ZKF by ZKF

MDK Zgorzelec
Przyznam szczerze, że kiedy rozmawialiśmy pierwszy raz o Zgorzelcu, to się zgodziłem, a potem zapomniałem. Dopiero na Bachanaliach we wrześniu ktoś mi przypomniał, że klub robi imprezę po sąsiedzku. I że obiecałem się zaangażować. Słowo się rzekło, godai wkłada kurtkę i wychodzi na pociąg.
Dojazd do Zgorzelca jest spod Warszawy mocno utrudniony, na szczęście Adam przytomnie zaproponował, żebym po prostu przyjechał do Zielonej i zabrał się z nimi. W czwartek. Jasne. Dwa dni wolnego i naprzód. Oczywiście najpierw musiałem dojechać do Warszawy, a w Zielonej Górze to już było ciemnawo. Za to jak ruszyliśmy z Kacprem za kółkiem, to się zaczęły rozmowy o książkach, pisaniu, potem wjechała dziwna muzyka i w pewnej chwili jechaliśmy przez nocny las do rozkręconej na maksa „Mary on the Cross”.
Potem był naprawdę oszałamiający budynek MDK w Zgorzelcu, wielka sala pełna makiet i modeli z Gwiezdnych Wojen, pokój z widokiem na Niemcy, burgery, gin, noszenie stołów, przerzucanie paczek z książkami, patrzenie, jak się skręca Gwiezdne Wrota i robienie mnóstwa rzeczy. Tym razem bliżej krwiobiegu, regularnie w redroomie, z konwentową koszulką na karku, w biegu między prelekcją a warsztatami. Cały piątek i całą sobotę, od rana do wieczora, z przerwą na długie nocne granie na gitarze, poszukiwania pizzerii, która na 15 minut przed zamknięciem przygotuje 13 sztuk pizzy, wędrówki po nocnym, mokrym Zgorzelcu.

Z gołębiem. Fot. Kraken
Duża, zaskakująco duża frekwencja, ale też nieoczywista demograficznie. Na konwent wpadli miejscowi fantaści, wpadł cały cosplay, jaki tylko mógł, ze wszystkich stron sceny (nie było chyba tylko Lei w złotym bikini), a na gawędzie o pisaniu i o wypadkach w kosmosie miałem ludzi w każdym wieku, w tym emerytów, którzy ewidentnie wpadli, bo się coś dzieje, więc warto się przyłączyć, zobaczyć, wziąć udział. Oczywiście ludzie z dziećmi – tymi mniejszymi i tymi większymi i nieoczywiste rozmowy w sali warsztatowej o tym, jak na przestrzeni 30 lat zmieniła się scena punkowa w Polsce i że teraz dziewczynom jest nieco łatwiej.
I warsztatowa, och. Od jakiegoś czasu jeżdżę i robię te ziny z ludźmi, głównie z dzieciakami, i to jest pięknie. Bo to jest zabawa dla wszystkich, dla małych, dla średnich, dla dorosłych. W sobotę siedziałem kawał popołudnia i chociaż musiałem wyjść i wyskoczyć na prawie dwugodzinny panel, to gdy wróciłem, to nadal nożyczki i klej były w ruchu. Ale na tym panelu jak na mnie Michał Gołkowski spojrzał w trakcie panelu jak powiedziałem, że rekonstruktorzy kręcą gównoburze o nici to moje… I oczywiście mniej, niż w Zielonej Górze, ale znowu znajome ksywy, znajome twarze, przyjaciółki i przyjaciele z fantastyki. Kręciło się to wszystko bardzo ładnie.
Aczkolwiek kombinowanie z połączeniami kolejowymi to nie jest mój ulubiony sport. Podobnie jak nie polecam knyszy na dworcu we Wrocławiu. Feta dobra ale gyros z kurczaka naprawdę okropny, a bułka sucha. I już potem tylko szybki telefon z Metro Politechnika, Ala czekająca na krańcówce i wreszcie nieprzerwane sześć godzin snu po tych wszystkich częściowo zarwanych nocach. A zanim usnąłem, jeszcze w niedzielę wieczorem, krótki film od kumpli w drodze, z muzyką i pozdrowieniami. A potem zdjęcia z siedziby klubu na Fabrycznej, gdzie prezenty dotarły do ludzi, którzy do Zgorzelca nie mogli dotrzeć.
Jest coś nowego, świeżego, w robieniu rzeczy po raz pierwszy. Dla nas to nie było nic nowego, ale dla Zgorzelca – i owszem. Wszystko jest wtedy mocniejsze, barwniejsze, bardziej intensywne. Wtedy ustanawia się punkt odniesienia, próg wejścia, zawiesza poprzeczkę. Myślę, że się dobrze postaraliśmy, było dużo udanych inicjatyw, mało problemów, a jak były – to nie z tych największych. To te kilka dni w roku, kiedy FIAWOL a nie FIJAGH.
PS. I jeszcze zrobiłem perzina z podróży. Jest na samym końcu tej sekcji.









