Popkulturowy majdan

Nie uchwyciłem (dobra, powiedzmy sobie to otwarcie – nie czytałem uważnie), że Henryk Kaydan będzie serią komiksową, nie zaś tylko webkomiksem.

Tym bardziej zdumiony byłem, kiedy na giełdzie w Textilimpexie wpadłem na uśmiechniętą dziewczynę, która zaproponowała mi kupno pierwszego numer. Za piątaka grzech nie kupić, cokolwiek to jest – warto wypróbować. Więc wziąłem.

Henryk Kaydan, kto zacz?

Popkulturowa hybryda, chimera komiksowych standardów. Superagent rekrutujący się z policji, wdowiec, który w dodatku parę lat temu stracił nastoletnią córkę. Zwyczajny (sądząc z fabuły czterdziestoparoletni, sądząc z wyglądu dekadę starszy) facet z głupawym wąsem. Po trosze uwspółcześniony Jan Żbik, odrobinę, przynajmniej pod względem pretensji do elegancji i aspiracji James Bond, po trosze z wielu różnych schematów.

Autor ewidentnie wzoruje się na znanych sobie komiksach z kręgu akcji, sensacji i szeroko pojętego głównego nurtu. Nie wiem, czy dobrze patrzę między kadrami, ale chyba jest fanem McFarlane’a – znajoma kreska, znajoma karykaturyzacja postaci, nawet niektóre pozy i sylwetki wyglądają znajomo. Widać też, że jeszcze długa droga zarówno przed  Martewiczem-rysownikiem jak i Martewiczem-scenarzystą. W tej drugiej roli radzi sobie nieco lepiej, chociaż grzęźnie jeszcze w bagnie schematyzmu (no chyba, że czytał „podręcznik w której minucie wybucha coś w tym filmie” i stara się go stosować), w tej pierwszej – cóż, praca, praca i jeszcze raz praca – po wyeliminowaniu braków warsztatowych i wyrobieniu bardziej indywidualnego stylu ma spore szanse być naprawdę dobry. Wygląda na faceta, który ma świadomość koniecznego ogromu pracy i przed nim nie będzie uciekał.

Pierwszy zeszyt Kaydana (to zanglosasione nazwisko swoją drogą trochę okropne) to jest zapowiedź. Zapowiedź czegoś, co może być fajną zabawą z popkulturą, sensacyjniakiem z jajami, o ile autor zachowa odrobinę dystansu. Pierwszy zeszyt nie powalił mnie na kolana, ale zachęcił, żeby dać Kubie kredyt zaufania i sięgnąć po kolejny. Jeśli nadal będzie za piątaka, to grzech nie kupić.

Wprawdzie Tomek Pstrągowski nawołuje do uartystowienia polskiego komiksu i wieszczy brak odbiorcy dla mainstreamu, ja jednak ufam, że i dla takich komiksów jest miejsce. Policyjny super-zawadiaka z przeszłością Martewicza czy krakowski superhero Szłapy – dla kogoś powstali i ktoś te komiksy czytać będzie. Ja więc mówię – więcej takiej lekkiej rozrywki bez pretensji do siódmego dna. Ja chcę czytać o spluwach, pościgach i cyckach. A Ty, Tomek, nie mów, że mnie nie ma.

Trzymam więc kciuki.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Ystad

    No mi też rysunki deko McFarlanem zalatywały (tak btw nie przepadam za McFarlanem)

  • gili (z pracy)

    gdzie pstrąg nawołuje?

  • W nowym Bicepsie.

  • mica

    a to figlarz z tego Tomka!

  • au

    czytałem webkomiks.
    mi by było szkoda piątaka.
    cytując Mastersa z „Pióro kontra flamaster”:
    „cóż, wydaje mi się, kochany… ŻE TO KICZ STRASZLIWY”.

  • skarża

    kiedy będzie crossover ze Szramą?

  • A skąd taki pomysł, że powinien być?

  • au

    pewno ze powinien! i jeszcze z Benkiem Dampcem!

  • Klaszczę w ręce, magia działa, trolle odchodzą do lasu.

  • au

    no, seriously.
    pragnę komiksu środka tak samo jak Ty, jak kania dżdżu, rzekłbym. ale to nie jest komiks środka i droidy których szukam.
    a skojarzenie ze Szramą bardzo na miejscu ze względu na stopień nadęcia.