TKR – 029 – Batman/Deadpool

Naprawdę tani skok na kasę z pojedynczymi przebłyskami.
Podcast: Play in new window | Download (Duration: 16:12 — 22.3MB)
![]()
Prawa autorskie – Bartek Biedrzycki
Poniżej znajduje się pisemna wersja audycji (z pewnymi różnicami).
Uwielbiam gościnne występy i wspólne komiksy bohaterów z różnych światów. Na półkach z Batmanami, które do dzisiaj stanowią trzon mojej kolekcji, mam ich kilkadziesiąt. Kupiłem zresztą ostatnio omnibusa z wydawanymi przez dekady crossoverami Marvel/DC i jest tam dużo złota. Deadpool/Batman, który wyszedł jakiś czas temu, to nie jest taki złoty komiks. Deadpool/Batman od Marvela to jest taki typowy skok na kasę. Wyszły dwa, jeden z Marvela, jeden z DC (Batman/Deadpool) i ten z Marvela to jest w dużej mierze straszna sraka. Nie jestem do końca obiektywny, bo niezwykła popularność Deadpoola to coś, co wprawia mnie niezmiennie w osłupienie, ale powiedzmy, że teraz komiksy amerykańskie są inne. (Tak, wiem, DP pojawił się 30 lat temu).
Sama główna historia z Deadpoolem i z Batmanem jest prosta. Przynajmniej ma jakąś fabułę, nie? Ale jest to prosta fabuła. Deadpool bierze zlecenie na załatwienie Batmana, przy okazji odwiedza Bruce’a Wayne’a i chce mu sprzedać usługę. Potem okazuje się, że pracuje dla Jokera. Na marginesie, Joker z podgolonymi bokami, w stylu tego potworka granego przez Leto… No, jest to okropne wizualnie. Jest to wszystko stosunkowo krótkie, z jakiegoś powodu zajmuje mniej niż połowę zeszytu, chociaż można było rzeczywiście pokusić się o to, żeby coś tam więcej zrobić. Jest to napisane… przyzwoicie, chociaż Zeb Wells, nie słyszałem o nim wcześniej i wątpię, czy zostanie moim ulubionym scenarzystą, nie spaprał tego tak koncertowo, jak spaprany był Wolverine kontra Predator. Można jednak było z tej historii wyciągnąć coś więcej niż dwa punkty zwrotne, pointa i paplanina Deadpoola. I obowiązkowy żart o stosunkach Batman-Robin, który przynajmniej tym razem nie jest żartem o stosunkach Batman-Robin…
Greg Capullo, dobry rysownik, tutaj nie mam zastrzeżeń, wszystko ładne, kreska dynamiczna, sprawna. Tylko ja nie lubię tych nowych kolorów. Za duża kakofonia i horror vacui. Jakby ktoś wylał tęczę do kibla i mocno zamieszał. Jestem dziadem, zejdźcie ze mnie.
Sam komiks wzbogacony jest o dodatkowe historie, które stanowią ponad połowę zeszytu. Mam wrażenie, że stanowią one wabik, coś jak kilkanaście wersji okładki, co jedna to bardziej rzadka. Przy czym słowo rzadka kojarzy mi się tu mniej z chronologią a bardziej ze stanem skupienia, niestety.
Kapitan Ameryka i Wonder Woman, Chipa Zdarskiego i Tierry’ego Dodsona. Taka impresja, kim jest Wonder Woman, kim jest Kapitan Ameryka, wow, we wuz heroez, ale nie ma tam prawie akcji. To znaczy, źle, wróć, jest dużo akcji — jest nawet bicie Adolfa Hitlera (nie po kasku), ale nie ma fabuły. To jest laurka z postaciami, a nie historia.
Potem sześć stron Jeffa, czyli rekina z nogami grającego w siatkówkę z Krypto, psem Supermana. Bardzo ładne, najładniejsze sześć stron w komiksie, super kolory, nic nie boli. Sześć stron słodkich zwierzaków odbijających piłkę na Arktyce. Rolka na FB z chomikiem europejskim jedzącym słonecznika też jest urocza.
Historia Green Arrowa i Daredevila. Muszę przyznać, że prawie dobrze, najlepiej z całego zbioru. Kevin Smith za sterami, unikam komiksów Kevina Smitha od czasu jego niesłynnego runu w Batmanie, który nawet DC potem zretconowało. Ale tu jest lepiej niż w Kapitanie Ameryce i Wonder Woman, bo przynajmniej coś się dzieje, fabula jest ciągła i ma jakieś zawiązanie i rozwiązanie. Chociaż też jest niezwykle przegadane, ale kiedy spotykają się dobrze faceci, przynajmniej nie rzucają się już sobie do gardeł. Wyrośliśmy wreszcie z tego; czas najwyższy.
Dwustronicowy gag o Rocketcie szopie z pierścieniem i Halu Jordanie, Zielonej latarni z rękawicą z kamieniami, którzy zamienili się miejscami. Zabawne jak na dwustronicowy gag.
“Showdown” Franka Millera, litości. Są ludzie w polskim komiksie, którzy mówią, że jeżeli ktoś krytykuje obecnie Franka Millera, to jest głupi. No więc – jestem głupi. Frank Miller jest legendą, napisał Powrót Mrocznego Rycerza, napisał pierwszą miniserię o Rosomaku. Rysował i pisał tak, że na dekady podniósł poprzeczkę twórcom narracji obrazkowej. Tutaj mamy trzy strony. Na pierwszej stronie trzy czarne plamy przerzucają się słabymi obelgami. Na drugiej stronie dwóch podstarzałych facetów kuca jakby srało. A na trzeciej stronie jest puenta żartu — przyznaję, rozwiązanie mocno w stylu Batmana. Zawsze coś. Całość okropna jak te jego alternatywne okładki. Zmuszanie Franka do robienia teraz czegoś w komiksach powinno być karane, bo to okrucieństwo ze strony jego mocodawców.
I została nam jeszcze historia o Logo, czyli komiks o skrzyżowaniu Lobo z Loganem jak rodem z uniwersum Amalgam. Gag na trzech stronach, który mógłby być trzykadrowym paskiem, bo dwie z tych stron to są pełnostronicowe splashe. O tym, że warto zabijać robota, bo można go naprawić, zabić ponownie i ponownie zgarnąć za niego nagrodę. Śmieszne są amalgamaty imion postaci, poza tym to tyle.
Nastawiłem się na to, że Batman/Deadpool od DC będzie lepszy. Jakoś tak ogólnie wiadome jest, że DC mniej szoruje brzuchem po piasku niż Marvel. Ale główną historię w tym zeszycie napisał Grant Morrison. I tak, Grant zrobił to, co robi dobrze: połknął dużo komiksów i wyrzygał je z powrotem. Tekst, pozbawiony linii fabularnej, oparty zaledwie na McGuffinie, jakim jest “Cassandra Cain szuka super broni i nie wolno jej na to pozwolić” to zabawa dla zabawy. Intelektualna masturbacja łysego, który podobnie jak w “Azylu Arkham”. Ale już bez polotu, hamulców i smaku wciska wszystko wszędzie, pęczniejąc z dumy nad tym, jaki jest oczytany. Przy czym wciska wszędzie wszystko to, co jest łatwe do rozpoznania, popularne i baaaardzo mu zależy, żeby każdy to dostrzegł. Umieszcza zresztą samego siebie w komiksie, nie, żebyśmy wszyscy tego nie robili, sam mam opowiadanie, w którym pojawiam się jako bohater. Napisałem je, mając 16 lat.
Tekst Granta to meta-chaos z użyciem akurat popularnego złola (plus, że nie Joker tym razem). To pretensjonalny postmodernistyczny intertekstualny bełt, zabawa formą pozbawiona treści. Nawet łamanie czwartej ściany polega na żarcie z liczeniem ścian. Jest to pomnik ego scenarzysty, który obecnie jest dobry głównie w sprawdzaniu, jak bardzo bezsensowny scenariusz może napisać, żeby redaktor to przepuścił. Do Deadpoola, który jest bezsensowną, pozbawioną logiki postacią to pasuje. Ale ja bym chciał czytać komiksy z fabułami, a nie zapis czyjegoś mentalnego fapania pod własne ego. Narysowane jest spoko. Nawet fajnie. Nie widziałem wcześniej za dużo komiksów Dana Mory, nie boli.
Następnie crossover Dr Dziwago i Hellblazera, trochę dziwne połączenie, ale OK. Niestety za scenariusz odpowiada trzech kolesi i to na starcie jest zawsze czerwona lampka, nawet jeśli solowo są OK. Przy czym jeden z nich to Scott Snyder, a dopiero co zrezygnowałem z czytania Absolute Batman, bo już nie mogłem z jego scenariuszami i chaosem w historii. No i jest mnóstwo gadania, raczej średnie rysunki i gościnna bitka Ghost Ridera ze Swamp Thingiem, która jest tam nie wiem po co. W ogóle ta historia jest jak kawałek wyrwany ze środka czegoś większego i to nie działa. Całkiem. Doktor jest inny, John jest inny, ale obaj gówno z różnych chodników zeskrobywali, ale to znów taka impresja.
Potraktujcie to, jak lament miłośnika cegieł, wszystko jest teraz takie krótkie, takie skrótowe, pomysł na kilkustronicowe historie może był i fajny, ale jak mówiłem poprzednio, czasy Black and White minęły. Nikt chyba nie umie już tego robić.
Wspólne występy Laury Kinney i Noghtwinga w poszukiwaniu porwanej Gabby (i jej faktycznego rosomaka) to coś, dlaczego w pierwszej kolejności kupiłem te zeszyty. I wreszcie coś, co dowozi. Komiks podporządkowany jest wzajemnej relacji, sprzężeniu zwrotnemu między dwójką zupełnie różnych bohaterów. Ale inaczej niż np. w komiksie o Wonder Woman i Kapitanie Ameryce nie jest to laurka podawana w narracji, tylko faktyczna krótka fabuła z komentarzami bohaterów. I jest to najbardziej fabularna rzecz w tym skoku na kasę, więc to się chwali. Fajne, szybkie nakreślenie postaci, nawet jeśli ktoś nie jest z nimi bardzo zaznajomiony, dobrze wybrzmiewające różnice i podobieństwa, dodatkowy awwww factor w postaci Gabby, która w odróżnieniu od większości superbohaterskich dzieciaków nie jest nie do zniesienia.
Wydałem piętnaście baksów, żeby przeczytać te kilka stron. Czułem, na co się decyduję, ale tym bardziej cieszę się, że ta historia dowiozła. Czyli można, da się. Są jeszcze ludzie, którzy znają się na swojej robocie, a nie próbują odwalić szybko i bez wysiłku chałturę do skoku na szmal. Dobrze. W dodatku rysunki Bruno Redondo są proste, ale nie mają w sobie tej obrzydliwej nijakości i efektywności zawleczonej do mainstreamu w ostatnich dwóch dekadach prosto z komiksu internetowego, gdzie tania tabletowa kreska wyparła porządne rysownicze rzemiosło. Udało się. Kamień z serca.
I do tego wjeżdża przezabawna, bezpretensjonalna, krótka przygoda Harley Queen i Hulka co zaskakujące spod pióra Maroko Tamaki. I to jest historia jak z czasów Super Mutant Magic Academy, zanim zaczęła pisać nadęte, nieznośnie self-insertowe historie. Przypadkowa przygoda wariatki z zielonym gigantem jest zabawna, bezpretensjonalna, nieprzeciągnięta i bez niepotrzebnych ekspozycji. Są za to gryzące parówki i fajne rysunki Amandy Conner, na których Harley wygląda bardziej jak Cindy Lauper. A to jest zawsze dobre. Czyli scenarzystka, dla której straciłem sympatię, w miarę jak jej pisanie ewoluowało i postać, której nigdy nie byłem wielkim fanem, też potrafią zagrać. Tylko, no właśnie, nawet tak króciutka historia potrzebuje właśnie tego — historii. Opowiedzianej od początku do końca, bez udawania, że to coś innego i szukania mózgu w dupie. Niespodzianka. Ale mile widziana.
A kończymy opowieścią o Miss Marvel i Staticu. A konkretnie komiks ten opowiada o tym, że Miss Marvel i Static się spotkali. To z grubsza tyle. Ciekawie, bo rysunki zrobił Denys Cowan, a do tego tuszowany przez Klausa Jansona, ale to w zasadzie wszystko, co jest godne uwagi. No, chyba że uznamy, że w jednym kadrze parodiują Rebel Wilson, ale nie wiem, czy to liczyć na plus czy też po prostu mi się zwidziało. Jest jakaś chemia między dzieciakami, ale połowa z tych pięciu stron to ekspozycja, więc nie ma tego dużo. Tutaj było prawie, ale zabrakło. Trudno, nie można mieć wszystkiego.
Bardzo lubiłem czasy, kiedy w komiksach były scenariusze i historie. Przede wszystkim, kiedyś komiksy odpowiadały historie. Ten Deadpool/Batman mógłby jakąś opowiadać. A reszta wrzutek mogła być takim odpowiednikiem Black & White. Ale seria Black & White, obecnie już Black, White, Blood, Red, Violet, Blue, Green i cała reszta też już dawno się wypaliła, o czym wielokrotnie pisałem i mówiłem.
Jeżeli nie jesteście hardkorowymi fanami Deadpoola, to raczej nie polecam. Siedem dolarów za kilka żartów w wersji z Marvela. Wydanie z DC jest dużo lepsze. Tam historie poboczne są nieco lepiej napisane. Ale za to kosztuje osiem dolarów. Te komiksy to takie kolekcjonerskie ciekawostki, jak kto lubi crossovery. Ale może warto poczekać, aż wyjdą znów w jakimś zbiorczym megatomie? Bo chyba majorsi postanowili pójść za ciosem i wyprodukować kolejną falę spotkań między bohaterami. Mam wielką nadzieję, że będą to prawdziwe historie, a nie pół zeszytu na chałturę i drugie tyle żartów na trzy strony.








