytam komiksy mniej więcej od 1983 czy 1984 roku. No dobra, w 1983 to może bardziej oglądałem, niż czytałem, ale miałem kontakt z okładkami. Widziałem bardzo dużo złych okładek i widziałem bardzo dużo złych okładek w komiksie amerykańskim również. A ta jest okropna, to nie jest okładka, nie ma tu kompozycji, nie ma tu pomysłu. Po prostu Johnny Boy wrzucił czterech największych zakapiorów na okładkę i tyle. I Johnny Boy po prostu narysował cztery osobne postacie, walnął to, przyszedł Inker, który próbował coś z tym zrobić, ale nie da się z tym nic zrobić. Wieje Liefeldem, bo Batman nie ma nóg. W zasadzie Superman też nie ma nóg i Silver Surfer w zasadzie też nie ma nóg. U Kapitana Ameryki już nie dało się tego zrobić, no, można było narysować tuman. Tuman, który nie jest w ogóle tłem. Wygląda jak zabawy w Photoshopie średnio bystrego licealisty dwadzieścia lat temu. Bo trzeba jakieś tło, no bo horror vacui, a nic nie ma.

I nie wiem, czy naprawdę nikt nie spojrzał na tę okładkę przed zatwierdzeniem jej do druku, czy po prostu stwierdził, eee to jest Johnny Romita Junior. Wszyscy go kupią, bo wszyscy kochają Johnnego Romitę Juniora. Tak, być może tak było. Ale jeżeli tak było, to bardzo szkoda. Bo po pierwsze samo to, że dajemy duże nazwisko, bo ja go mogę lubić, albo go mogę nie lubić, mogę być przerażony tym, co się stało z jego stylem i z jego rysunkami, ale to jest duże nazwisko, bo facet siedzi czterdzieści albo więcej lat w komiksach zawodowo, ale to jest okropne; damy duże nazwisko, wszyscy to kupią. Z drugiej strony duże nazwisko, ktoś taki jak John Romita Junior nie powinien sobie pozwolić na wypuszczenie takiego kloca, który wygląda jakby, po prostu wyjął cztery luźne szkice z teczki, gdzie się wprawiał, przylepił je szybko białym klejem do kartki i powiedział Dzień dobry, potuszuj to, będzie spoko, nie? I nie będziemy się bawić, bo jest inna robota lepiej płatna niż jakaś tam okładka do jakiegoś tam omnibusa na tysiąc stron, do jakiejś tam miniserii DC vs. Marvel, gdzie na przykład Daredevil spotyka się z Batmanem, Spider-man z Supermanem, albo jakieś inne kocopoły nawalają się promieniami z dupy.

Nie wiem, co powodowało czynnikami decyzyjnymi u wydawców, żeby wypuścić takiego klocka, ale szczerze mówiąc jedyne, co w kwestii komiksu amerykańskiego w ostatnich latach kołacze mi się po głowie to słynne stwierdzenie, właśnie dlatego nie możemy mieć już ładnych rzeczy. Jest jakiś powód, dla którego jedna, jedyna japońska seria komiksowa ma momentami sprzedaż lepszą niż obaj majorsi. Być może wypuszczanie takich potworków jest jedną z przyczyn. Ale nie wiem, co ja tam się znam. Od 40 lat czytam komiksy. No w zasadzie od 39, bo przez pierwszy rok tylko oglądałem. A więc jak zwykle, cóż, wściekły starzec krzyczy na chmury.

Natomiast to, to nie jest dobra okładka.

 

Prawa autorskie – Bartek Biedrzycki

Avatar photo

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Bartek Biedrzycki,