Dziś będzie mapa

Czas biegnie. Nie, nie o dzieciach tym razem, ani o mieście znikającym mi z krajobrazu. Patrzę za siebie – rok temu wszystko wyglądało inaczej. Rok temu byłem już po pierwszych rozmowach z Fabryką Słów na temat mojej, wtedy jeszcze planowanej, książki „Kompleks 7215„. Miałem napisaną pierwszą wersję tekstu, która trzeba było poprawić, rozbudować i przystosować do pokazania ludziom – nie jako amatorskie opowiadanko, lecz jako drukowaną książkę w oficjalnym obiegu.

Ale zanim to nastąpiło, był sobie wrzesień, październik i kawał listopada zeszłego roku, kiedy sobie o tym swoim AKD pisałem. Czasem szybciej, czasem wolniej. Udało mi się na pewnym etapie narzucić tempo „rozdział na tydzień” i bodajże co środę publikować na tym blogu jeden fragment. Takie tempo pomagało utrzymać dyscyplinę i myśleć.

Przyznam szczerze, miałem nadzieję, że w przypadku mojej drugiej książki (OK, już wiadomo, że nie będzie zatytułowana „Upadek Imperatora” – jak, to o tym kiedy indziej) ten system się sprawdzi. Okazało się, że nic z tego.

Opowieści z postapokaliptycznej aglomeracji - Warszawskie Metro w8. Roku po Zagładzie

Praca nad tą nową książką różni się diametralnie od pierwszej, bardziej, tak naprawdę, przypomina to, co robiłem z „K7215” w grudniu i w styczniu – pisanie nie tyle w sztafecie, co w formie puzzli. Tworzę kolejne elementy, które składają się na fabułę, ale ponieważ dwie pierwsze części książki to osobne linie fabularne – to musiałem robić to nieco tak, jak numerowane są miejsca w PKP – na krzyż. Najpierw powstał praktycznie cały watek Borki (no, dobra, mogę wam zdradzić, Borka żyje, co nie jest specjalnie zaskakujące, bo akcja większości tej książki rozgrywa się sporo przed wyprawą Szturmowców do AKD) – to była przyjemność, wrócić do starych znajomych, wyciągnąć z szuflady Suchego, Emilię i parę innych znajomych twarzy. Musiałem napisać ten wątek najpierw, bo on jest klamrą fabularną, spina wszystko w ładną całość, jak tasiemka na świątecznym prezencie. Potem zaczęły się schody.

Praca nad pierwszą częścią, stanowiącą objętościowo mniej więcej połowę książki, była o tyle trudna, że rozgrywają się tam dwie linie fabularne jednocześnie. Niejako – w kontrze do siebie. To historia i przypadki dwóch bohaterów, z jednej strony bardzo podobnych, z takim samym tłem zawodowym i zdolnościami; z drugiej strony – diametralnie różnych, zupełnie odmiennie realizujących to samo przy tych samych zadanych warunkach środowiskowych. Z przyjemnością dopracowywałem postacie, które już dobrze znałem – to nie są nowi ludzie, nie wzięli się znikąd. Od pierwszej chwili każdy, kto czytał „Kompleks 7215” będzie wiedział, co to za bohaterowie. Uszczegóławianie ich historii, dopasowywanie drobnych detali do tego, co wszyscy wiedzą tak, aby pasowały – to była niesamowita przygoda. Czułem się trochę, chyba, jak Dave Filoni, który siedzi nad kartką. A na tej kartce jest napisane „Walczyłem z twoim ojcem w Wojnach Klonów”. I musi wpasować te słowa w trzy lata, między „Atakiem klonów” a „Zemstą Sithów”.

W „Kompleksie 7215” nie było na to zbyt dużo czasu – teraz mogłem wreszcie zajrzeć we wszystkie te niesamowite miejsca – wentylatornie szlakowe, perony technologiczne, pomieszczenia opuszczonych dyspozytorni, tory odstawcze, przepusty technologiczne. Przede wszystkim wszedłem wielkimi krokami do tuneli drugiej linii. Tuneli zupełnie innych, niż te na pierwszej. Nie tylko dlatego, że tam tubingi są betonowe, a w starym metrze metalowe. Przez te trzy miesiące udało mi się, tworząc życie i historię głównych bohaterów, dać także życie całej podziemnej społeczności, zaludnić metro warszawskie czymś więcej, niż sztampowi neonaziści. Oczywiście, wiem to na pewno, za niektóre z grup biegających kartach mojej nowej książki oberwie mi się mocno. Nie tylko od kibiców Arki Gdynia.

Ten kwartał to była wielka przygoda, a jednocześnie – strasznie trudna praca. Ale tym razem nie byłem sam. Mam przewodnika po warszawskiej kolei podziemnej, człowieka, który na co dzień spędza czas w metrze, pracując tam zawodowo. To on pokazał mi zamknięte na klucz drzwi, on przypomniał, że łatwiej bronić wąskiej klatki schodowej w wentylatorni niż kilkumetrowego wyjścia na powierzchnie, on opowiadał mi co można znaleźć w pomieszczeniach służbowych i jak wyminąć pociąg, który stanął w tunelu. Gdyby nie on – ta książka nie wyglądała by tak dobrze. Krzysztofie, z tego miejsca kolejny raz bardzo dziękuję. Czytelnicy spotkają tego niezwykłego konsultanta na chwilę, czytając o Generale Gromie. Ci dwaj współpracują ze sobą.

Drugą rzeczą była praca, tak naprawdę, nad dwoma tekstami. Rzućcie okiem na obrazek, który pojawił się na fanpagu Michał Gołkowskiego. Zielone. Cyferka. Na razie muszę to tak zostawić, bo nikt – ani ja, ani nawet wydawca – nie wiemy, jak to będzie, co z tego wyjdzie. Na razie to kupa pracy redakcyjnej i długie listy zgodności. Trzymajcie kciuki, żeby to wszystko udało się dopiąć, bo jest na co czekać – świat postapokaliptycznej Warszawy okazał się dużo większy, niż mógłbym kiedykolwiek przypuszczać…

fabryczna_zona

Tymczasem jest grudzień i pierwszy etap pracy za mną. Zostało mi do napisania jeszcze jakieś 35-40% tekstu. Mam już protagonistę i antagonistę. Scena rozstawiona, arena wysypana piachem, krew już w nią wsiąka, gladiatorzy z obu stron tłuką mieczami w tarcze, lwy i lamparty rzucają się w klatce. Pora napuścić ich na siebie. Ojcowie kłamstwa bacznie obserwują sytuację. Mały chłopiec milczy i zaciska zęby. W jego głowie kłębią się myśli, a jedyne czego pragnie – to zemsta.

PS. Jakbyście chcieli: http://kompleks7215.pl

PS2. A tym, co nie mogą się doczekać, polecam świetny fanfik Reda Shoeharta (nie wszystkie fakty zgodne są z obecnym stanem uniwersum, ale o tym autor nie mógł wiedzieć).

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba