Stranger Things and Paper Girls
Poniższy tekst jest zredagowaną i nieco rozbudowaną wersją 154. odcinka podcastu K-pok pod tym samym tytułem.
Korzystając z tego, że były święta, nowy rok i potem jeszcze miałem wolne aż do Trzech Króli, to trochę sobie – chciałem powiedzieć “ponadrabiałem” – seriale. Obejrząłem ostatni sezon „Stranger Things” i pierwszy sezon „Papier Girls”. To nie jest dużo. Zwłaszcza że oba miały po osiem odcinków.
Te czasy, kiedy serial miał dwadzieścia pięciu odcinków w serii i seria wychodziła co roku, minęły bezpowrotnie. Teraz już tak się nie robi. Oczywiście kiedyś podniosłem ten temat, to zostałem zakrzyczany. A, bo stary, ty tu mówisz o filmach, serialach obyczajowych i tak dalej. Tam nie ma efektów, strojów. Przepraszam was, moi drodzy, ale “Cudowne lata” działy się w latach pięćdziesiątych, a kręcone były w osiemdziesiątych. To był serial kostiumowy. Trzeba było trochę podziałać. No jasne, nie było CGI.
Bardzo kłopotliwe jest to, że teraz poszczególne sezony seriali często oddzielone są kilkuletnią przerwą. Próbowałem podnosić ten temat również przy tej samej okazji i usłyszałem, że powinien się cieszyć, że w ogóle powstaje druga albo trzecia część i kolejny sezon, bo przecież mogliby skasować. Tak, to prawda. Mogliby skasować i niemiłosiernie mnie wkurwić, gdyby się okazało, że pierwszy sezon mi się spodobał. Pierwszy raz w życiu zaczynam odrobinę rozumieć, dlaczego browncoats po dwudziestu latach nadal mają ból dupy o swój skasowany serial. Nie tak do końca oczywiście, no bo dwadzieścia lat to długo, ale troszkę zaczynam.

A wracając do tych przerw między kolejnymi sezonami, czytałem jakiś czas temu, że ktoś zrobił badania, z których wynikało, że ludzie nie porzucają seriali dlatego, że znudziło ich czekanie, tylko ludzie porzucają seriale dlatego, że po prostu zapomnieli, że oglądali poprzedni sezon. Mam trochę taką relację ze “Stranger Things”. Pierwszy sezon wyszedł. Podobał mi się. Miał tam oczywiście swoje wady i zalety. Pierwszy odcinek polegał w całości na wpychaniu na siłę do gardła nostalgii, aż po łokieć, ale cała historia była spoko. To był taki ówczesny serialowy “Matrix”. Wiecie, “weźmy wszystko i uszyjmy z tego coś, co nawet nie musi udawać nowej jakości, ale będzie się trzymać kupy”. Trzymało się kupy.
Drugi sezon przyszedł po roku, ale potem się zaczęły przerwy. Coraz dłuższe. Między czwartym a piątym – policzyłem – przerwa trwała prawie trzy i pół roku. Dlatego jak się okazało, że Jezu Chryste jest piąty sezon, to stwierdziłem a, no dobrze, nie? Ok.
Mogę sobie na te osiem odcinków poczekać – nie będę jak zwierze konsumował po pół sezonu, albo jedziemy raz w tygodniu jak ci z tej tam radioaktywnej pustyni (spoko rzecz), albo wszystko. I w ten sposób, obejrzałem go dopiero po Nowym Roku. Nie chciało mi się oglądać kilkunastominutowego streszczenia poprzednich części, w związku z tym jak zacząłem oglądać, to nie do końca kumałem, co się dzieje.
Po tak długiej przerwie – bo między czwartym a piątym sezonem postanowiłem nie powtarzać sobie całego serialu, bo uznałem, że to nie jest mi do niczego potrzebne – nie do końca wiedziałem, jaka jest sytuacja. Nie byłem sobie w stanie przypomnieć imion połowy bohaterów, większości wydarzeń i wielu innych rzeczy. I może dlatego nie miałem jakichś szczególnych oczekiwań? Przyznam całkiem szczerze, że lepiej pamiętam i bliższe mi są cały czas postaci w wersjach z pierwszego sezonu niż to wszystko, co potem się potworzyło. Nie będę mówił, że ten sezon był zły czy coś, chociaż patrzyłem na niego trochę tak jak się oglądało “Grease”, gdzie trzydziestolatkowie grali licealistów i tutaj było też kilka takich bardzo rażących przykładów.
Było też naprawdę bardzo, bardzo niedobre CGI odmładzające Byersa w pierwszym odcinku tego sezonu. Ktoś powinien to weryfikować i naprawdę powinni istnieć ludzie, którzy są w stanie spojrzeć i powiedzieć “Ja jebę, przecież to się do niczego nie nadaje”. Ale z drugiej strony mówimy o tym, że żyjemy w świecie, w którym za chwilę dorośnie pokolenie wychowane na takiej produkcji, która nazywa się “Kicia-kocia”. Dzieci, które wyrosły oglądając Kicię-kocię z rysunkami, które wyglądają, pozwolę sobie tu na cytat z klasyki science fiction, “jak tygodniowe ścierwo padłej na dżumę świni”. I te dzieci nie wyrosną na dorosłych, którzy mają jakikolwiek zmysł estetyczny.
Notorycznie widzę ludzi, którzy gdzieś na jakimś etapie przepuszczają coś strasznego do mediów, co nie powinno ujrzeć światła dziennego i nie wiem, czy oni po prostu mają wydłubane oczy, czy mają wyjebane na to. Być może jest to kombinacja tych dwóch elementów, ale akurat w obrazku “Stranger Things” zawsze dawało radę i tutaj też daje radę, oprócz tych dzieciaków, które powinny mieć 8 lata, a mają 20. I “małego” Byersa…
Natomiast co? No, miało być na bogato, odcinki są długie, w związku z tym niektóre z nich strasznie się dłużą. Są takimi zapychaczami, gdzie tak na dobrą sprawę można byłoby to przeciąć i zrobić z tego 23 minuty akcji i by było super. A ten ostatni odcinek, który miał dwie godziny, z czego pierwsza godzina to było domknięcie akcji, a druga godzina, to byli bohaterowie, opowiadający innym bohaterom swoje dalsze losy po zakończeniu akcji… Litości!
Ja rozumiem, że jak się coś robi przez 10 lat, to człowiek ma taką potrzebę, żeby się pożegnać, tak? Nawet nie będę złośliwy i nie powiem, że wystarczyło zrobić ten serial w 5 lat, zamiast w 10 i też nie byłoby problemu. Ale powiedzmy, na to cierpią wszyscy. Z różnych względów. Chciałem tylko zaznaczyć jednak, że fakt, że rozumiem przyczyny, nie znaczy, że je akceptuję albo, że mi to nie przeszkadza.
Ale ten finał dwugodzinny, z czego połowa to był zapychacz, to było gorsze niż, to był straszniejszy fanservice niż tyłek kapitana Ameryki w “Endgame”. A jest to dla mnie naprawdę wyznacznik bardzo złego robienia rzeczy. W bardzo zły sposób.
Jednocześnie było tam, znów, dużo dobra. Na pewno dużo żartów, które przegapiłem, bo po dekadzie nie pamiętałem, do czego nawiązywałem. Ale była też świetna Hamilton, która grała w roli tej złej. No i moje prywatne propsy za Tiffany i “I think we’re alone now”. I ostatecznie po tym piątym sezonie nie mam zdania. No, skończyło się. Nie miałem jakichś szczególnych oczekiwań. Nie zawiodłem się.
Pokonali potwora – ludzie piszczą, że za łatwo, za szybko, czego chcieliście, był fireball przecież! Ale scena z Joyce Byers, siekierą i Veckną była takim wielkim what the fuck. No, nie wiem, jakby raz go walnęła, czy coś. Ale może Hopper powinien nauczyć się robić toporem, albo nie wiem, cokolwiek. Nie wyglądało to dobrze.
A reszta? No, dobrze, no, reszta, no. Tak na dowolną sprawę losy większości tych dzieciaków, czy tam dorosłych już w tym momencie już mi aż tak nie pacały. Magia zniknęła. Dekada nie tyle razem, ile natykając się i potykając o kolejne odsłony to trochę za mało, żeby aż tak mnie to wszystko przejęło. Fajny serial, ale się skończył.
I tym bardziej zirytowało mnie, kiedy dowiedziałem się, że na Prime jest dostępny pierwszy sezon serialu “Paper Girls” na podstawie bardzo dobrej serii komiksowej Vaughana i Chianga. I, że to jedyny sezon.

Nie wiem, jak to się stało, że ja o “Paper Girls” dotąd nie pisałem, ani nie mówiłem. To seria komiksowa, która wyszła już parę lat temu. Może się ludziom po “Stranger Things” kojarzyć ze Stranger Things, ale to błąd, bo zaczęła wychodzić w 2015 roku, przed premierą serialu, i wychodziła przez kolejne cztery lata.
Zaczyna się bardzo prosto. Poranek po Halloween, cztery gazeciary, dwunastoletnie dziewczynki na rowerach. A mówimy o tym, że są lata osiemdziesiąte, sam środek lat osiemdziesiątych. No dobra, no, druga połowa lat osiemdziesiątych, konkretnie osiemdziesiąty ósmy; koniec osiemdziesiątego ósmego. No, więc one na tych rowerach, rozumiecie, cztery osoby, nie? Może się kojarzyć ze “Stranger Things”. Może się też kojarzyć z “ET”, chociażby, twórczością Kinga i z całą masą innych rzeczy.
Te cztery panny nagle wplątują się w niesamowitą aferę polegającą na tym, że dostają się zupełnie mimowolnie w sam środek wojny temporalnej. Toczącej się między staruchami, którzy uważają, że nie należy dokonywać skoków w czasie i dokonują w związku z tym skoków w czasie, żeby ścigać partyzantów. Czyli gówniarzy, którzy dla odmiany uważają, że należy dokonywać skoków w czasie. Sądzą bowie, że należy dokonywać skoków w czasie by poprawiać historię tak, żeby eliminować złe rzeczy.
Staruchy uważają, że nie, nie należy, nie wolno poprawiać historii, w związku z tym prowadzą z młodymi wojnę. I w sam środek tego dostają się cztery amerykańskie nastolatki. I jest to bardzo fajna rzecz. Naprawdę. Super dynamika jest w tej grupie. Cztery przypadkowe postacie, każda z innej parafii, jak dobra drużyna w dedekach, gdzie tylko patrzeć, kiedy czyjeś umiejętności specjalne będą potrzebne.
Trochę teraz siedząc nad tym, myśląc, zacząłem się zastanawiać nad… No, nie wiem, jak wyrazić tę myśl, która chodzi mi po głowie. Generalnie rzecz biorąc, serię tę stworzyło dwóch kolesi i jest ona stanowczo skierowana raczej do typowego odbiorcy amerykańskiego mainstreamu komiksowego, czyli do nastoletnich chłopaków. Sprzedała się sto razy lepiej niż na przykład rzeczy pisane przez panią Tamaki. Tę, która napisała historię o córce Starfire z Tytanów. Tam, całym pomysłem na tę historię było to, że córka Starfire, to nie jest Starfire. W związku z tym nie jest ani sympatyczna, ani ładna, ani nie ma specjalnych mocy. Tylko wygląda jak scenarzystka i w dodatku ma wredny charakter. Trudno jest mi powiedzieć czy Tamaki ma na co dzień wredny charakter. Ale na pewno napisała ten tekst z tych samych pobudek, z jakich Smith napisał nową serię o He-manie. Oni się z tym nie kryją, chcą dekonstruować popularne franczyzy.
Z samą Tamaki to ja mam dziwne, bo ona pisze czasem takie rzeczy, których nie chciałbym tknąć kijem, a czasem pisze rzeczy naprawdę bardzo dobre. Lubiłem jej “Super Mutant Magic Academy” albo “That One Summer” zresztą wydane w Polsce, które napisały z kuzynką. To drugie też było dobre i generalnie rzecz biorąc, operowało takimi samymi bohaterkami jak “Paper Girls”, więc nie wiem, czy nie próbuję tutaj po prostu szukać mózgu w dupie. Może to specyfika rynku. Tyle tytułem dygresji.
“Paper Girls” stały się fenomenem. Sprzedały się świetnie.Wyszły również w Polsce. Są do dostania. Jeżeli byście się zastanawiali, to bardzo polecam. Przez cztery lata wychodziła seria zeszytowa, potem stopniowo zbiorcze. Działo się tam mnóstwo rzeczy. Niezywkłych rzeczy, sensacyjnych rzeczy. Ta seria to nie jest “Stranger Things” i poza czwórką dzieciaków na rowerach i faktem, że staruje w ejtisach, to niewiele je łączy. I nagle ja dowiaduję się, że ktoś zrobił serial, ale skasowali go w pierwszym sezonie i nie do końca rozumiem dlaczego. Ponieważ jest to bardzo dobra adaptacja.
Przede wszystkim, jest ładna w obrazku. Komiks też miał taką specyficzną oprawę graficzną. Szczególnie jest tu zasługa kolorysty. Matt Wilson. Kolorysta. Też facet, na marginesie. Założenie jest bardzo amerykańskie. To jest mieszanka wybuchowa. Jest Azjatka Erin, jest murzynka Tiff. Jest żydówka KJ. I jest taka proletariacka chłopczyca z marginesu o irlandzkich korzeniach, czyli Mac. Znacie pewnie taki typ dziewczyn. Każdy z nas miał w szkole podstawowej przynajmniej jedną taką. Mieszkała na robotniczym osiedlu po drugiej stronie rzeki i nie zawsze udawało jej się skończyć wszystkie osiem klas. I miała bardzo radykalnego pazia. Takiego pazia, że irokezy chłopaków z siódmej to było nic. Mackenzie też jest taka. W tym zestawie to zwykle ona jest elementem zapalnym, ale niewyłącznie, bo każda potrafi czasem jebnąć do pieca w mniej spodziewanej chwili. Ale to nie jest basket case z „Klubu winowajców”. Mac to jest ta wiariatka, o której twój stary mówi, żebyś się z nią nie zadawał.
Jak pisałem, jest to adaptacja. Ewidentnie. Dlatego, że scenariusze komiksu i serialu znacząco się różnią. Mógłbym w sumie powiedzieć, że mocno uproszczono akcję. Bardzo przypomina to, co o czym już chyba wspominałem przy okazji netflixowskiego “Wodnikowego Wzgórza”. Netflixowe “Wodnikowe Wzgórze” to jest bardzo dobry serial. Jeżeli zna się oryginał literacki, to jest doskonały serial, ponieważ pozwala dopowiedzieć sobie pewne rzeczy, które nie zostały powiedziane albo nie wybrzmiały odpowiednio mocno w serialu. Jeżeli nie zna się oryginalnego “Wodnikowego Wzgórza” literackiego, to nadal jest to bardzo dobry serial. I “Paper Girls” również jest serialem bardzo dobrym. Został skrojony i przygotowany do tego, żeby mieścił się w formule kilkudziesięciominutowego odcinka. A nie zeszytów amerykańskich po dwadzieścia dwie strony. Pewne wątki wyleciały, pewne wątki zostały rozwiązane trochę inaczej, ale są te same postacie, są te same zagadnienia, są te same pomysły i to wszystko działa. Na poziomie scenariuszowym było to świeże. Wiem, jak to brzmi w dzisiejszych czasach, ale serial ten, który poleciał trzy lata temu, więcej, w 2022 roku, był świetny.
Natomiast tym, co jest absolutną siłą tego jednego sezonu, to jest obsada. Twórcy dostali cztery obłędne postacie. I wsadzili tam cztery dziewczyny i to jest coś zupełnie niewiarygodnego. One są wszystkie tak przepięknie po ejtisowemu przeholowane. Tiff i Erin są, powiedzmy to tak, są dużo bardziej etniczne niż w oryginale. Nie ma wątpliwości, że Tiff jest Afroamerykanką absolutnie ze wszystkim, co już widać było w komiksie, ale nie było tak mocno rozgrywane. Erin jest do bólu azjatycka ze wszystkimi właśnie motywami, które pojawiają się tu i tam, matka, siostra, cała reszta. Cały popkulturowy bagaż azjatyckiego dzieciaka w USA. Fina Straza, która gra KJ Brandman wygląda identycznie jak w komiksie. W obrazku jakby skórę zdarł. Do tego są pewne manieryzmy przeniesione wprost z kart oryginału. Doskonale to wygląda i działa na ekranie, jest świetna.
Natomiast tą, która totalnie kradnie show, jest Sofia Rosińsky w roli McKenzie Coyle. To, co ta dziewczyna robi z mimiką, z mową ciała… W jej przypadku, to są rzeczy absolutnie niewiarygodne. To tak jakby oglądać naturszczyka, który został tam wepchnięty. Ale to wszystko gra. Ona jest takim Maklakiewiczem młodego pokolenia amerykańskich aktorek, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Ma w sobie tę samą enerbię, jaką miała Robb w „Moście do terabithii” albo jaką ma Elle Fanning.
I wszystko to daje naprawdę wybuchową mieszankę. Patrzy się na to z przyjemnością. Te odcinki są takimi konkretnymi całościami. Każdy jeden, to opowieść, krok naprzód, odkrycie kolejnej tajemnicy, ale też samodzielne, zamknięte zbiory wydarzeń. Człowiek nie zdąży się jeszcze tym wszystkim zmęczyć. Wchodzi jak woda w niedzielny poranek. Niedawno skarżyłem się, że kultura popularna nie dowozi. Więc tym razem dowiozła i to z pompą.
I, kurwa, skasowali to po pierwszym sezonie.

Poprzednio tak mi było żal, jak coś skasowali po pierwszym sezonie, kiedy skasowali “Opowieści z pętli”. Uważałem, że to był najlepszy serial oryginalny Prime. Bardzo podobała mi się ta formuła zamkniętych opowieści, które układają się w całość w pewnym momencie i domyka się w nich wszystko. Kawałki układanki tworzą w końcu obraz. Był taki moment, że oglądałem seriali więcej niż teraz. Te kilka lat temu, kiedy byliśmy w samym środku pandemii, lockdownu potrafiłem siedzieć po nocach i oglądać “Star Treka”. Od najstarszego do tych nowszych, przetykając to dla higieny psychicznej różnymi rzeczami, głównie reżyserską wersją “Władcy pierścieni”. To właśnie wtedy “Opowieści z pętli” były czymś, co do mnie przemówiło. Była tam pewna estetyka i pewna wrażliwość. I tak samo w historii o gazeciarach jest pewna estetyka i pewna wrażliwość.
To, co “Stranger Things” w pewnym momencie straciło. Ze “Stranger Things” pamiętam, że pierwszy serial był fajny, ten sezon był czymś nowym. Drugi nie do końca mi się podobał, bo zmieniał mocno formułę. A potem to już było śpiewanie przez radiostację “Never Ending Story” i blanciarze-surferzy i mnóstwo różnych innych rzeczy. I to wszystko się totalnie rozjechało. Okazało się, że jak w każdej grze komputerowej boss z pierwszego poziomu jest tylko zwykłym zbirem na piątym. Weszła, jak w proceduralach obyczajówka. Nie było już nie wiadomo, czy to horror, superhero czy conspiracy.
Gazeciary miały potencjał, żeby pociągnąć tę energię z początkowych odcinków na długo. W dużej mierze oparto całość na dosyć prostej formule. No bo serio? Skoki w czasie i to na małe odległości, one przenoszą się z 1988 do 2019, potem znów do 1999. A jednak jest trochę technologii, kapsuły jak z kosmosu, wielki roboty, efekty cyfrowe…
Nie doszliśmy do tego, co dalej było. Nie będę wam mówił, bo jeżeli będziecie chcieli sięgnąć po komiksy, to sięgnijcie po komiksy. Polecam. Naprawdę warto przeczytać “Paper Girls”. To jest sześć trejdów, ani majątek, ani dużo czasu na to.
Był potencjał, żeby ta opowieść wybuchła. Bo niosła się na dynamice grupy, na interpersonalnych relacjach między tą czwórką dziewcząt, naprawdę obłędnie sportretowanych i zagranych. Dawno nie widziałem tak dobrze zagranych postaci. Jeśli rynek aktorski, to czasem trafiają się genialne dzieci, czasem trafia się na nieco drewniany serial z nastolatkami. Ale tutaj było to tak poprowadzone i zrobione, że bardzo, bardzo dobrze do mnie przemówiło. Od lat, chyba od czasu Leslie Burke czy Lyry Belacqua (tej filmowej, serial mi nie wszedł).
Może to jest kwestia tego, że cały czas trochę siedzimy w tym wielkim powrocie do lat osiemdziesiątych. Ja – dlatego, że to była pierwsza dekada, którą dobrze zapamiętałem. Niektórzy inni – dlatego, że po prostu jest na to moda i lubią rzeczy, których nigdy na własne oczy nie widzieli, ale wydają się one fajne. Ba! Są fajne. W każdym razie, kiedy tak je teraz przedstawiamy. Bo tutaj, pod sowiecką okupacją, lata między stanem wojennym a Okrągłym Stołem były nieco mnie kolorowe.
Ale prawdę mówiąc, przehandlowałbym spokojnie ostatnie dwa albo i trzy sezony Stranger Things za dwa, a może i trzy sezony Gazeciar. Nie będzie nam dane, ponieważ serial ten powstał kilka lat temu i teraz dziewczyny nie byłyby pewnie już w stanie wrócić do swoich ról. Jak się ma czternaście lat, to cztery lata różnicy to jest przepaść nie do przeskoczenia.
Pewnych rzeczy nie można już zrobić. W przypadku “Stranger Things” było jeszcze wyraźniej widać to, co widzieliśmy na przykład w przypadku przygód Harry’ego Pottera. Filmy obejmowały czas akcji trwający rok, ale ich produkcja trwała półtora roku. W związku z tym w pewnym momencie dzieciaki przestały być dzieciakami. I ci dorośli już z gruntu ludzie grali szesnasto-, siedemnastolatków i to trochę było widać.
Styczeń dwudziestego szóstego roku pozostanie w mojej pamięci pod hasłem dwóch seriali. Trochę mi się zlały, bo działy się w podobnym czasie. Trochę miały podobne motywy, bo w końcu dzieciaki na rowerach, technologia, wojna starych i młodych. Te wszystkie niesamowite, niecodzienne wydarzenia i wszystko, co można obudować dokoła tego i ostatecznie była to podróż satysfakcjonująca.
Nie rozczarowałem się ostatni sezone „Strangter Things”, bo tak jak mówiłem, nie miałem żadnych oczekiwań. Jestem zły na to, że „Paper Girls” zostały ostatecznie skasowane, ale nie można mieć wszystkiego. Ten jeden sezon, który wpadł, zawsze był fajny.
Jeżeli potrzebujecie czegoś na weekend, to go sobie puście. Myślę, że docenicie wartość dobrej roboty. Widziałem taki fragment wypowiedzi, to chyba Tony Mackie to powiedział, czym różni się dzisiejsza kinematografia od dawnej kinematografii. Kiedyś kręcono film z kimś. Był film z Arnoldem Schwarzeneggerem, był film z Sylwestrem Stallone, był film z Lindą Hamilton, z Julią Roberts, z Jodie Foster. Filmy i seriale były z aktorkami, z aktorami, z ludźmi. Teraz kręci się filmy z marką, z brandem, z franczyzą. To jest nowy Marvel, to jest nowy Batman, to jest kolejna część Piratów z Karaibów. No już nie wiadomo, ale wiecie o co mi chodzi. I… I nie ma to takiego charakteru. Gazeciary stoją czterema naprawdę świetnymi rolami doskonałych młodych aktorek.
Obecnie już nie aż tak młodych, bo minęło parę lat. Straza i Rosiński wiem, że dalej w czymś grały i będę chyba chciał spróbować znaleźć te rzeczy. Straza m.in. zagrała w nowej części “Fear Street”, w której grała m.in. Sadie Sink, strangethingsowa Mad Max. Bohaterka, która potrzebowała trzech sezonów, żeby z żetonu “ruda na desce” stać się porządną postacią. Za to chyba przeszła najlepszą ścieżkę rozwoju ze wszystkich. Ona też teraz wchodzi nieco głębiej w kinematografię. Jest za czym w razie czego czekać i co oglądać. A dopóki nie będzie, to mam jeszcze przecież do przeczytania mnóstwo komiksów.
Część z Batmanem, oczywiście, ale także trochę autorskich, bo te robione przez ulubionych twórców zwykle są najlepsze.










