116. Przemijamy

Basen w Mirkowie

Całe dzieciństwo chodziłem na piechotę. Do szkoły miałem nieco ponad kilometr, więc szedłem. Bokiem drogi, bo ulicą nazwać tego niepodobna, Spacerowej, odkąd pamiętam rozkopanej. Przez ok. 10 lat przesuwał się po niej wykop, w którym układano kolektor burzowy. Przesuwał się stopniowo, powoli, ale metodycznie. Gdy byłem mały, miałem może z 5, 6 lat, rura sterczała zaraz za torami, które są od mojego domu jakieś pół kilometra, może 600 metrów. Gdy lat miałem z 10, to była już na wysokości mojego domu, a pewnego lata regularnie budziło mnie monotonne łomotanie kafara, wbijającego metalowe rynny zabezpieczające wykop. Gdy miałem lat 16, na ulicy położono znów asfalt.

Na basen w Mirkowie chodziłem najpierw z ojcem, potem sam. Szło się kawałek tą kuriozalną Spacerową, do torów, potem torami do mostu na Jeziorce. Ale lepiej było iść drogą budowlaną z betonowych płyt. Leżała poniżej nasypu kolejowego. W połowie odległości od Spacerowej do wału przeciwpowodziowego stały trzy lub cztery żelbetowe prefabrykaty, ustawione jedne na drugich. Taki mały fort. Po drugiej stronie rzeki, na pustej łące pod Mirkowem, stał przez jakiś czas prawdziwy labirynt z takich, wielki, żelbetonowy zamek, plac zabaw z drabinkami z zardzewiałych prętów zbrojeniowych. Potem, bliżej wału, były dwa małe jeziorka, stawki, oczka wodne, pełne roślin i owadów. Wizyta nad oczkami była obowiązkowym punktem tej trasy. Dalej droga budowlana dobiegała do wału, tam wchodziło się na górę i przechodziło pod estakadą z parociągiem.

Przez wiele kolejnych lat na tej estakadzie i na identycznej, znajdującej się kilometr w dół rzeki, wieszaliśmy liny i bujaliśmy się. Udawaliśmy Tarzana i Batmana i nie raz któryś rąbnął na ziemię, ale za jednym wyjątkiem nic nigdy nikomu się nie stało. Gdy byliśmy starsi dekowaliśmy się na estakadzie, która była wielkim żelaznym mostem, z kratownicami w środku. Trzeba było uważać, bo niektórych brakowało. Jeden parociąg kończył się niedaleko mojej podstawówki, drugi biegł wzdłuż Spacerowej w stronę Jeziorny i w pewnym miejscu schodził pod ziemię. Był tam betonowy bunkier, który jest materiałem na zupełnie inną opowieść.

Minąwszy estakadę przechodziłem przez most, którym jeździły pociągi do fabryki papieru. Czasem trafiało się na przejazd pociągu i wtedy człowiek dekował się na malutkim balkoniku poza obrysem mostu. Raz czy dwa dostałem rękawicą przez łeb od maszynisty za stanie na moście w czasie przejazdu. Wychylał się z kabiny i akurat dosięgał.

Po zejściu z mostu były dwie opcje – iść torami do Mirkowskiej i potem zejść z nasypu i przejść pod drugim parociągiem, albo iść przez ogródki działkowe. Ogródki pozwalały zaoszczędzić co najmniej 3 do 5 minut drogi, ale bywało, że jakiś praworządny emeryt wyskakiwał zza siateczki i przesłuchiwał wędrowca. Jeżeli rodzina nie miała tam działki, to trzeba było sromotnie poddać się i zawracać do torów, aby iść dłuższą drogą.

Na basen wchodziło się nie głównym wejściem do ośrodka od Mirkowskiej, ale z boku, z tzw. drogi koło basenu. Droga ta prowadziła do zakładu surowców wtórnych, z niej też można było, przez zakrzaczoną łąkę ogrodzoną drutem kolczastym przedostać się do znajdującego się kilometr dalej, na końcu bocznicy, biegnącej przez most, składowiska makulatury – cudownego raju zeszłomiesięcznych komiksów, gazetek porno i albumów ze zdjęciami ze szlaku bojowego od Lenino do Berlina.

Sam basen nie był jakimś niezwykłym obiektem. Ot, niecka, jedna ściana szklana, na drugiej trybuna. Ciekawe wykończenie z tysięcy różnych kafelków, położonych w nieregularną, chaotyczną mozaikę. Nie wiem czy to celowy zamysł, czy dla oszczędności wykorzystali odpady. Woda w basenie było koszmarnie chlorowana, tak strasznie, że po dwóch godzinach oczy prawie wyłaziły ze łba. A jednak bywało, że siedziałem tam sam, rzadziej z kolegami, właśnie tyle.

W hallu basenu były te wielkie suszarki na całą głowę, a także barek i akwarium, zwykle zapuszczone tak, że niewiele było widać. Wisiał też, w pewnych okresach – działający, telewizor.

Po takiej wizycie, z pomarszczonymi palcami, z czerwonymi, bolącymi oczami i mokrymi włosami wędrowałem przed zachodem słońca w letnie dni całą tę trasę z powrotem, do domu. Całymi latami chodziłem na ten basen. Najpierw z ojcem, potem z klasą na WF, potem sam.

Skończyło się to jakoś po przełomie. Ośrodek działał jakiś czas, jeszcze na drugim finale WOŚP byliśmy tam na koncercie. Potem nastąpiły przekształcenia własnościowe i wszystko opustoszało. Zamknięto halę, zniknął lokalny klub piłkarski, strzelnica zarosła krzakami, znikła pod nadkładem piachu bieżna i korty tenisowe. Sam basen też się zamknął. Trwał, błyskał tymi niewybitymi jeszcze szybami i szarzał.

W zeszłym roku, przypadkiem, poszedłem z dziećmi na długi spacer. Trafiliśmy też na imprezę sportową na znów działającym boisku, bo nazwać stadionem płyty trawiastej i betonowych resztek trybuny nie można. Podszedłem wtedy do basenu, zrobiłem kilka zdjęć, zajrzałem prze wybite okna, błysnąłem fleszem po otwartych drzwiach do szatni.

W zeszłym tygodniu poszliśmy na piwo. Nie wiedzieliśmy, gdzie iść, a nie mieliśmy całej nocy, więc podeszliśmy pod ośrodek. Recepcji i szatni już nie było, leżały w gruzach na ziemi. Hala basenu jeszcze stała, ale obok czaiły się już koparki. Kilka dni później zabrałem Bruna na spacer. Przez dłuższą chwilę staliśmy i obaj urzeczeni podziwialiśmy, jak gigantyczna koparka roztrzaskuje żelbetonową więźbę dachową.

Mały chłopiec i jego ojciec – razem patrzyliśmy jak pada pod ciosami zębatego potwora basen. Ten, którego on nigdy nie widział i już nigdy nie zobaczy. I ten, na który ja przez 20 lat chodziłem pływać, dziesiątki, jeśli nie setki razy, przemierzając drogę do końca ulicy, potem do rogu Spacerowej, dalej drogą pod nasypem, przez most i ogródki działkowe.

I jeszcze tylko most, nieużywany, niszczejący, coraz bardziej niepotrzebny, wisi nad rzeką. Jeszcze tylko nasyp jest, bo po prostu nie ma kto i za co rozebrać torowiska. Jeszcze tylko ogródki działkowe istnieją, ale to kwestia czasu, aż kupi je jakiś deweloper, tak jak identyczne, po drugiej stronie rzeki.

I nawet ulica Spacerowa nazywa się teraz Bielawska.

I staliśmy tak, a Bruno patrzył z zachwytem na cudownego, stalowego potwora, jak pożera stary budynek, a ja ze smutkiem patrzyłem, jak kawałem mojego życia wali się w gruzy pod silnymi ciosami hydraulicznego ramienia. I żaden z nas nie miał ochoty odwrócić się i odejść.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Wiesz, to na co dzień łatwo przeoczyć. A potem nagle człowiek siada i myśli – nie ma, nie ma, nie ma, nie ma…

    I tak jakoś przykro się robi. A może to kwestia wieku, który sobie uświadomiłem :D

  • Kumos

    Piękne. W tym wpisie zawiera się wszystko co czuję, jak łażę między blokami i dalej w parku, albo za szkołą, gdzie nie ma już lasu, albo nawet w lesie, gdzie do grobu Węgra dotarła cywilizacja, gdzie nie ma już składu złomu, cegielni, makulatury, a wkrótce i wygon pójdzie w pizdu. Łapie mnie nawet jak na amerykańskim filmie, jak we Flashbacku, ze widzę siebie z kolegami, jak jeździmy na rowerach, lub idziemy gdzieś, w świecie którego już nie ma. Genialny ten wpis.

    • Myślę, że w dużej mierze wiesz, o czym mówię i znasz (znałeś) te miejsca. Tak naprawdę, gdybyśmy usiedli w kilku, to moglibyśmy napisać książkę na 300 stron z samych takich wspominków – o skupie makulatury, o skupie złomu, o maszynie wiertniczej i starym samochodzie schowanym za nią pod wiatą, o betonowym bunkrze ciepłowniczym na Bielawskiej i tych estakadach, o ogniskach rozpalanych na łąkach, w czasach, gdy na Wojska Polskiego nie było chodnika, o wożeniu się wagonami towarowymi i o pływaniu w jeziorkach w Habdzinie, o wybieraniu nadpalonych fragmentów banknotów z żużla za oczyszczalnią i o zjeżdżaniu na sankach z góry za kościołem w Klarysewie, o kinie Beata, wielkim dole w miejscu, gdzie dziś jest Pułaskiego, o źródle, które biło w stawie za Argentyną i o starym domu na rogu Bielawskiej i Warszawskiej, do którego piwnic baliśmy się wchodzić, a także o warsztacie zegarmistrza, gdzie zawsze wisiały kalendarze z gołą babą i o wycieczkach do Inco, gdzie pozwalali nam skręcać manometry…

      Mnie też to łapie.

      • au

        dlaczego tak samo mnie łapie chociaż nigdy tam nie byłem? jak smutna piosenka w obcym języku, nie wiesz o czym jest, ale wiesz, że jest smutna.

  • Pingback: Dziś będzie mapa | GNIAZDO ŚWIATÓW()