171. Warsaw Zine Club

Przewidywany czas czytania: 3 m

Jak dołączyłem do Zine Club Warszawa

Mam czasem takie przebłyski, że mimo swoich lat i podejścia wychodzę do ludzi. To nic zdrożnego, chociaż bywa męczące. Tak się złożyło, że należę do klubu fantastyki w Zielonej Górze i czasem po prostu mam ochotę na jakieś lokalne aktywności. Od kilku lat mocniej znów siedzę w zinach, więc kiedy nieco ponad rok temu trałem na grupie Zines Not Dead na informację, że jest ekipa spotykająca się w Warszawie — poszedłem. Okazało się, że koordynatora nawet znam, z zupełnie innych sytuacji społecznych, sprzed paru lat. Usiedliśmy i zaczęliśmy robić ziny. Nic wielkiego, kolaże, zdjęcia, wspólne rysowanie i pisanie, aby poskładać kilka mini-produkcji. Trwało to kilka miesięcy i działało dobrze. Aż do momentu, kiedy kolejne spotkanie okazało się być Queer Zine Night.

To nie tak, że to było jakieś duże zaskoczenie, bo generalnie tęczowe osoby przychodziły na spotkania regularnie i w większości. Ale jak prowadzisz klub tematyczny, to może warto „nowym” powiedzieć, że jest tematyczny? Tamtego wieczora wyszliśmy z Danielem wcześniej niż zwykle. Po wszystkim koordynator napisał do mnie z pytaniem, czy coś było nie tak? Wszystko było OK, po prostu dziś wyszedłem wcześniej. Następnie postanowił wypytać mnie o mój stosunek do kwestii LGBT. Bez wdawania się w szczegóły zadeklarowałem, że nie jestem ani aktywnym sojusznikiem, ani wrogiem. Nie angażuję się, bo kilka osób z tego środowiska wyrządziło ogromną krzywdę komuś bardzo mi drogiemu, ale wiem, że to jednostki a nie całe środowisko. Po prostu nie angażuję się w żadne specyficzne działania na rzecz. Chłop (no, w sumie nie wiem, czy chłop) odpowiedź przyjął, stwierdził, że nie ma z tym problemu i temat wydawał się zamknięty.

A kilka dni potem napisał, że sobie to przemyślał, że on sobie nie wyobraża, żeby ktoś taki jak ja mógł przebywać w jednej bezpiecznej przestrzeni z osobami queer, że gdyby ci ludzie się dowiedzieli, że ja nie jestem sojusznikiem, to było dla nich nie do zniesienia, i że mam nigdy więcej nie przychodzić.

Jak założyłem Warsaw Zine Club

To tyle w kwestii wszystkich haseł o otwartości. Stare, dobre, włoskie „albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Nie jest to nic nowego. W wielu miejscach, szczególnie przy naborach do zinów w amerykańskich, obserwuję to zjawisko. Im bardziej „otwarte, tolerancyjne i inkluzywne”, tym bardziej znaczy to „nie dla mężczyzn, nie dla białych, nie dla heteryków”. Co nie jest problemem, ludzie spoza grup marginalnych mają swoje własny zabawki. Trochę szkoda mi osób, z którymi zdążyłem się zakumplować przez te pół roku wspólnego robienia zinów. Jednak nie będę walczył o członkostwo w klubie, w którym mnie nie chcą. Człowiek był dwa razy nieuczciwy, bywa.

I tak siedziałem i stwierdziłem, że nie ma co daleko szukać. Że, skoro i tak już przecież robię warsztaty zinowe na konwentach fantastycznych (oraz w szkołach, świetlicach środowiskowych i innych miejscach), to po prostu pójdę z tym „do swoich”. Teraz Warsaw Zine Club odbywa się w trakcie SKOFy, warszawskich comiesięcznych spotkań fandomu fantastycznego. Robimy razem ziny, głównie z polecanymi książkami, filmami i serialami, bo to takie środowisko, że tym sobie głowę zaprząta. Czasem robimy zdjęcia, czasem coś wspólnie rysujemy, na kolaże jeszcze przyjdzie pewnie czas. Stołeczny fandom jest bardzo różnorodny, bywa też tęczowy, ale… to nie moja sprawa. Nigdy nikogo nie spytałem i nie spytam, jakie ma poglądy, czy popiera moje i czego chce. Robimy ziny traktujące o kulturze, nie ma żadnego sensu pytać o takie rzeczy.

Nie chwalę się otwartością, inkluzywnością, bezpieczną przestrzenią. Mówię jedynie — chodź, będziemy robić ziny, bez żadnych pytań. A już najmniej obchodzi mnie, za kogo się uważasz. Albo umiesz zginać papier i trzymać długopis w ręku, albo cię tego nauczę. Bo tego chcę, chcę robić ziny z ludźmi. Chcę im pokazywać, jak łatwo być kreatywnym, jak kanalizować emocje i trudne sytuacje. Jak przepracowywać wszelkie wydarzenia — także te najlepsze, najradośniejsze — jak opowiadać o tym, co dla nas ważne. To samo, czego uczę dzieciaki na warsztatach. One nie zadają zbędnych pytań, one pytają o sztukę gięcia papieru, o techniki i o metody. A taka wspólna praca nad zinami, jaką uprawiamy na spotkaniach, tworzy najlepsze poczucie wspólnoty. Dużo lepsze niż szyldy, łatki, deklaracje, flagi i kolory. Bo wszyscy, w końcu, jesteśmy ludźmi, bez różnicy.

Więc jeśli będziecie w Warszawie i akurat będzie SKOFa, to wpadnijcie do Paradox Cafe wieczorem. Najbliższa jest 13 grudnia. Daty zawsze podaję na swoim IG.

Avatar photo

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...

1 Response

  1. 2026.03.25

    […] W Warszawie Artist Trading Cards robimy i wymieniamy na comiesięcznych spotkaniach fandomu i Warsaw Zine Club w fandomowym azylu, jakim jest Paradox […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Bartek Biedrzycki,