Jak smakuje benzyna

Najpierw było tylko ciemno. Ciemno, a przez to straszno. Potem zrobiło się zimno. A przynajmniej Tracy zorientowała się, że jest zimno. I mokro.

Ostrożnie, powolutku, tak, żeby można je było w razie czego zamknąć natychmiast, otworzyła oczy. Niestety, nadal było ciemno i przez to robiło się coraz straszniej. Czuła, jak z przerażenia zaciska się jej gardło. Zaryzykowała i powoli wyciągnęła rękę. Natrafiła na ścianę. Po starych, rozpadających się cegłach pokrytych śluzowatym nalotem spływała woda. Kiedy jej palce poruszyły pokrywający ścianę kożuch brudu, poczuła, że strasznie śmierdzi. Tak strasznie, że zwymiotowałaby, gdyby tylko miała czym.

Potem pod jej ręką coś się poruszyło. Miało wilgotne, lepiące się futro i długi, nagi, śliski ogon. Tracy poderwała się na nogi i krzycząc wpadła na ścianę.

Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. Uważając, żeby znowu na nic obrzydliwego nie natrafić, ponownie wymacała dłonią ścianę i oparła się o nią. Po twarzy spływały jej ostatnie łzy żłobiąc ścieżki w kurzu, który pokrył jej skórę. Oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności i teraz w plątaninie czarno-czarnych plam odróżniała już plamy szare. Na jej lewym przedramieniu zamigotał zielony punkcik. Dotknęła go palcem – na pasku założonym na przegub wyczuła pokryty tworzywem chip. Pod jej dotknięciem światełko zgasło, a w jego miejsce rozbłysnął hologram.

− Witaj, Tracy – powiedziała bezosobowa, komputerowo wygenerowana twarz z hologramu. Dziewczynce stanowczo nie przypadła do gustu.

− Właśnie zaczęła się twoja próba. Abyś czuła się bardziej komfortowo, większość wspomnień z okresu, nim się tu znalazłaś, została zablokowana. Odzyskasz je, kiedy skończysz swoją próbę pomyślnie. Do zobaczenia za 365 dni w tym samym miejscu.

Tracy wiedziała, że komputerowe hologramy nie mają żadnych emocji, ale miała wrażenie, że wszystko to zostało wypowiedziane z satysfakcją i pewną dozą okrucieństwa. Pacnęła chip dłonią. Hologram zgasł, urządzenie buchnęło dymem i spopieliło się, parząc skórę. Z obrzydzeniem strzepnęła popiół i rozejrzała się. Udało jej się wreszcie zorientować w swoim położeniu. Przemknęło jej przez myśl, że wysyłanie dziesięciolatki w takie miejsce to przesada. Próbowała sobie przypomnieć cokolwiek na temat próby i otoczonej złowieszczą aurą Strefy, w której każdy musiał ją przejść. Niestety, jedynie gdzieś na granicy świadomości przemykały słowa, brzmiące jak magiczne zaklęcia – defekt genetyczny, podróże nadświetlne − i inne, nic dla niej nieznaczące pojęcia.

Na twarzy poczuła lekki powiew. Wiedząc, że jeżeli zostanie w tym miejscu jeszcze przez chwilę, znowu zacznie panikować, ruszyła w kierunku, z którego ciągnęło. Ręce miała ubabrane szlamem ze ścian, bluza też zdążyła zwilgotnieć. Jedynie wysokie, ciężkie, skórzane buty nie przesiąkły jeszcze, chociaż brodziła po kostki w błocie. Wiedziała, że ubrana jest w specjalnie skrojony drelichowy mundur. To było jedyne wyposażenie jakie dzieci dostawały, gdy wysyłano je do Strefy. Potem przez cały rok były skazane już tylko na swoją inwencję. Same musiały zadbać o jedzenie, o miejsce do spania, o wszystko. Oczywiście, w Strefie mieszkali ludzie. Ale ich lepiej było nigdy nie spotkać. Do Strefy trafiało się mając dziesięć lat. Ojciec, którego twarz przez chwilę desperacko próbowała sobie przypomnieć, opowiadał jej kiedyś, czemu tak musi być. Nie potrafiła tego wtedy zrozumieć. Jeżeli ktoś przeżył w Strefie rok, wracał do normalnego świata. Do czystych miast, połączonych sieciami światłowodów, tunelami kolei magnetycznych i superszybkimi drogami. Do świata, gdzie ludzie żyli spokojnie, bezpiecznie i radośnie.

Oczywiście, można było trafić do Strefy ponownie. Właśnie dlatego było to tak obrzydliwe miejsce. W rzeczywistości, chociaż Tracy o tym nie wiedziała, do Strefy trafiali recydywiści skazani na najwyższy wymiar kary. Dawniej, na rodzimej planecie ludzkości, jeszcze w XX wieku, tacy ludzie wędrowaliby od razu na krzesło elektryczne. Tutaj, na Tektonie, prawie dwieście lat odkąd „Nadzieja Pokoleń” opuściła atmosferę Ziemi i udała się na trwającą dziesięciolecia pielgrzymkę przez kosmiczną pustkę, przestępcy kończyli w specjalnym miejscu odosobnienia, w swoistym obozie koncentracyjnym, gdzie sami ustalali zasady. Tak, Strefa posiadała swoją władzę, komisarzy zajmujących się jej kontrolowaniem, ale niewiele miało to wspólnego z normalnością. Policjanci rzadko wysiadali tam ze swoich pancernych wozów, a wtedy najpierw strzelali, potem dopiero patrzyli kogo zabili. Strefa powstała w wymarłym mieście, pochodzącym z początków kolonizacji Tektona. Część mechanizmów miasta, jak automatyczne kolejki metra, wodociągi czy kanalizacja, działało jeszcze jakimś cudem, ale większość obszaru była mieszanką stalowych i betonowych budowli oraz ogromnych faweli. Slumsy ciągnęły się kilometrami. W kartonowych i blaszanych budach mieszkali skazani na dożywocie recydywiści, których było prawdopodobnie około trzech milionów. Całą Strefę nadzorowało tylko dziesięciu komisarzy-ochotników. Wśród tego całego piekła żyło kilka tysięcy dzieci, które zarządzeniem rady nadzorczej kolonii w wieku dziesięciu lat trafiały tam, aby przejść próbę. Jaki był jej cel, tego żadne z dzieci nie wiedziało. Większość z nich i tak nie dożywała do końca rocznego pobytu w tym specyficznym obozie zagłady.

Tego wszystkiego jednak dziewczynka nie wiedziała, a nawet gdyby wiedziała, niewiele by jej to pomogło. Brnęła powoli przed siebie, czując już teraz wyraźnie powiew powietrza na twarzy. Wreszcie, po marszu, który wydawał jej się wiecznością, natrafiła palcami na wystające ze ściany, pordzewiałe, metalowe klamry. Uniosła głowę i w górze, wysoko, zobaczyła szarą plamę. Studzienka.

Ożywiona nadzieją na wyjście z obrzydliwego kanału, zaczęła się piąć w górę. Wkrótce widziała już wyraźnie grubą, metalową kratę przykrywającą wylot. W górze majaczyło nocne niebo. Kiedy dotarła do szczytu drabinki, popchnęła kratę. Metal nawet nie drgnął. Schyliła głowę i naparła ramieniem. Spróbowała ponownie. Nic z tego.

Zrezygnowana, zawisła na drabince i rozpłakała się w głos. Tego było już za wiele. Nie miała ani ochoty ani odwagi wracać na dół, do zaszlamionego, pełnego szczurów kanału.

Jak przez mgłę dotarł do niej ludzki głos. Zobaczyła dwie pary rąk zaciskające  się na prętach kratki. Kotwy tkwiące w zetlałych cegłach puściły i w gradzie odłamków i pyłu krata z trzaskiem uniosła się w górę. Dłonie chwyciły ją za ramiona i wyciągnęły na zewnątrz.

Tracy padła na plecy i na ułamek sekundy zamknęła oczy, ciesząc się, że żyje. Otworzyła je i popatrzyła w górę. Księżyc świecił słabym, cienkim sierpem na częściowo pokrytym chmurami niebie. Czuła lekki wiatr, niosący ze sobą dym, smród rozkładających się śmieci i dobrze jej znamy słonawy zapach morza.

Nad sobą ujrzała chłopca. Ciemne oczy osadzone były w szczupłej twarzy okolonej grzywą jasnoblond włosów. Wyciągnął do Tracy rękę i pomógł jej wstać. Za jego plecami zauważyła jeszcze kilkoro dzieci. Ich mundury były mocno poplamione, pokryte łatami i prymitywnymi szwami.

− Jestem Tricky Dick, to moja ksywka. Tak nazywali kiedyś jednego prezydenta na Ziemi – uścisnął jej rękę. Nic nie zrozumiała z tych nieproszonych wyjaśnień. Kiedy uścisnęła mu dłoń, przez krótką chwilę przyglądał się tatuażowi na jej lewym przedramieniu.

− Rok w piekle, jak my – uśmiechnął się do niej. Pokiwała głową, nie bardzo rozumiejąc, co do niej mówi.

− A ty? – spytał.

− Co: ja? – wykrztusiła z siebie. Najwyraźniej blondyn był liderem grupki, bo pozostałe dzieci nie odezwały się do tej pory słowem.

− Ksywa? Imię? Jak mam na ciebie wołać? – spytał.

− Tracy. Jestem Tracy… – Nie zdążyła nic dodać, bo w tym momencie w uliczkę, w której stali, wbiegł mężczyzna ubrany w długi płaszcz, który furkotał za nim niczym czarne skrzydła. Tricky chwycił dziewczynkę za rękę i pociągnął za sobą, uskakując w pobliską stertę śmieci. Inne dzieci też rozpierzchły się na boki, niczym stado spłoszonych ptaków. Mężczyzna obrócił się i potknął, zza rogu wyłonił się policyjny patrolowiec. Uciekinier wyszarpnął spod płaszcza pistolet i oddał kilka niekontrolowanych strzałów w kierunku pojazdu. Tracy poczuła szarpnięcie za rękaw i upadła na ziemię. Ktoś ciągnął ją w bok, w kierunku zagraconego chodnika. Rozległ się ogłuszający huk i klatka piersiowa mężczyzny dosłownie eksplodowała w chmurze krwi. Tracy wciskała się głęboko w kąt alejki, kuląc się razem z Dickiem za stertą szmat. Tuż obok swojej twarzy zobaczyła rozkładające się ścierwo kota. Zacisnęła oczy, zamierając z przerażenia.

Zawyła syrena zagłuszając cichy syk serwomotorów, kiedy drzwi patrolowca się otworzyły. Funkcjonariusz, który z niego wysiadł, podszedł do ciała i kopniakiem obrócił je na plecy. Z rękawicy błysnął promień lasera, którym zeskanował tatuaż na przedramieniu zabitego. Zabrał broń uciekiniera i, nie oglądając się za siebie, wskoczył do pojazdu, który z cichym szumem zniknął w najbliższej przecznicy.

Tricky Dick już był przy trupie i bez oporów przeszukiwał jego kieszenie. Wyciągnął zapalniczkę i składany nóż. Drobna, ruda dziewczynka zdjęła z szyi martwego malutki, stalowy krzyżyk zawieszony na sznurowadle. Ktoś wyciągnął z torby mężczyzny kawałek chleba. Dzieci podzieliły jedzenie między siebie. Po chwili namysłu jedna z dziewcząt wyciągnęła kawałek w stronę Tracy.

− Masz – powiedziała. − Jestem Anna – dodała po chwili.

− Szybko go załatwili – skomentował całe zajście Tricky, przeżuwając chleb. – Czasem, jak jest strzelanina z TH, to aż flaki bryzgają po hausach. A jucha to leci strumieniami.

Dla Tracy było to już za dużo. Przełknięty dopiero co chleb cofnął jej się z żołądka. Rozpłakała się w głos. Anna podeszła do niej i otoczyła ją ramieniem.

− Nie płacz – powiedziała, głaszcząc ją po głowie. – Nam się na razie udaje, więc i ty sobie poradzisz. Możesz zostać z nami. Prawda? – spojrzała na Dicka. Ten zamyślił się na moment i pokiwał głową.

− Taa… Niech zostanie. W sumie, razem raźniej.

 

*

* *

Minął tydzień odkąd Tracy pojawiła się w Strefie.  Włóczyła się po slumsach z grupą spotkanych pierwszej nocy dzieciaków – nie żeby miała jakąkolwiek inną alternatywę. Liderem był Tricky Dick. Jako pierwszy trafił do Strefy i przez jakiś czas radził sobie zupełnie sam. Potem dołączył do niego Tod; wołali na niego Szczur, bo miał wystające jedynki. Trzecim chłopakiem był ciemnoskóry Mike. Prócz Tracy do grupy należały dwie dziewczynki – rudowłosa, drobna Anna i Wizzy, ciemnooka brunetka o kręconych włosach, która prawie nigdy się nie odzywała.

Siedzieli na nabrzeżu niedaleko portu i moczyli stopy w brudnej, oleistej wodzie. Zardzewiałe, zdemolowane barki, na zawsze porzucone w tym miejscu, kołysały się ciężko pomiędzy starymi, połamanymi palami. Słońce świeciło słabo, zasłonięte dodatkowo chmurą dymu, wydobywającego się z płonącej, na wpół zatopionej łodzi. Wstrętny smród palonej gumy i smołowanego drewna przyprawiał niemal o mdłości, jednak dzieciaki rozmawiały i śmiały się, nie zwracając uwagi na zapach. Po kilku dniach w Strefie każdy przyzwyczajał się do jej specyficznego odoru, którym prędzej czy później przesiąkało wszystko.

− Fajnie się hajcuje, co nie? – zagadnął Dick. Kwadrans wcześniej podpalił starą łódź zapalniczką zabraną trupowi tamtej nocy. Bawił się nią teraz, trzaskając przykrywką.

− Ja bym się wykąpał – powiedział Szczur i podniósł się z nabrzeża. Podążyli za nim w stronę szarzejącej w oddali plaży, a właściwie piaszczystej ławicy, na której piachu było trochę więcej niż wyrzuconych przez morze śmieci. Promienie słońca błyszczały w tęczowych plamach benzyny, które wiatr przygnał z portu. Dzieci szybko zrzuciły ubrania i nagie wbiegły do wody, rozbryzgując ją na wszystkie strony.

Tracy przysiadła na brzegu, ściągając jedynie bluzę. Niesione w ręku buty rzuciła obok w piasek i wysunęła stopy naprzód, tak, że obmywały je chłodne fale.

− Mike, śmieciarzu, nie szczaj do wody! – wrzasnął Tod. Zaczęli nawzajem chlapać na siebie, śmiejąc się głośno. Reszta błyskawicznie przyłączyła się do zabawy.

− Tracy, chodź tu do nas! – zawołała Anna, wykonując zapraszający ruch ręką. Dziewczynka wstała, ściągnęła koszulę i spodnie. Były mocno pobrudzone, tak jak i bluza. Na moment zawahała się, zanim ściągnęła majtki. Potem wbiegła pędem do wody.

Nad ich głowami przeleciała brunatna mewa, pokrzykując cicho i wpatrując się w powierzchnię fal w nadziei wypatrzenia jakiejś ryby. Te trafiały się stosunkowo rzadko, ale wraz ze zbliżającym się latem z głębi morza nadpływały czasem całe ławice. Nadal jednak najczęściej można było znaleźć je na zapleczach sklepów.

Strefa była dziwacznym miejscem. Mimo że większość jej mieszkańców stanowili Śmiecie i dzieci, oznakowane jako Potencjalnie Bezużyteczne, mieszkali tam także zwykli ludzie. Pełno było małych sklepików, mniej lub bardziej czystych barów, podejrzanych spelunek. Właściwie, gdyby nie była miejscem zesłania, Strefa sprawiałaby wrażenie trochę zapuszczonego, dwudziestowiecznego miasta. Normalne, tylko takie nienormalne, pomyślała Tracy. Nie miała czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo zakrztusiła się, gdy Wizzy wepchnęła ją pod wodę. Wyskoczyła nad powierzchnię, starając się złapać oddech i plując na wszystkie strony.

*

* *

Tego wieczora udało im się upolować kota. Był już stary i w zasadzie ledwo żywy, więc po krótkim, gwałtownym pościgu udało im się zagonić go do ślepego zaułka, gdzie Mike zarzucił na niego kubeł na śmieci. Siedzieli teraz wokół ogniska z płonących szmat i czekali, aż pokrojone w długie paski żylaste mięso się upiecze. Na początku Tracy coś ściskało w gardle na myśl o zjedzeniu kota, ale zdążyła się już zorientować, że jest to jedno z najlepszych dań, jakie mogły im się trafić. Tak mówił Dick, który był w Strefie już od dwóch miesięcy.

− Twoja porcja! – Szczur wręczył jej stalowy pręt z nadzianym ochłapem. Metal był gorący i nie można było go utrzymać w dłoniach. Dziewczynka zawinęła koniec w połę bluzy i ściągnęła mięso. Ciepły, lepki tłuszcz osiadł jej na palcach. Jedzenie nie było złe; trochę twarde i mdłe w smaku, ale mimo to zjadła je prawie z przyjemnością. Przez ostatni tydzień jedli głównie odpadki znalezione na śmietnikach i zapleczach sklepów. Teraz, gdy wszyscy się najedli, zrobiło się wesoło. Tricky Dick zaczął opowiadać o swoich przygodach z pierwszych dni pobytu w Strefie. Rozpoczął próbę z dala od ich obecnego miejsca pobytu − w samym centrum miasta. Opowiadał o tamtejszych sklepach, śmietnikach i miejscach, gdzie TH squattowali w ogromnych ilościach, wdając się raz po raz w strzelaniny z policją. Dziewczynka poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Ognisko powoli się dopalało, resztka żaru tliła się jeszcze na kamiennej nawierzchni małej, opuszczonej uliczki. Kiedy ogień dogasł, dzieci pozawijały się w nagromadzone wokół szmaty i skulone, przytulone do siebie, usnęły. Nad ich niewinnym snem świecił ogromny księżyc w pełni, otaczające go halo zwiastowało nadchodzącą zmianę pogody.

*

* *

Następny dzień zaczął się deszczem. Tracy uniosła twarz w górę, zrzucając przemoczoną bluzę i otworzyła buzię. Drobiny wody wpadały w jej rozdziawione usta, spływając po języku. Przetarła twarz dłonią, próbując zmyć pokrywający skórę brud. Ciemne ślady na rękach świadczyły, że przynajmniej częściowo jej się udało. Wkrótce potoki deszczu lały się wokół niej i jej towarzyszy niedoli, przybierając na sile z każdą chwilą. Wszyscy ściągnęli buty i, łomocząc bosymi piętami po spękanym asfalcie i kamieniach, pobiegli na swoją ulubioną piaszczystą ławicę, rozbryzgując kałuże, które zdążyły się potworzyć w podziurawionych ulicach.

Zdyszani dopadli piachu. Mokry, lepił się do skóry, do ubrania, zostawał we włosach. Anna i Wizzy złapały się za ręce i zaczęły kręcić wokół własnej osi, coraz szybciej i szybciej. Krople wody pryskały z ich rozwianych włosów. Wreszcie puściły dłonie i padły na piach, śmiejąc się głośno. Deszcz ciągle przybierał na sile. Z nieba spływała na zanieczyszczoną ziemię rzeka, potoki czystej, nieskażonej wody, która wyparowała z oceanu setki kilometrów od Strefy. Tracy zrzuciła przesiąkniętą zupełnie bluzę i zaczęła ją szorować na brzegu, używając piachu. Ciemne smugi brudu rozpełzły się wokół materiału, unoszone przez falujące coraz silniej morze. Ciekawe, czy Strefa była odgrodzona także na morzu, zastanowiła się. Pewnie tak, pomyślała., Gdzieś w jej głowie tkwiła także informacja, że nikt nigdy z niej jeszcze nie uciekł.

Próbowała sobie przypomnieć dom, ale nie potrafiła. Te wspomnienia nadal pozostawały zablokowane. Potarła palcami tatuaż identyfikacyjny. Czarny kod paskowy z trzema literami z boku nie chciał nawet zblednąć. Spróbowała piaskiem, ale to nic nie pomogło. Może, jeżeli uda mi się go usunąć, to mnie wypuszczą, pomyślała. Zaczęła szorować skórę jeszcze mocniej, ale nie uzyskała w ten sposób żadnego efektu. Zniechęcona, podniosła się i w samych spodniach poszła wolno wzdłuż plaży. Była ciekawa, jak długo musiałaby iść, nim dotarłaby do granicy Strefy. Pewnie bardzo długo. Szła przed siebie, a jej drobne stopy zapadały się w mokry piasek; głosy pozostałych cichły za jej plecami. Oddalała się coraz bardziej.

− Hej! Tracy! − usłyszała głos Tricky’ego. Biegł za nią, wymachując ręką. Wołał coś do niej. Zatrzymała się.

– Tracy, chodź! Mamy rybę! Złapaliśmy rybę! – krzyczał ucieszony, dopadając jej. Też się ucieszyła, mimo że dawniej nie lubiła ryb.

*

* *

Wraz z upływem dni i tygodni wreszcie nadeszło lato. Słońce prażyło, rozgrzewając brukowane, zniszczone ulice, mroczne, wilgotne dotąd podwórza, podobne do studni i ciemne zaułki, w których spali TH. Upalny wiatr wiał znad morza, gwizdał w zardzewiałych rynnach, łomotał starymi, odrapanymi okiennicami. Gorące noce zapadały na krótko, aby ustąpić pola krótkim, przyjemnym porankom i kolejnym dusznym, rozpalonym dniom. Kanały zapełniły się tłustymi, dużymi szczurami, koty leniwie wylegiwały się na gorących dachach, a mewy w porcie krzyczały głośno, krążąc w dusznym powietrzu. Strefa odżyła, palące słońce wysuszyło owrzodziałe rany i zdezynfekowało je. Pojawiły się ławice ryb, więcej ptaków i innych stworzeń, które obudziły się po mokrej wiośnie.

Nawet policjanci stali się bardziej ludzcy.

Wraz z nadejściem lata Tracy zaczęła myśleć, że w Strefie nie jest tak zupełnie źle. Dni mijały i wstrętne wspomnienia z pierwszych tygodni pobytu zacierały się powoli w pamięci dzieci. Cały czas musiały uważać na TH, ale nie bali się już długich, czarnych, deszczowych nocy, zapadających się powierzchni ulic, pod którymi ciągnęły się bagna starych kanałów ściekowych. Często spały teraz na piaszczystym brzegu, gdzie zbudowały mały szałas z wyrzuconych przez morze desek.

Leżeli na plaży, w małym ognisku tliły się gałęzie. Cała szóstka wpatrywała się w daleki, zamazany horyzont. W oddali, na samej jego krawędzi, przesuwał się powoli ciemny kształt ogromnego okrętu.

− Dick, dlaczego zbudowano Strefę? – spytała Anna, odwracając się powoli na plecy, żeby opalić sobie twarz.

− Podobno dlatego, że było zbyt dużo nieprzystosowanych. Chcą sprawdzić, kto sobie poradzi, a kto nie. Próba pokazuje to bardzo jasno.

− Ale po co? – zapytała Tracy, oglądając swoją bluzę. Rękawy zostały dawno odcięte, kieszenie się pourywały, a całość była poprzecierana i brudna. Bardzo ją to denerwowało.

− Się pytasz – odparł Tricky. – Przecież to jasne, że nieprzystosowani są niebezpieczni. Wycinają zaraz jakieś numery, to wariaci.

− Ale dlaczego wysyłać na próbę wszystkich? – drążyła Anna.

− Bo nie wiedzą, kto jest nieprzystosowany.

− Ale dlaczego właśnie dzieci? I skąd się biorą nieprzystosowani?

− Nieprzystosowani pojawili się po podróży nadświetlnej. Jakieś problemy zaczynają się , kiedy zaczynamy dorastać. Tyle wyjaśnił mi kiedyś jeden TH. Ale nic więcej nie wiem… – mruknął zirytowany.

− Aha. – Na tym rozmowa się urwała. Tracy przypomniała sobie tego TH, którego policja zastrzeliła pierwszej nocy jej pobytu w Strefie. Na wszelki wypadek po raz setny obejrzała dokładnie swój własny tatuaż na przedramieniu. PUL, na pewno. Uspokoiła się trochę. Słońce prażyło pionowo, świecąc na nich z samego szczytu nieba. Tracy bardzo chciałaby móc oderwać się od ziemi i polecieć, jak ptaki. Chciała odlecieć do normalnego świata poza Strefą, chociaż nie pamiętała już zupełnie, jak ten świat wyglądał. Żadne z nich nie pamiętało. Resztki wspomnień z okresu dzieciństwa przemieszały się z wydarzeniami z okresu próby. A przecież dla niej próba trwała dopiero od kilku miesięcy. Co będzie pamiętała, jeśli uda jej się przeżyć do końca, całe 365 dni? I czy pozwolą jej zachować wspomnienia ze Strefy? Na razie jednak było dobrze. Przywykła już do walki o przeżycie, do łapania kotów, grzebania w śmietnikach i uciekania na widok dorosłych. Oczywiście, nie wszyscy z nich byli kryminalistami, ale nigdy nie warto było podejmować ryzyka. Zastanawiała się jednak, czy wystarczy tylko przeżyć? Czy może trzeba zrobić coś specjalnego? Słońce świeciło prosto z góry. Usnęła.

− Jak smakuje benzyna? – usłyszała głos Mike’a, budząc się z drzemki.

− No? Ktoś wie? – dopytywał się, zaciekawiony.

− Idź i sprawdź – Wizzy wskazała palcem plamę paliwa, którą wiatr przygnał z odległego portu. Etylina rozlała się szeroko, powierzchnia wody połyskiwała w promieniach słońca jak tęcza. Kolory przechodziły od czerwonego do niebieskiego, błyskając i migocząc. Przez wszystkie barwy przebijało świetliste srebro, nieomal świecące własnym, wewnętrznym światłem.

− Idę spróbować – powiedział Mike. Wstał, poprawił swoje obcięte na wysokości kolan spodnie i wszedł do wody. Potem nachylił się nad powierzchnią i sięgnął ustami rozlewającej się etyliny. Spróbował.

− Paskudna – wypluł. Nikt więcej nie miał ochoty próbować, jak smakuje benzyna.

*

* *

Gdy na stałe zrobiło się bardzo ciepło, zamieszkali na brzegu. Wzmocnili prowizoryczny szałas, używając desek i innych resztek wyrzucanych przez morze. Na przedmieścia zapuszczali się rzadko, tylko żeby poszukać jedzenia innego niż ryby czy mewy, które Tod nauczył się chwytać w skonstruowane przez siebie wnyki. Zniszczone nawierzchnie ulic, murowane, pochylone ze starości domy nie przypominały w niczym zewnętrznego świata. Tamten pojawiał się tylko w ich snach, jako miejsce przytulne, ciepłe i bezpieczne. W Strefie walczyło się o przetrwanie cały czas, z krótkimi tylko okresami wytchnienia.

− Pojedźmy do centrum – zaproponował kiedyś Tricky Dick. Lato było w pełni i cała Strefa wydawała się dużo spokojniejsza, jakby ospała. Nawet policjantom jakby poprawił się humor i zmniejszyło się ich okrucieństwo. Powiedział im  o tym stary, zniszczony człowiek, z którym kiedyś  podzielili się jedzeniem w małym zaułku na tyłach obskurnego baru. Siedział tam, oparty plecami o kubeł na śmieci i jadł, jednocześnie opowiadając o najdziwniejszych sprawach. Opowiadał im o „Nadziei Pokoleń” i o czymś, co określił jako defekt genetyczny, a czego nie byli w stanie zrozumieć. Podobnie jak dzieci, starzec nie miał domu, ale nie wyglądał na zmartwionego swoją sytuacją. Miał bardzo dziwny tatuaż. Zamiast Zwykłego PUL czy TH, na jego nadgarstku widniały litery LND. Kiedy Wizzy spytała go, co to oznacza, odparł, że „pozostawiony do naturalnej śmierci”. Jak większość szczegółów z jego opowieści, to też było dla nich niezrozumiałe.

− To co, jedziemy? – zapytał Dick.

− Ja nie jadę – mruknął Tod. – Zaczynałem w centrum miasta i cudem żyję. Tam jest za dużo TH, omal mnie nie zabili.

− Przesadzasz – odparł Tricky. – Ja też tam zaczynałem. Było ciężko, ale myślę, że warto.

Nie byli przekonani. Stanęło na tym, że pojadą Dick, Tracy i Anna. Reszta grupy wolała zostać.

Trójka dzieci ruszyła szlakiem brudnych, zniszczonych ulic. Na początku mali wędrowcy przemierzali znane sobie trasy w rejonach, w które wcześniej się zapuszczali. Stopniowo jednak dotarli w obszary, gdzie było znacznie mniej znajomych miejsc. Wśród murowanych kamienic pojawiały się pojedyncze stalowe budowle, więcej było śladów po publicznych terminalach i rozmaitych punktach usługowych. Czasami mijali inne grupki dzieci. Na wszelki wypadek trzymali się z daleka − nigdy nie wiadomo było, na kogo się trafi.

Szli już od jakichś dwóch godzin, kiedy Dick rozpoznał wreszcie miejsce, do którego zdążali. Końcowy terminal kolejki automatycznej. Ostrożnie, skradając się wzdłuż ścian, weszli do budynku. W środku niespodziewanie zobaczyli tłum ludzi. Tracy z uwagą przyglądała się ich tatuażom, widocznym na odsłoniętych w upale ramionach. Większość z nich to byli zwykli TH, ale widziała też inne kody, takie, jak ten, który zobaczyła kiedyś na ręku u sklepikarza: ZI. Degeneraci siedzieli lub leżeli pod ścianami, pociągając śmierdzący płyn z butelek i dymiąc zwiniętymi kawałkami brunatnego papieru. W kilku miejscach leżeli parami, kobiety i mężczyźni, podrygując dziwnie i wydając zduszone, gardłowe pojękiwania. Bez wątpienia TH − a właściwie wszyscy inni dorośli − mieli dziwaczne zwyczaje. Dzieci powoli szły naprzód, starając się omijać największe ludzkie skupiska, ale zniszczony mężczyzna o rozognionych, przekrwionych oczach podbiegł i chwycił Annę w pół. Szarpała się, próbując wyrwać się z uścisku, ale był dużo silniejszy.

− Puszczaj, śmieciu! – wrzasnęła, próbując walnąć go pięścią, ale on tylko się roześmiał. Gdy Tricky doskoczył do mężczyzny, celując swoim nożem w jego nogę, tamten odrzucił go kopniakiem i obrócił się do nich plecami. W tym momencie klatka piersiowa TH eksplodowała i upadł na podłogę stacji. Kałuża krwi rozlała się wokół niego. Najbliżsi degeneraci zerwali się ze swoich miejsc i uciekli w tłum. Patrol policji rozbiegł się we wszystkich kierunkach, rozdając ciosy ciężkimi, stalowymi pałkami i strzelając do uciekających. Tylko jeden z nich został. Podniósł Annę z podłogi, otrzepał ją i uniósł przyłbicę swojego hełmu. W jego oczach zamigotał na moment cień emocji. Zeskanował jej kod. Dziewczynka zdążyła zobaczyć, że na piersi, zamiast zwyczajnego policyjnego PP, litery HCP. Komisarz, przemknęło jej przez myśl. Wyrwała mu się i razem z Tracy i Dickiem wmieszali się w tłum. Komisarz opuścił przyłbicę hełmu i ruszył w ślad za resztą swojego oddziału.

Skąd wzięli się tu ci wszyscy ludzie, zastanawiała się Tracy. Wiedziała, że mieszkało ich w Strefie sporo, ale nie spodziewała się, że aż tylu.

− Tricky, co znaczy ZI? – spytała, widząc po raz kolejny dziwny tatuaż.

− Nie wiem, może Mieszkaniec Strefy? Czy to ważne? – chłopak wzruszył ramionami.

Koła wagoników zaczęły stukać rytmicznie, kiedy pociąg ruszył. Dzieci wcisnęły się w niszę po urwanym hamulcu awaryjnym. Siedziały tam skulone i czujnie obserwowały całe otoczenie. Za pokrytymi warstwą kurzu oknami szybko przesuwały się widoki miasta, jeszcze straszniejsze od tych, które znali z przedmieścia. Połyskujące w słońcu, coraz częściej widoczne stalowe wieżowce urągały Strefie, wypominając jej zapomniane czasy dobrobytu z pierwszego okresu kolonizacji. Pociąg też miał już lata świetności za sobą. Gęste, duszne powietrze śmierdziało. Siedzenia były pocięte, a na podłodze zaschły plamy z krwi i wymiocin.

Tuż obok dzieci, przy oknie, rozpętała się nagła awantura. Jeden z mężczyzn wyciągnął nóż i wytrenowanym ruchem wbił go w gardło drugiego. Trysnęła struga krwi. Napastnik nie czekał, aż ciało osunie się, od razu zaczął przepychać się przez tłum. Z przejścia między wagonikami wyskoczyło dwóch kontrolerów w uniformach podobnych do policyjnych i zaczęło strzelać do uciekającego. Nie dogonili go, jedynie ranili kilka innych osób.

Tracy przyjrzała się trupowi. Z rozdartego ostrzem gardła nadal płynęła krew, ale nie to przyciągnęło jej uwagę. Na przedramieniu miał identyczny tatuaż jak dzieci: PUL. A przecież nie przechodził próby, był na to przynajmniej dwadzieścia lat za stary… Podzieliła się swoim spostrzeżeniem z Dickiem. Ten wzruszył ramionami, stwierdzając, że najwyraźniej nie wszyscy dorośli są wysyłani do Strefy na dożywotnie zesłanie.

Dziewczynka pokiwała głową. Pociąg zakołysał się na zakręcie, wjechał na platformę i ze zgrzytem hamulców zatrzymał się. Pasażerowie polecieli bezwładnie do przodu. Szarpnięcie wyrzuciło Tracy z miejsca i cisnęło nią w tłum. Ktoś szarpnął ją za ramię, potem czyjaś ręka objęła ją w pół, ciągnąc w sam środek ludzkiej ciżby. Niewiele myśląc, wyciągnęła z kieszeni wielki gwóźdź, który zawsze nosiła przy sobie i z całej siły dźgnęła trzymającą ją rękę. Napastnik krzyknął i puścił ją. Przepychając się na czworakach między nogami podróżnych, zdołała wyskoczyć na platformę. Tricky i Anna chwycili ją za ramiona i szybko odbiegli pod najbliższą ścianę. Dalej, zgodnie z planem Dicka, mieli pojechać koleją podziemną. Tricky jechał nią podobno kilka razy i właśnie w jej tunelu zaczęła się jego próba. Przemknęli napowietrznym pomostem między platformami. Ta stacja była jeszcze bardziej obskurna niż poprzednia. Szczęśliwie, kręciło się tu sporo policjantów w czarnych, złowieszczych kombinezonach. Fotochromowe szyby hełmów odbijały blask święcących pod sufitem lamp ledowych, a twarze pozostawały niewidoczne. Jako kasta w zasadzie sprawująca władzę, oni jedyni mieli pełny dostęp do nowoczesnej techniki z zewnątrz, ze świata poza Strefą. Starzec z zaplecza baru mówił, że podobno policja podlega komisarzom, rządzącym poszczególnymi obszarami Strefy, ale dzieci nie mogły w to uwierzyć. To właśnie te czarne oddziały pełniły rolę panów życia i śmierci. Pomysł, że ktoś koordynował ich szaleńcze polowania, w dodatku w majestacie prawa, nie mieścił się w wąskim światopoglądzie osób nastawionych na przetrwanie.

Wagonik kolei podziemnej podjechał z łoskotem. Był jeszcze bardziej zatłoczony niż poprzedni, a mimo to ludzie pchali się do środka. Dzieci zostały poniesione przez tłum, kurczowo trzymając się za ręce, aby nie dać się rozdzielić. Drzwi zatrzasnęły się. Powtarzało się to na każdej stacji. Wreszcie Dick zdecydował, że czas wysiąść. Udało im się przepchnąć na zewnątrz. Trójka małych dzieci stała w tłumie kryminalistów, degeneratów i zwyczajnych szaleńców. Bo przecież ktoś, kto mieszkał w Strefie z własnej woli, musiał być obłąkany.

Z trudem przebili się przez tłum w stronę wyjścia i wspięli po brudnych, zaśmieconych schodach. W szczelinach betonu zebrała się ziemia i wyrosła trawa. Dwóch mężczyzn przebiegło obok, wrzeszcząc coś. Z tyłu, z dołu schodów, podniosła się wrzawa i zaczął nadpełzać czarny, gęsty, gryzący dym. Wkrótce w dole zahuczał ogień, a ogarnięci paniką ludzie  zaczęli napierać coraz mocniej. Wszyscy krzyczeli i wpadali na siebie w przerażeniu. Kilku policjantów wbiegło w tłum, rozdając ciosy stalowymi tonfami i krzycząc, ale na nic się to nie zdało.

Dzieci, uniesione przez ludzką falę, zostały dosłownie wyniesione na zewnątrz. Gorące światło słońca oślepiło je na moment. Przycupnęły za niewielkim, betonowym murkiem, który zasłaniał je przed wylewającą się ze stacji, spanikowaną ludzką masą. Razem z tłumem nadpływał czarny, żrący dym i fala gorąca. Mali podróżnicy poczuli, że beton pod ich nogami robi się gorący i zaczyna drżeć. Dick zdążył krzyknąć i rzucił się do przodu. Strop stacji zarwał się, grzebiąc pod sobą wszystko. Anna zawisła na samej krawędzi, trzymając się kurczowo wystającego z podłoża stalowego pręta zbrojeniowego. Pod nią rozpętało się piekło. Kilka jadących ulicą pojazdów osunęło się w czeluść, która jeszcze kilka minut wcześniej była stacją kolei podziemnej. Dziewczynka poczuła z przerażeniem, że pręt, który ściskała, zaczyna opadać. Kawał betonu, w którym był zatopiony obluzował się i teraz, pod jej ciężarem, zaczął się powoli osuwać. Desperacko szarpnęła się i próbowała złapać za coś innego, ale nie udało jej się.

Silne, twarde dłonie chwyciły jej wyciągniętą rękę. Szarpnięcie prawie wyrwało dziewczynce ramię ze stawu, ale została podciągnięta i postawiona na ziemi. Nad nią stał młody mężczyzna. Ubrany był w kombinezon podobny do policyjnego, tyle że zielony i bez przyłbicy. Na piersi splatały się trzy duże litery: ZEC. Anna przytuliła się do Tracy i rozpłakała. Mężczyzna bez słowa zagarnął całą trójkę ramionami i, wbrew wyraźnemu protestowi Dicka, wepchnął do unoszącego się tuż obok policyjnego patrolowca. Poderwał pojazd w górę i ruszył. Kazał dzieciom zapiąć pasy i, nie oglądając się więcej do tyłu, skoncentrował się na wolancie.

Tracy czuła się zupełnie nie na miejscu. Ubrana w brudny, podarty mundur, nijak nie pasowała do schludnego, zadbanego wnętrza. Czuła się dziwnie, tym bardziej, że nie miała pojęcia, dokąd zabiera ich ten podobny do policjanta człowiek. Anna płakała ciągle na jej ramieniu, a Tricky nerwowo rozglądał się wokół, szukając możliwej drogi ucieczki.

Podróż trwała tylko kilkanaście minut. Mężczyzna zaparkował pojazd przed frontem stojącego samotnie domu otoczonego wysokim murem. Otworzył drzwi i wyskoczył na bitumiczną nawierzchnię przed wejściem. Dzieci wysypały się za nim, trzymając się za ręce.

− Nie bójcie się – uśmiechnął się do nich. – Jestem jednym z komisarzy zarządzających Strefą i jestem tu, aby pomagać takim jak wy, jeśli już do mnie trafią. Miałaś szczęście, mała – pogłaskał Annę po głowie. Gestem ręki zaprosił ich do domu. Automatyczne drzwi otworzyły się pod naciskiem jego dłoni.

To był prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejszy dzień w trakcie całej próby. Alex, bo tak miał na imię komisarz, poświęcił cały dzień, aby doprowadzić dzieci do porządku. Wykąpały się wreszcie w czystej wodzie, dostały leki i nowe, świeże uniformy, a mężczyzna opatrzył ich skaleczenia i nakarmił je. Wieczorem, zaopatrzeni w trochę paczkowanego jedzenia i trzy komplety uniformów dla Toda, Mike’a i Wizzy, zostali odwiezieni aż do stacji automatycznej kolei naziemnej.

Powrót pociągiem przebiegł zadziwiająco spokojnie. Szybko dotarli do znajomych rejonów i niemal biegli w kierunku nadmorskiej łachy, gdzie stał ich szałas. Trójka, która została, czekała na nich z kolacją. Upolowali wielkiego, tłustego szczura, którego kończyli piec nad ogniem. Jednak ich zdobycz zbladła, gdy porównali ją z prezentami od komisarza.

*

* *

Dni mijały powoli. Upał stał się nieznośny, deszcz nie padał od wielu dni. Woda w porcie zaczęła obrzydliwie śmierdzieć, wyrzucone na brzeg algi gniły. Nawet piaszczysta ławica nie nadawała się już do pływania. Coraz trudniej było znaleźć wodę pitną, bo wszystkie ujęcia albo wyschły, albo zostały zanieczyszczone.

Tracy obudziła się w środku nocy, czując straszny, skręcający wnętrzności ból. Udało jej się jakoś wstać i wyjść na zewnątrz szałasu, ale zanim ściągnęła spodnie, poczuła gęstą, lepką maź ściekającą jej po nogach. Jednocześnie kolejny spazm bólu przeszył jej ciało. Padła na kolana i zaczęła gwałtownie wymiotować. Klęczała, zgięta wpół, z rękami obejmującymi brzuch i myślała, że za moment udławi się własnymi wymiocinami. Nie czuła nic innego. Po jakimś czasie z jej gardła spływała już tylko gorzka, żrąca żółć, ale spazmy nie chciały ustąpić. Wyczerpana, padła w piach. Wreszcie jej ciało uspokoiło się na tyle, że zdołała zrzucić zaplamione ubranie i stanęła po kolana w wodzie, starając się spłukać odrażającą maź. Dick, obudzony hałasem, wyjrzał na zewnątrz. Tracy stała na tle księżyca. Wiatr szarpał jej włosy. Wydała mu się wtedy naprawdę piękna. Rzucił się w jej kierunku, kiedy kolejna fala wymiotów ponownie powaliła ją na kolana.

Obudziła się rano, nakryta kurtką Tricky’ego. Anna siedziała obok i wycierała jej spocone czoło kawałkiem materiału. Tracy miała gorączkę, brzuch bolał ją cały czas. Zamrugała ostrożnie, bo powieki także piekły nieznośnie.

− Gdzie są wszyscy? – zapytała.

− Wizzy pierze twoje ciuchy na brzegu. Wszystko zarzygałaś. A spodnie były w jeszcze gorszym stanie.

− Wiem. – Tracy zrobiło się gorąco.

− Dick i Tod poszli poszukać czegoś, co mogłoby ci pomóc.

− Aha. Ja… – dziewczynka nie miała siły dokończyć. Zamknęła oczy i wsłuchiwała się w nieregularne bicie swojego serca. Zanim usnęła, przemknęła jej jeszcze myśl, że być może to już koniec jej próby i że Strefa wygrała.

Obudziła się kilka godzin później, słysząc głosy. Dick i Tod wrócili, udało im się przynieść czystą wodę w butelce. Tod ukradł w sklepie paczkę aspiryny. Z dumą pokazywał Wizzy ogromnego siniaka na twarzy, prezent od nerwowego sklepikarza. Żadne z nich nie wiedziało, jak dawkować leki, więc Tracy połknęła dwie tabletki i zapiła wodą. Potem znowu usnęła. Jej ciało było na granicy poddania się.

Wieczorem udało jej się wyjść na zewnątrz o własnych siłach. Wróciła i przebrała się w swoje ubranie, które zdążyło już wyschnąć po porannym praniu. Tricky Dick siedział u wejścia do szałasu i majstrował coś.

− Co robisz? – zapytała, zaciekawiona. Choroba powoli mijała i dziewczynka czuła się już nieco lepiej.

− Graweruję moją zapalniczkę. Piszę na niej… swoje imię – odparł. Rzeczywiście, gwoździem wybijał na stalowym boku małe kropki, łączące się w literę.

− Twoje imię zaczyna się na D, nie na T.

− Tam będzie Tricky – odciął się szybko.

− Byłoby, gdybyś po T i R dał I, a nie A – uśmiechnęła się. Mruknął coś niezadowolony, schował zapalniczkę i gwóźdź do kieszeni i poszedł sobie bez słowa. Coś połaskotało Tracy w gardle.

Przez następne dwa dni Tracy nadal leżała, biorąc resztki aspiryny. Trzeciego dnia podniosła się wreszcie i wyszła na zewnątrz, by dołączyć do siedzącej wokół płonącego ogniska grupy. Tod i Anna pływali przy brzegu; tego wieczora było dużo mniej zanieczyszczeń. Słońce właśnie zachodziło, czerwona, ogromna tarcza powoli, ale nieubłaganie zapadała się w fale. Tuż nad horyzontem rozgrzane powietrze utworzyło ślepe pasmo. Wygląda, jakby ktoś odciął nożem kawałek słońca, pomyślała dziewczynka. Bardzo jej się to spodobało, nigdy wcześniej nie widziała takiego zjawiska. Wreszcie pozostała jedynie czerwona poświata, rozlewająca się po powierzchni morza, które przypominało teraz ogromną połać czerwonego, falującego na wietrze materiału. Było prześliczne, zupełnie niepodobne do tej złowrogiej, brudnej cieczy, chlupoczącej w porcie. To było nawet piękniejsze niż tęczowe plamy benzyny.

− Jak się czujesz, Tracy? – zagadnęła Anna, wyrywając ją z zadumy. Naciągała właśnie bluzę, jej mokre, rude włosy zostawiły ciemny ślad na spłowiałym materiale. Małe kropelki wody osiadły jej na twarzy. Wytarła je rękawem.

− Dużo lepiej. W zasadzie to prawie dobrze – uśmiechnęła się do koleżanki. Tricky Dick ułamał kawałek leżącej obok gałęzi i rzucił ją do ogniska. − Chcesz chleba? – zapytał Mike. – Udało nam się dziś ukraść, trzymaliśmy trochę dla ciebie. Znaleźliśmy przy jednym takim kompletnie pijanym TH.

Dziewczynka wzięła podany jej kawałek lekko czerstwego pieczywa i zaczęła żuć. Po trzydniowej głodówce bardzo jej smakował. Zapiła odrobiną wody, którą Dick podał jej w butelce. Właściwie, pomyślała, to już jestem zdrowa. Strefa jednak przegrała.

*

* *

Anna obudziła się nad ranem przemarznięta. Lato miało się ku końcowi. Stojąc na piachu, zauważyła z roztargnieniem, że większość liści zwiędła, a niektóre zaczęły już robić się żółte. Nieubłaganie nadciągała jesień. Nadchodził czas, kiedy trzeba będzie porzucić piaszczystą ławicę i wrócić na ulice przedmieścia, szukając tam ciepłego schronienia na zimę. Nie mogła sobie przypomnieć, jak spędzała zimę przed przybyciem do Strefy. Niewiele też pamiętała z zimnego, przedwiosennego okresu z początku jej próby.

Następnego popołudnia wszyscy zebrali swoje rzeczy, ograniczające się do ubrań, kilku dodatkowych szmat, butelki i torby, i wrócili na przedmieście. Po kilku dniach poszukiwań udało im się znaleźć odpowiednie miejsce. W starym, wąskim zaułku uchował się ogromny kontener na śmieci. Przewrócony na bok i obudowany wszelkiego rodzaju odpadkami, tworzył schronienie przed wiatrem i śniegiem. Wysokie, grube mury zasłaniały zaułek ze wszystkich stron. Zaczęli zbierać wszelkie możliwe szmaty, drewno i inne graty. Zostawiali też skóry ściągnięte z upolowanych szczurów i kotów, które Dick potem suszył.

− Będą dobre do robienia czapek i naprawy butów – stwierdził, składując wysuszane na wietrze ochłapy w kącie kontenera. Mięso zjadali od razu.

Mijały dni. Coraz wcześniej zaczęło się robić ciemno, ranki stały się coraz zimniejsze, deszcze coraz dłuższe, a w małym schowku Dicka przybywało kocich i szczurzych skór. Dzieci chodziły zakatarzone, wszystkie po kolei złapały przeziębienie. W ciągu dnia grupa próbowała znaleźć jeszcze trochę słońca na nabrzeżu. Czasami wieczorem przyjaciele rozpalali ogniska, jednak pogoda coraz mniej się do tego nadawała – było zbyt wilgotno; zimny, mokry wiatr przejmował dreszczem. Kiedy rano opadała mgła, ciężkie krople wilgoci pokrywały wszystko. Gęste zanieczyszczenia i sadza, opadające razem z mgłą, zostawiały na skórze plamy, które nie chciały zejść. Tracy pożyczyła od Tricky’ego nóż i obcięła sobie włosy na krótko, bo zmieniły się w sfilcowane strąki. Kazał jej schować to, co obcięła, twierdząc, że wszystko może się przydać.

Pod koniec jesieni, na progu zimy, zdarzyło się nieszczęście. Pasmo szczęścia, dzięki któremu wszyscy jeszcze żyli, urwało się gwałtownie. Tego ranka Mike desperacko starał się złapać starego, wyleniałego kocura. Goniąc go po ulicy, nie usłyszał nadlatującego patrolowca i znalazł się na linii strzału razem ze ściganym przez policjantów obwiesiem. Zginął natychmiast. Funkcjonariusze nawet nie zwrócili uwagi na całe zajście.

Tod i Dick zabrali ciało Mike’a na brzeg morza. Pochowali go na piaszczystej łasze, obok resztek ich letniego szałasu. Przynieśli z powrotem tylko jego bluzę, którą odtąd nosiła Wizzy.

*

* *

Wreszcie spadł pierwszy śnieg. Nie dotarł wprawdzie do ich zaułka zasłoniętego ze wszystkich stron, ale leżał na ulicach cienką, roztapiającą się warstwą, którą rozdeptywali ludzie, zamieniając śnieg w marznące, bure błoto. Tod i Dick pieczołowicie przymocowali do butów zbierane szczurze i kocie skóry.

Śnieg sypał przez cały dzień, to słabnąc, to przybierając na sile. Wielkie, sine chmury zasnuły niebo, pokrywając je gęstą, sztywną warstwą, wyglądającą niczym piana zanieczyszczeń, która osiadła na nabrzeżu. Ogromne płatki powoli opadały w dół, czasem podrywane gwałtowniejszymi podmuchami zimnego wiatru. Cienka warstwa błota na bruku zgęstniała, zamarzła i zaczęła się robić coraz grubsza. W miarę jak przybywało śniegu Strefa ulegała przeobrażeniu. Biała pokrywa stawała się coraz jaśniejsza, maskując zgniliznę miasta niczym opatrunek. Litościwa zasłona przykrywała sterty cuchnących, przegniłych śmieci, zasypywała rozdrapane, zropiałe rany ulic i zniszczonych budynków.

Wynędzniali, zmarznięci ludzie szukali schronienia przed zacinającym wiatrem i siekącym w twarz mokrym puchem, który, oderwany od ziemi, zamarzał w lodowatym powietrzu. Drobniutkie kryształki lodu wbijały się w twarze, mroziły serca. Wraz z lodem, który w nich zagościł, umarły wspomnienia lata i nadzieja.

Dick i Tod poprzestawiali graty w uliczce, aby lepiej osłonić swoje prowizoryczne schronienie. Zasypali kontener stertą wszelkich możliwych odpadków, aby zapewnić mu lepszą izolację. Szpary pozatykali szmatami, a nad otwartym włazem ułożyli zadaszenie z desek, chroniące od wiatru. Na wynędzniałych, poszarzałych dziecięcych twarzyczkach zastygł na dobre wyraz otępienia i zniechęcenia.

Coraz trudniej było złapać szczury, które pochowały się głęboko w bagnistych, zawalonych wnętrzach kanałów ściekowych. Dick zapuszczał się czasem na długie, samotne wyprawy w ścieki, z nożem w ręku, ścigając godzinami te stworzenia. Koty zniknęły z ulic, kryjąc się na strychach i w piwnicach. Przyjaciele nie mogli także rozpalić ognia, bo wszystko wokół było mokre. Mięso, jeżeli je w ogóle mieli, jedli surowe.

Tracy siedziała na potrzaskanym krawężniku i zgrabiałymi, poranionymi od grzebania w śmieciach palcami próbowała poprawić kocią skórę, owiniętą wokół dziurawego, przemokniętego buta. Rozpuszczony śnieg zamarzł ponownie, tworząc lodowy pancerz wokół stopy. Między palcami dziewczynka miała głębokie, bolesne rany. Była szczęśliwa, że jeszcze nie wdało się zakażenie.

− Pomogę ci – zaoferował Tricky, podchodząc i siadając obok. Szybko zaczął owijać jej drobną stopę kawałkiem sznura. Zauważyła, że z kciuka zszedł mu paznokieć.

− Co się stało? – spytała, łapiąc delikatnie jego dłoń. Szmata, którą owinął wokół, pokryta była zakrzepłą krwią. Mruknął, że przytrzasnął sobie rękę pokrywą od kanału. Tracy ostrożnie rozwinęła gałgan. Przez całą szerokość dłoni biegła rana. Wewnątrz tkwiły głęboko kawałki rdzy. Ze środka sączyła się gęsta, cuchnąca, żółta ropa. Śmierdzący wysięk rozmazywał się po skórze. Najdelikatniej, jak potrafiła, przemyła ranę przyjaciela śniegiem. Próbowała wyciągnąć kawałki rdzy, ale część z nich tkwiła zbyt głęboko w ciele. Dick zacisnął zęby. Po jego twarzy popłynęły łzy. Tracy wyciągnęła spod bluzy kawałek czystej szmatki i owinęła wokół jego dłoni. Potem oczyściła trochę w śniegu tę, którą wcześniej miał na ręku. Kiedy Tricky chciał wrócić do naprawiania jej butów, zobaczyła, że dwa palce ma całkiem bezwładne. Odsunęła go i sama skończyła przysznurowywanie skóry do buta.

Ręka Dicka nie chciała się goić. Rana była ciągle wilgotna i brudna, a ropa zrobiła się zielona i cuchnęła coraz bardziej. Pewnego ranka chłopak dostrzegł na nadgarstku brunatną pręgę, pełznącą w kierunku ramienia. Nie mówiąc o tym nikomu, wyszedł. Wrócił dopiero wieczorem, z rękoma wbitymi głęboko w kieszenie. Na twarzy miał ślady łez. Tracy bez słowa wyciągnęła jego ręce z kieszeni − Tricky nie miał prawej dłoni, wokół nadgarstka owinięty był przesiąknięty krwią gałgan.

Nie mieli dużo czasu, żeby się tym martwić. Tej nocy zachorowała Anna. Dostała wysokiej gorączki, czoło miała rozpalone, oczy opuchnięte, z trudem oddychała i mówiła. Tracy i Wizzy siedziały przy niej, zmieniając kompresy. Chłopcy poszli szukać jakiejkolwiek pomocy. Nie udało im się. Tod został pobity przez policjanta, ledwo dowlókł się z powrotem. Miał połamane żebra − tak przynajmniej stwierdziła Wizzy, oglądając go.

Następnej nocy Anna zaczęła bredzić. Podrywała się z posłania i rozmawiała z ludźmi, którzy nie istnieli. Rankiem zaczęła kaszleć. Kropelki śluzu i jasnej, spienionej krwi bryzgały z jej małych, sinych ust. Tracy siedziała cały dzień w kącie przy zamarzniętej ścianie i płakała.

Tod znalazł gdzieś drewno, które jeszcze nie zgniło, i udało im się rozpalić ognisko w kontenerze. Gęsty dym snuł się nad ziemią i gryzł w oczy, ale tego wieczora mieli gorącą wodę i ugotowali zamarznięte truchło szczura, znalezione poprzedniego dnia. Anna wypiła trochę tego dziwacznego rosołu i przez jakiś czas pozostała przytomna.

Tamtej nocy Tracy odmroziła sobie palce. Zmęczona czuwaniem przy chorej koleżance usnęła. Kiedy obudziła się kilka godzin później, nie miała czucia w lewej dłoni. Skóra była zmacerowana i ziemista. Próbowała nacierać ją śniegiem, ale nie pomogło, palce nadal nie reagowały na jej polecenia. Teraz oboje z Dickiem byli jednorękimi… Jej sytuacja była tylko o tyle lepsza, że dłoń pozostała częścią jej ciała.

Rozmawiali bardzo mało. Jeżeli nie szukali jedzenia, siedzieli w swojej małej norze, przytuleni do siebie, grzejąc się nawzajem. Ich świszczące, nieregularne oddechy, zmieszane z kaszlem Anny, unosiły się w górę małymi, kłębiastymi obłoczkami pary i zamarzały na sklepieniu. Tod miał poważne problemy z oddychaniem, jego żebra nie chciały się zrastać.

Anna umarła we śnie. Przez ostatnie dni nie odzyskała świadomości.

*

* *

Wreszcie zima postanowiła opuścić Strefę. Wizzy obudziła się rankiem i poczuła, że leży w kałuży. Przesunęła dłonią po spodniach myśląc, że popuściła przez sen , ale to woda skapywała ze sklepienia. Spojrzała w górę. Dotąd pokryte warstwą lodu, teraz było czarne od wilgoci. Na zewnątrz szemrały potoki wody, spływające po ścianach brudnych, zrujnowanych domów; ulicą, czarną i błotnistą, pędził strumień powstały z roztopionego śniegu. Ponad szarymi, starymi dachami świeciło nieśmiało słońce.

Gdy zelżał mróz i zniknął śnieg, temperatura powoli zaczęła rosnąć. Opuścili schronienie bo zalała je woda z roztopów. Sypiali teraz w różnych miejscach. W niczym  nie przypominali dzieci, którymi byli ubiegłego lata. Dick po stracie ręki zamknął się w sobie, mówił mało, robił tylko to, co było konieczne. Tod nadal miał problemy z płucami. U Tracy obrzęk dłoni częściowo ustąpił, ale nadal trzy palce miała sztywne. Tylko Wizzy przetrwała zimę w miarę zdrowa, jedynie czasem, późno w nocy, śniły jej się koszmary.

Siedzieli na piasku, niedaleko miejsca, gdzie kiedyś mieli szałas. Wykorzystując resztki desek rozpalili ognisko. Smuga błękitnego dymu wędrowała w niebo. Było już dosyć ciepło, wiec zdarli z siebie dodatkowe szmaty i siedzieli teraz w poprzecieranych bluzach i spodniach, z rozpadającymi się resztkami butów na nogach.

− Tracy – powiedział Tricky Dick – chciałbym ci coś dać.

Wyciągnął z kieszeni swoją zapalniczkę, tę, którą znalazł przy zastrzelonym, gdy Tracy przybyła do Strefy.

− Nie będę jej już potrzebował – powiedział cicho – Jutro kończy się moja próba…

Dziewczynka wzięła do ręki małe, stalowe pudełeczko. Na boku, gwoździem, wybite było „Dick”. Obróciła zapalniczkę. Na przeciwległej ściance napisane było „Tracy”. Otworzyła ją i zapaliła z trzaskiem. Zapłonął jasny płomień. Jego wieczna dusza z paliwa stałego nie doznała żadnego uszczerbku w ciągu tych ciężkich miesięcy.

− Dziękuję ci – powiedziała, chowając ją do kieszeni na piersi. – Za nią… i za wszystko inne.

Tricky Dick odszedł następnego ranka. Pojechał do centrum miasta, aby zakończyć próbę tam, gdzie ją rozpoczął.

*

* *

Miesiąc później Tod również zakończył swoją próbę. Dziewczynki odprowadziły go aż na stację. Dopiero wiele lat później Tracy udało się ustalić, że w trakcie tej podróży zginął w strzelaninie. To była jego ostatnia droga w Strefie.

Po odejściu Wizzy Tracy zamieszkała samotnie nad piaszczystą łachą. Dwa ostatnie tygodnie samotności dłużyły jej się bardzo, ale unikała jakiegokolwiek towarzystwa. Pływała w chłodnym jeszcze morzu i patrzyła godzinami w odległy, nierealny horyzont. Czasami przesuwał się po nim ciemny, masywny zarys okrętu. Częściej nie było tam nic. Na wodzie rozlewały się tęczowe plamy benzyny.

Pewnego dnia Tracy dowiedziała się, że nadszedł dzień jej jedenastych urodzin. Spoza Strefy, z normalnego świata, dotarł do niej mentalny przekaz. Odnalazła kanał, którym rok wcześniej wydostała się na powierzchnię. Kratka, wyrwana wtedy z bruku, nadal leżała obok, wygięta i pordzewiała. Zanurzyła się w mroczną czeluść kanału i pogrążyła w jego bagnistym wnętrzu. Po jej stopie przebiegł szczur. Już się ich nie bała. Instynktownie czuła, że dotarła we właściwe miejsce. Stanęła w kanale i rozłożyła szeroko ręce.

− Witaj, Tracy – powiedziała bezosobowa, holograficzna twarz, która nagle zapaliła się w otaczającej ją ciemności. Dziewczynka splunęła, ale ślina przeleciała przez hologram i spadła do ścieku na dnie kolektora.

− Udało ci się zakończyć twoją próbę pomyślnie. Przygotuj się do powrotu.

Coś porwało ją w górę i uniosło wysoko, prawie pod samo niebo. Euforia zaparła jej dech w piersiach. Strefa przegrała ostatni raz.

*

* *

Komisarz odsunęła z trzaskiem krzesło od konsolety, ze wściekłością patrząc na ekran. Zawołała swojego sekretarza.

− Jak długo ten TH jest w Strefie?! – wrzasnęła na niego, wskazując drgającym z wściekłości palcem na wyświetlone na monitorze zdjęcie i skan tatuażu. Sekretarz zbladł.

− Od wczoraj… – wyjąkał.

− A co ja mówiłam, skończony idioto? Dlaczego ja się dowiaduję dopiero teraz?!

− Myślałem…

− Ja tu jestem od myślenia! – pani komisarz odwróciła się w obrotowym fotelu. Wyciągnęła ze zgniecionej paczki papierosa i zapaliła go starą, metalową zapalniczką. Na jej bokach można było jeszcze odczytać imiona, zatarte trochę przez czas. Kiedy uniosła do ust papierosa, na jej palcach zalśniły dwa polimerowe ścięgna, wstawione w miejsce tych porażonych w dzieciństwie. Trzeci palec, najmniejszy, kazała sobie zostawić sztywny. Na pamiątkę.

Wyszła z budynku i wskoczyła do poduszkowca. Uniosła go w powietrze i skierowała w stronę wybrzeża. Nie spieszyła się. Wiedziała, że już nie musi. Tricky Dick leżał na brzegu piaszczystej łachy, twarzą w piachu. Odwróciła go na plecy. Na przedramieniu widniał tatuaż z kodem oznaczającym wyrok: TH. Pomyślała z goryczą o swoim, trzyliterowym. Wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła kolejnego papierosa. Stała tam i wpatrywała się  długo w nierealny horyzont, po którym przesuwał się ciemny, masywny zarys okrętu. Teraz wiedziała już, że od strony morza Strefa też jest odcięta.

Ciepły, letni wiatr targał jej długie, rozpuszczone włosy. Po twarzy spływała powoli łza.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba