Siła sióstr?

sisters

Wydawnictwo Egmont Polska przeciętnemu odbiorcy kojarzy się z wydawcą dziecięcym. W końcu to oni od wielu, wielu lat wydają w Polsce komiksy Disneya – „Kaczora Donalda” i powiązane z nim tytuły. Obecnie wychodzi w ofercie wydawcy także wiele rzeczy dla nastolatków i dorosłych, m.in. bogata oferta amerykańskich gigantów Marvel i DC, na którą jest teraz duży popyt ze względu na wysyp ekranizacji komiksów superbohaterskich. W roku 2007 Egmont podjął ciekawą i chwalebną, chociaż zakończoną porażką, próbę wejścia na rynek skierowany do czytelnika przejściowego – starszych dzieci i młodszych nastolatków. Target ten, określany z angielska mianem „tween” (od słów teen i between), to potężna grupa nabywcza, podatna na reklamę, silna kapitałowo i chłonna konsumpcyjnie. Na całym świecie tworzy się pod nią całe gamy powiązanych produktów, wyprowadzających tweensy z dzieciństwa i wprowadzających w dorosły świat wydawania pieniędzy.

Na polskim rynku komiksowym grupa ta jest praktycznie niezagospodarowana. Dzieciaki porzucają Donalda na rzecz gier komputerowych, internetu i bardziej interaktywnych alternatyw. Być może dlatego serie wydawnicze „Klub Dziewczyn” i „Klub Urwisów” poniosły spektakularną porażkę, chociaż jedną z zaproponowanych serii była „Lou!” Juliena Neela – absolutnie rewelacyjna opowieść o dziewczynce, która dorasta, przeżywając najdziwniejsze i najśmieszniejsze przygody. O tym, jakim uznaniem cieszyła się seria na rodzimym rynku, może świadczyć fakt, że zaadaptowano ją na 26-odcinkowy serial animowany, wyświetlany także nad Wisłą. Komiks jednak nie sprzedał się i po piątym tomie zakończono polską edycję. A szkoda.

Minęło kilka lat, dorosła kolejna grupa potencjalnych odbiorców i Egmont rzucił na rynek kolejną serię. Decydenci postanowili sprawdzić, czy tweensy w Polsce dorosły do komiksów. „Lou!” opowiadała o dziewczynce, która z dziecka staje się nastolatką i mierzy się z całym – dość zwariowanym – światem, obejmującym matkę pisarkę, nałogową graczkę, sąsiada w kamizelce z baraniej skóry i niemotę będącego obiektem westchnień. W tle było jednak dużo więcej – ojciec, którego Lou nigdy nie poznała, toksyczna babcia, pojawienie się małego braciszka. „Sisters” pozornie są bardzo podobne. Głównymi bohaterkami są tutaj nastoletnia Wendy i młodsza o kilka lat Marine (przy okazji widać, że twórcy cenią klasykę rynku frankofońskiego). Przeżywają one podobne, humorystyczne przygody, zwykle związane z ich wzajemnymi relacjami. Dobrze obrazuje to okładka pierwszego tomu, na której dziewczęta ściskają się, podczas gdy ich cienie walczą ze sobą.

Pomysłodawcą serii jest William Maury, pochodzący z Pirenejów kolorysta i autor okładek. Mniej więcej dziesięć lat temu opublikował w internecie kilka komiksów o swoich dwóch córkach, protoplastkach Wendy i Marine. Dostrzegło go wydawnictwo Bamboo, którego kierownictwo przydzieliło mu do współpracy Christophe’a Cazenove’a. Ten Prowansalczyk ma na koncie prawie czterdzieści cykli humorystycznych. Ich połączone siły zaowocowały sukcesem – powstała seria „Sisters” bardzo wysoko oceniona na rynku frankofońskim.

W żadnym wypadku nie chciałbym powiedzieć, że tej serii coś brakuje. Trzy wydane dotąd tomy to świetna zabawa, pełna ciepłego, przystępnego dla wszystkich humoru. William rysuje lekką, prostą kreską, przywodzącą na myśl nie tylko klasyki rynku frankofońskiego, ale także odwołującą się chociażby do słynnego „Calvina i Hobbesa”. Pierwsza lektura dała mi pewność, że nowa propozycja Egmontu to dobry, rzemieślniczy produkt, przygotowany na naprawdę wysokim poziomie. Należy też docenić rodzime wydanie – dobry papier, świetna reprodukcja kolorów. Również tłumaczenie jest bardzo dobre. Dokonano pewnych adaptacji pod kątem lokalnej kultury, ale Mosiewicz nie pozwoliła sobie na zbędne więrzbiętyzmy.

Testowaliśmy „Sisters” wspólnie. Ja, czwartą już dekadę czytający komiksy, oraz niespełna dziewięcioletnia Zuza, która też nie jest nowicjuszką (ma nawet na koncie trzy zeszyty własnej serii „Przygody pieska i pandy”). W jej ocenie było to doświadczenie jednoznacznie pozytywne. Zuza przede wszystkich potrafiła zidentyfikować się z bohaterkami, ich sytuacją i kłopotami (w końcu sama jest starszą siostrą). A gdy jeszcze bohaterka ma taką samą lampkę, maskotkę i kłopoty jak ty, to po prostu musisz ją polubić.

Ojciec Zuzy miał nieco większy problem z zachwyceniem się „Sistersami”. Nie zrozumcie mnie źle, to świetna robota, ale… Kiedy przeglądam tomiki „Lou!”, wydrukowane w skandalicznym formacie, zaczytane i mocno spracowane, dostrzegam, czego brakuje mi u sióstr. Bohaterka Juliena Neela dorastała z zeszytu na zeszyt, jej świat to nie tylko gagi i zgrzytanie zębów nad brukselką babci, lecz też poważniejsze problemy – nieznany ojciec, nieprzystosowana matka, relacje z rówieśnikami i odkrywanie własnego miejsca na świecie, który się zmienia. Wendy i Marine nie mają takiego zaplecza. Dziewczynki są jedynie bohaterami jednostronicowych gagów, które są de facto gazetowymi paskami, rozciągniętymi na całą stronę. Kilka powracających motywów, jak chłopak Wendy czy domek w lesie, to za mało, żeby stworzyć tło dla historii. Brak też całkowicie jakiegokolwiek rozwoju postaci. Między pierwszym a trzecim tomem bohaterki nie zmieniają się ani trochę, żadne wcześniejsze przygody nie zostawiają nawet śladu na ich zachowaniu czy psychice. Najwyraźniej Cazenove, autor czterdziestu serii, po prostu nie jest zainteresowany dialogiem z czytelnikami. Produkuje seryjnie żarty, które są bardzo urocze, życiowe i w ogóle świetne, ale brak w nich refleksji wykraczającej ponad proste, wygłoszone przez Zuzę „O, my mamy tak samo”.

Pod tym względem tęsknię za komiksem Neela. Pierwsze tomy narysowane były nieporadnie i także były zbiorem pojedynczych, całostronicowych gagów. Jednak wraz z rozwojem akcji Julien pokazał pazur i zaprezentował czytelnikom coś więcej, niż tylko dowcipy z życia dwóch niecodziennych dziewcząt (bo matkę Lou trudno było uznać za dorosłą nawet przy dobrych chęciach). Podświadomie założyłem, że w „Sisters” mogę liczyć na coś podobnego i rozczarowałem się. Jednak, cóż, jest to rozczarowanie czytelnika dorosłego, wymagającego i posiadającego sprecyzowane oczekiwana względem produktu skierowanego dla innego odbiorcy. „Sisters” to świetna, bezpretensjonalna seria dla dzieci, pełna ciepła, humoru i niepozbawiona pewnej dozy nienachalnej dydaktyki, przemyconej między żartami. Bardzo dobrze przygotowana, pięknie zilustrowana i świetnie wydana. Komiks zarówno dla dziewcząt, jak i dla chłopców. Komiks, który również rodzice mogą czytać z przyjemnością, bez wszechobecnych żartów o pierdzeniu serwowanych przez telewizję.

Przygody Wendy i Marine to rzecz ciekawa i ważna. Możliwe, że zainteresuje tweensy, które w starszej z sióstr odnajdą swoje rozterki. Może przetrwa na rynku, który jest teraz zupełnie inny niż jeszcze pięć lat temu. Ja jednak chciałbym poprosić panów Kołodziejczaka i Szrejtera: wydajcie wreszcie „Kryształowy wiek”! Chcę się w końcu dowiedzieć, co stało się z Laserowym Ninją, baranią kamizelką Ryśka i jak kot zniósł nowe dziecko w domu.

 

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • noida

    O rany, tak bardzo się zgadzam z każdym słowem! Mojemu synowi (lat 6) też seria się bardzo podoba, ale dla mnie po Lou to jednak nie to samo… Może czas na ponowne wydanie w nowej, lepszej odsłonie? Ja też chciałabym wiedzieć, czy Rysiek wreszcie się ogarnął…