Animowany sitcom

Pierwotnie opublikowany w portalu Małe Kino.

W roku 2007 Egmont podjął chwalebną, chociaż zakończoną porażką próbę wejścia na rynek dla czytelnika przejściowego – wprowadził komiksy, które nadają się dla starszych dzieci i młodszych nastolatków. Target ten, określany z angielska mianem „tween” (portmanteau słów teen i between), to potężna grupa nabywcza, podatna na reklamę, silna kapitałowo i chłonna konsumpcyjnie. Na całym świecie tworzy się pod nią całe gamy powiązanych produktów, wyprowadzających tweeny z dzieciństwa i wprowadzających w dorosły świat wydawania pieniędzy.
Na polskim rynku komiksowym grupa ta nie istnieje, lub jest tak szczątkowa, że jej faktyczny stan jest w zupełności pomijalny. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie po kompletnej klapie wydawniczej serii Klub Dziewczyn i Klub Urwisów Egmontu. Wygląda bowiem na to, że największym odbiorcą wydanej w tym pierwszym doskonałej francuskiej serii „Lou!” był przeciętny komiksiarz, czyli facet dorosły, często wręcz ustatkowany, czytający na co dzień czy to trykoty, czy chamskie undergroundy i sięgający po coś lżejszego dla odprężenia.

Sama tytułowa Lou to urocza przedstawicielka przywołanego we wstępie segmentu konsumenckiego, chociaż na pewno nie można uznać jej za przeciętną tween. Rezolutna dziewczynka (w pierwszym tomie ma ok. 10-11 lat) mieszka sama z matką, beznadziejnym przypadkiem nałogowego gracza, męczącą w przerwach od konsoli swoją debiutancką powieść science-fiction. Pośród przypalonych garów, pudełek po pizzy i instrukcji do gier blondynka z poczochraną grzywką wiedzie żywot pełen uniesień i nagłych rzutów depresyjnych, radości i zadumy, niezwykłych przygód i tych całkiem zwykłych.

Wraz z kolejnymi tomami seria ewoluuje, postać Lou dorasta, fizycznie, emocjonalnie, mentalnie; rozwija się też jako bohaterka serii. W pewnej chwili zostaje starszą siostrą, a w najnowszym, niewydanym jeszcze w Polsce tomie, zaczyna powoli, jedną nogą, wkraczanie we wczesną dorosłość. Autor, Julien Neel, ewoluuje zresztą razem ze swoją serią. Początkowo prosta kreska zyskuje finezję, postacie krystalizują się, oprawa graficzna wyostrza. Z dziecinnej cukierkowości komiks wchodzi w rasowy cartoon, dorasta z odbiorcą jak nie przymierzając Harry Potter.

Na bazie tego niezwykłego, ciepłego i mądrego komiksu powstała w 2009 roku seria animowana, którą w Polsce nadawała telewizja TeleToon. Serial, zamykający się w jednym sezonie, składa się z 26 odcinków i można na niego nadal trafić na rzeczonej antenie.

Lou! - serial animowany

Truizmem będzie stwierdzenie, że adaptacja z jednego medium na drugie wymaga daleko idących ingerencji w strukturę i materię dzieła. Chociaż komiks z samej swojej natury, jako sztuka sekwencyjnej narracji obrazem, doskonale przekłada się na język swojego młodszego brata – kina, a tym bardziej w przypadku animacji, która pozwala na wierne odtworzenie pierwowzoru w warstwie graficznej, to jednak zadanie to w przypadku „Lou!” było bardzo utrudnione.

Przede wszystkim pierwszy tom serii to bardzo dużo bardzo krótkich epizodów. Często były to jednostronicowe zamknięte gagi, niepozwalające na rozwinięcie i niebędące częścią osi fabularnej. W przypadku konieczności adaptacji na dłuższe odcinki – tego typu żarty zupełnie się nie sprawdzają. Mamy więc w serialowej „Lou!” dużo nowego – zarówno stare przygody rozbudowane o nowe segmenty,  jak i zupełnie nowe przeplatające się z oryginalnymi. Istniejące postacie dostają więcej pola do popisu i więcej czasu na ekranie, pojawiają się także nowe, jak zrzędliwy staruszek czy kolega z innego piętra. Wszystko to sprawia, że seria telewizyjna zyskuje nieco odmienny charakter – zwalnia tempo i bardziej dąży w kierunku sitcomu niż oryginał, chociaż trzeba szczerze przyznać, że scenarzyści zrobili niezłą robotę. Chociaż jako fan pierwowzoru mogłem mieć pewne zastrzeżenia, to jednak nowe, dodatkowe przygody potarganej blondyneczki jak najbardziej wpisują się w moje potrzeby jako fana.

Wraz z pewnymi zmianami w historii zaszły też zmiany w postaciach głównych bohaterów. Tristan, który w pierwszy tomie pojawia się raczej jako konterfekt pewnego zjawiska, tutaj dostaje kilka chwil więcej. Matka Lou zyskuje nagle własne imię i więcej samodzielnych przygód. Spore zmiany dotykają też tytułową bohaterkę – przede wszystkim jest starsza – to nie 10-, 11-latka z „Codziennika”, to bardziej młoda panienka z „Sielanki”. Zmienia to diametralnie jej i widza spojrzenie na wydarzenia i świat przedstawiony, ulatuje trochę tej bezpretensjonalnej naiwności dziecka, którą w pierwszym tomie komiksu miała.

Od strony realizatorskiej serial trudno nazwać wyróżniającym się. Przyzwoite scenariusze ubrane są w przyzwoitą, chociaż przeciętną animację. Poziom uczciwego rzemiosła zadowoli odbiorcę, tym bardziej, że zachowane zostały w dużej mierze oryginalne projekty graficzne i animowany świat Lou nie różni się od jej świata komiksowego. Trudno jednak tutaj o wirtuozerię czy odkrywcze zagrania realizatorskie. Ciekawostką jest podzielenie serii na 26 odcinków, przy czym faktycznie każdy z nich składa się z dwóch, trwających ok. 12 minut, samodzielnych segmentów. W praktyce więc dostajemy pół setki krótkich historii, co jest ilością całkiem przyjemną.

Polacy, niestety, jak zwykle dokładają swój brudny odcisk palca dubbingiem, który jest zrealizowany w sposób być może poprawny, ale kompletnie bez czucia. Głosy dobrane bywają całkiem przypadkowo, realizacja może nie kuleje (co jest na obecne czasy samo w sobie pochwałą), ale też nie oferuje nic, a w stosunku do oryginału niestety jest podrzędna.

Mimo tych niedociągnięć „Lou!” to niezły serial komediowo-obyczajowy, który wyróżnia się pozytywnie na tle setek identycznych klonów o chłopcach ratujących świat czy grupkach dzieci urządzających pojedynki magicznych zwierząt. To dobra, lekka rozrywka dla dzieci, nie tylko rówieśników Lou, ale i młodszych (moja pięcioletnia córka została fanką serialu po pierwszym odcinku), a także dla dorosłych, którzy mogą oglądać go z pociechami, albo samodzielnie. Każdy bowiem w tej adaptacji znajdzie coś dla siebie. Chociaż, nie oszukujmy się, te 26 odcinków, jest to raczej „lektura uzupełniająca” dla tych, którzy zaczęli od komiksu. Jako produkt samodzielny może nie mieć takiej siły.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba