Gdy popkultura nie dowozi

Popkultura w pełnej krasie – DIY magnesy z memami.
Rzeczywistość od paru dni przestała być szara i skrzeczeć, więc z większą niż zwykle przyjemnością patrzę za okno. To miła odmiana, zawsze zresztą trzeba takiej szukać. Jak wszyscy jednak fantaści, nie urodziłem się po to, aby patrzeć za okno, tylko by oddawać się kontrolowanemu eskapizmowi. Biec, lecieć, płynąć w dalekie krainy, czasy, gdzie bądź.
Służy nam wszystkim do tego, oczywiście, popkultura. Książki, filmy, komiksy, każdemu jego porno. I jest do niej nieograniczony dostęp. W zasadzie poza kwestią finansową nic człowieka nie powstrzymuje przed konsumpcją. Tyle tylko, że ta konsumpcja, która kiedyś wydawała się wykwintną ucztą, coraz bardziej wygląda jak odgrzane drugi raz danie z mikrofali…
Dlaczego nowe komiksy i seriale przestały mi dostarczać
A jednak jest coś takiego w obecnej produkcji, że coraz trudniej jest mi znaleźć coś dla siebie. Najwyraźniej widzę to w przypadku komiksów. Co sięgnę po jakiś wydany w ostatnich latach (czytaj: po roku 2000) to się praktycznie 95% razy odbijam od ściany. Opowieści bez fabuł. Wizualna sraczka i horror vacui, kolejny raz dekonstrukcja tego, co już zostało 40 lat temu zdekonstruowane. Ulubieni bohaterowie trafili w takie regiony, że nie mam z nimi żadnego kontaktu, nie dojadę tam nawet kosmicznym dyliżansem ciągniętym przez próżnię międzyplanetarną przed dwa płonące motocykle. Imiona, tożsamości i moce utracone, wymieszane, zapomniane… Na palcach policzę komiksy z ostatniej dekady, które naprawdę z frajdą czytałem. Sięgam po zbiorcze wydania rzeczy sprzed 30-40-50 lat i wchodzą jak złoto, nawet jeśli ich wcześniej nie znałem. To nie nostalgia, kiedyś inaczej się robiło komiksy.
Z literaturą podobnie, czytam teraz – czyli po pandemii – fantastykę sprzed 50-60 lat i bawię się dobrze. Czytam niefantastyczną fikcję sprzed Wielkiej Wojny i mam z tego mnóstwo radości. Co najlepsze, jest darmowa, bo wpadła do domeny publicznej i jak kto zna angielski, to Projekt Gutenberg dowozi dużo dobra.
Stosunkowo najlepiej wypada telewizja i kinematografia, ale i tutaj, na każde „Paper Girls”, które mnie zachwyciły, przypadają 3-4 stare serie Star Treka. Na każde „Na krawędzi jutra” albo „Elizjum” mam po kilka „Nie tylko dla orłów”, „Złoto dla zuchwałych” czy „Lost boys”. Przelatuję te fabuły, czasem coś zostanie, ale często wiem tylko, że to widziałem. Chwalebne wyjątki, jak z komiksem, tyle, że na dwie ręce mogę policzyć, zamiast na jedną.
Internet i AI slop — ucieczka do sieci przestaje działać
Ale i tak najgorszy zjazd zaliczył internet. Kiedyś uciekaliśmy do internetu przed światem. Na Geocities budowaliśmy małe świątynie naszych fascynacji, na grupach usenetowych i IRCu szukaliśmy bratnich dusz. Nastąpiła eksplozja Web 2.0 i user-generated content i przez chwilę było naprawdę pięknie. A potem weszły media społecznościowe, algorytmy, reklamy i cały ten szajs. I co teraz?
Teraz uciekamy do lasu przed internetem. Niekończący się potok niemającego znaczenia kolorowego bełtu, od 2-3 lat tylko coraz straszniejszy, bo generatywna SI jest coraz efektywniejsza i coraz więcej gównomateriałów powstaje bez człowieka. Jest w tym coś upiornego, demonicznego niemal, że domena ludzka, kreatywność, sztuka, wszelka twórczość, ten człowieczy wybryk, wystąpienie przeciw zwierzęcej naturze, nagle przestał być naszą domeną i dla monetyzacji wszystkiego karmi się nas papką z nas samych. Coraz rzadszą i coraz bardziej roztartą na pozbawioną faktury, smaku i zapachu masę.
Co więc robić, gdy kultura masowa niedomaga? Robić swoje. Rysować, pisać, malować, chodzić do lasu i układać z szyszek strzałki, żeby się psiarze zastanawiali (biegacze nie spojrzą). Tworzyć, bo człowiek, uciekając od własnej śmierci, wynalazł nieśmiertelność w sztuce.
Co robić, gdy popkultura nie dowozi? Rób swoje!

Popkultura lubi koty, a te grube – najbardziej
Łatwo ci mówić (pisać), żachnie się kto, bo przecież parasz się słowem i umiesz rysować. Co do tego drugiego to pragnę gorąco zdementować wszelkie plotki, nie umiem. Nie potrafię, ale po prostu mi to nie przeszkadza. Make Shitty Art Every Day to hasło na połowę lat dwudziestych, które pozwala każdemu dobrze się bawić. Możesz dziergać, szyć, malować, rysować kredą na betonie grube koty i brzydkie psy. Jak nie masz rozmachu do malowania na płótnie, to rób Artist Trading Cards. To bez znaczenia. Skoro można sprzedawać frajerom banana przyklejonego do ściany, to znaczy, że granice sztuki są niezwykle pojemne. Można robić, co się chce. Ja od kilku miesięcy piszę opowiadania o harcerstwie, bo mogę.
Tak samo jest z pisaniem. Nikt nie każe ci od razu napisać powieści. Nikt też nie broni. W najgorszym wypadku będziesz mieć nieczytalną powieść na dysku i to w zasadzie tyle. Rób ziny literackie, komiksowe albo z poradami DIY. Albo zacznij od haiku na ścianach w szalecie (na kaflach, nie na dykcie, wtedy łatwiej umyć). Rób małe karteczki z życzeniami albo przyklejaj do latarń w parku kody QR prowadzące do śmiesznych memów. Drukarka na nalepek kosztuje 75 zł.
Szyj koszule ze starych prześcieradeł albo mitenki ze starych koszul (co z tego, że to nie tak? Kto ci zabroni?). Cholera, sadź kwiaty kolorami pod swoim oknem. Nigdy nie wypuszczaj dzieci z domu bez kredy, a nastolatków bez puszki farby i porządnego markera. Ubieraj się na zielono, bo możesz. Z czerwoną czapką. Z gazetek z supermarketów twórz metodą kolażu unikatowe karty kolekcjonerskie, które wymienisz z innymi.
Kręć filmy. Kiedy ja byłem nastolatkiem, dostęp do kamery był w sferze rzadko spełniających się marzeń. Ale i tak nam się udawało. Dziś? Każdy ma kamerę i studio montażowe w kieszeni. Tylko, błagam, kręć w poziomie. Oczy mamy obok siebie, a nie jedno nad drugim, a monitory i telewizory są poziome. Nie kręć rzeczy na TikToka ani insta, nikt tego i tak nie obejrzy w zalewie „zabawnych” niemowlaków wyplutych z renderfarmy Gemini.
Nie musisz od razu pracować dla Marvela albo Dark Horse, komiksy mogą mieć pół strony, a ich bohaterem może być pająk z czterech kresek na krzyż. To nawet nie musi być faktycznie pająk! Nikt nie rodzi się pisarzem, a bycie Makłowiczem zaczyna się od krojenia chleba i jajecznicy, a nie od programu w telewizji. Zacząć trzeba od zera. Więc po prostu zaczynaj, każdego dnia. Rób swoje. Szybko się zorientujesz, że postęp jest podstępny i zaskakuje znienacka.
Dziel się tym, co robisz — fizyczne artefakty zamiast cyfrowych miraży
Ale co najważniejsze, dziel się tym z innymi. Zdjęciami tego co robisz udostępnianymi w sieci też, ale nie przede wszystkim. Dawaj ludziom w prezencie pomalowane kamyki, małe plastikowe żabki o imieniu Fred, poskładane jak origami książeczki ze zdjęciami gołębi i opowiadaniami o magicznych lisach podrywających ludzi. Podstawki pod kufle z paciorków, breloczki z szyszek, zszyte różową nitką unikatowe egzemplarze tomików poezji, malowane akwarelą Spider-many. Co chcesz.

Artist Trading Cards są jedyne w swoim rodzaju.
Internet 25 lat temu łączył nas. Pozwalał znaleźć swoje stado i ludzi z taką samą zajawką. Dzisiaj już nas tylko separuje. Jeśli nawet dzielimy jakieś zainteresowanie, to częściej online będziemy się z tego powodu wyzywać, niż o tym dyskutować. A wszystko to… zniknie. Pojutrze nie znajdziesz nawet tego posta, gdzie snyderowski deluzjonista rzucał w ciebie wyssanymi z palca „faktami”.
Róbmy rzeczy, prawdziwe rzeczy. Fizyczne rzeczy. Materialne artefakty. Strony, wpisy, linki – wszystko to gnije i ulega deterioracji w przerażającym tempie. Artefakty kultury materialnej, ziny, miniaturowe obrazki, śmieciowe dzienniki, ramki pełne starych biletów i zaschniętych kwiatów – to po nas pozostanie w epoce cyfrowej, jak papierowa wycinanka i szydełkowe majtki po przodkach. Ale, aby zostało, musimy się tym dzielić. Kiedy pomrzemy, ktoś spakuje to w pudła. Może wstawi na strych, a może wyrzuci. Póki jesteśmy my i póki chodzą po ziemi obdarowani, natenczas jeszcze istniejemy. Wymieniając między sobą nie sążniste posty, ale ostemplowane koperty pełne radości tworzymy to, co w nas zabiły media społecznościowe – społeczności.










istnieje taka prawidłowość, że stare rzeczy wydają się lepsze, bo dziś znamy tylko te rzeczy z przeszłości, które były tak dobre, ze przetrwały próbę czasu. albo były popularne, czy tam dostały Nobla. na każdego Dickensa i Verne’a przypada stu kompletnie zapomnianych wyrobników którzy trzaskali seryjnie sensacyjne powieścidła za pensa jak ten typ w Unforgiven co pisał „Księcia śmierci” i było to cienkie gówno. PRL dał nam Lema i Zajdla, ale także setki kryminałów o milicjantach, w których zawsze na końcu zabójca okazywał się szpiegiem z RFN, i których tytułów ani autorów nikt już nie pamięta. co więcej, z perspektywy czasu ma się złudzenie, ze w przeszłosci dobrego towaru jest więcej- a po prostu przeglądasz the best of z ostatnich 150 lat i ostatnie 10 nie ma szans z tym konkurować.
niestety pocieszenie to niewielkie, perspektywa czekania kolejnych 150 lat aż dobry towar osiądzie na sitku jest nieciekawa.
inna sprawa, ze z naszych czasów pewnie mało co przetrwa najbliższe 20 lat, nie mówiąc o 150. dużo ludzi „robiło swoje” w internecie 20 lat temu- weź znajdź teraz webkomiks z 2005.
Nawet nie wiesz, jak wiele webkomiksów z 2005 chciałbym znaleźć.
Na marginesie, Comicgenesis chyba właśnie zmarło.
chyba tylko kolejny zwał bo nie ma żadnej informacji tylko po prostu sie nie ładuje. ale webkomiksy pl to już na dobre zamkneli. coś je zastąpiło?
próbowałem kiedyś zainteresować CKiNI tematem starych polskich webkomiksów, bo warto by je zachować, i powinna sie tym zajmowac finansowana przez Państwo instytucja podległa ministerstwu kultury a nie my po pracy, ale jakoś nie widzę żeby cos tam się działo w tym temacie.
Niestety, mamy swoje lata i mamy inna perspektywę na życie i świat, więc może dlatego nic nas nie rusza… Po prostu trudno być jeszcze raz nastolatkiem zafascynowanym „Batmanem” i Indianą Johnsem jak ja 30 lat temu.
Co do internetu to niestety jest to miejsce wrogie dla twórców. Pamiętamy DeviantART? No to zapomijmy, bo 90% nowego contentu to plwociny SI.
Ale uważaj, jak sobie skompletowałem Spider-mana i Punishera z grubsza z tego okresu, jak zaczynali w TM-Semic, to to nadal było fajne. I to, co znałem, i to, czego nie znałem. Dobrze mi się to czytało. A nowe rzeczy – to bardzo różnie, z przewagą nie bardzo…