Zaliczyć Thorgala i umrzeć?

Tekst ten powstał pierwotnie specjalnie na bloga Thorgalverse Kuby Sytego, znanego w niektórych kręgach jako Tiall (tu się prosi jakiś dowcip o przyjmowaniu imion bohaterów komiksowych, ale w ustach gościa, który przyjął imię bohatera komiksowego zabrzmiałby on żałośnie), gdzie był opublikowany premierowo. A powstał niejako z rozpędu po stworzeniu fanarta Strażniczki Kluczy, którego wersję „pełną” możecie zobaczyć tamże, a wersję „light” w tym tekście, który zamieszczam tutaj w nieco rozbudowanej wersji.

Muszę zacząć od tego, że okłamałem Szymona z kultury gniewu mówiąc mu, że czytałem w życiu pół albumu Thorgala. Faktycznie przeczytałem półtora. „Rajską grotę” (drugą historię ze „Zdradzonej czarodziejki”) i całego „Alinoe”. Ale uświadomiłem to sobie dopiero w zeszłym tygodniu.

Prawdę mówiąc nie wiem, jak to się stało, że ominęło mnie czytanie tej serii na bieżąco. Kiedy kończyły się w Polsce lata 80. i wchodziły na rynek komiksy „z Zachodu” wszyscy moi kumple jarali się „Thorgalem” jak dzisiejsza gimbaza płytami Rycha Pei. Po publikacji „Szninkla” było to zresztą jak najbardziej zrozumiałe (o tym komiksie to może przy jakiejś innej okazji, a najpewniej to w K-poku, jak mnie najdzie na wspominanie). A ja, jakoś tak, nie załapałem zajawki. I co dziwne, czytywałem serie napoczęte przez efemerydy tamtego czasu, takie jak „Vasco” czy „Ian Kaledine” (czy jak się to pisało, za leniwy dziś jestem na google), a na czarnowłosego Wikinga jakoś nie zachorowałem. Zresztą wkrótce nadeszło TM-Semic i kończąc podstawówkę byłem już zatwardziałym spandexiarzem, kupującym stale „Batmana”, „Spider-mana”, a potem także „X-Men”, „Mega Marvele” i mnóstwo innych rzeczy z tego segmentu. A w pierwszej LO to nawet wystartowałem „Korespondencyjny Fan Club Batmana BATCAVE” (w tamtych czasach internet nie wyglądał tak, jak obecnie, a mnie się nie śniło, że to, o czym czytałem w książce „Hackerzy” może być rzeczywistością [ta bogiem a prawdą to internet wtedy prawie wcale w Polsce nie wyglądał]).

Prawdą jednak jest, że Thorgal i jego światy nie były mi obce, bo gdy w XXI wieku internet zaczął wyglądać tak, jak obecnie, to nie dało się uniknąć stałej i masywnej ekspozycji – w końcu seria cieszyła się przez dziesięciolecia kultem i ludzi, którzy rzucają słynne „ja to tylko o Thorgalu czytałem za gnoja” są w tym kraju tysiące, może setki tysięcy? Do dzisiaj poznając nowych ludzi słyszę taką deklarację, kiedy rozmowa schodzi na hobby i słyszą, że czytam i wydaję komiksy. I zdziwilibyście się, jacy ludzie czytywali za młodu „Thorgala” – niektórych nie podejrzewałbym nawet o znajomość alfabetu. Takąż deklarację poczyniła pewnego razu wobec mnie moja redakcyjna koleżanka z Kultury Liberalnej, która sprezentowała mi 18 albumów o przygodach dzielnego kosmity wychowywanego przez Wikingów, który latał balonem do Ameryki Południowej (nie wiem, kto to powiedział, ale podobne, chociaż bardziej rozbudowane stwierdzenie padło kiedyś bodajże na Forum Gildii – jeśli autor czyta te słowa, to chętnie jego autorstwo uznam).

Dokonaliśmy więc prostej wymiany towarowej – w zamian za torbę ubrań dla noworodka płci męskiej, z których mój syn zdążył wyrosnąć, dostałem torbę komiksów, z których wyrosła matka beneficjenta ubrań. A potem usiadłem i w trzy dni przeczytałem wszystko, co dostałem.

Muszę przyznać otwarcie – doskonale rozumiem zajawkę, jaką na dzieło Van Hamme’a i Rosińskiego łapali dwadzieścia kilka lat temu moi rówieśnicy. Historia jest prosta, sensacyjna, magiczna, narysowana w sposób przyjemny (plecy konia w dobrej formie, a ja plecy konia lubię, nie bez powodu amerykański mainstream kręcił mnie i kręci nadal, dobrze ponad 20 lat już). Przemawia nie tylko do dzieciaka, ale także do dzieciaka tkwiącego w dorosłym facecie. Oczywiście dzisiaj patrzę na nią z dystansu – jak na dobre, rozrywkowe rzemiosło, często lepiej, czasem gorzej odrobione w warsztacie obsługiwanym przez parę prawdziwych zawodowców. I chociaż można zarzucić Jeanowi rozgrywanie stereotypów, to robi to nawet chwilami z pewnym wdziękiem. I chociaż nie we wszystkim zgadzam się z popularnymi opiniami – przykładowo album „Wilczyca”, nazwany nawet przez kogoś spośród moich znajomych „mistycznym” nie obszedł mnie wcale – ot, mimozowata księżniczka urodziła córkę w wilczej gawrze, gdy jej walczący o dobro i pokój facet akurat mordował zbójów; chociaż rozumiem, jako ojciec, który dwukrotnie asystował swoim latoroślom, że wolałby robić akurat coś innego, zasadniczo poglądy mam podobne – szczególnie wyprawa do Ameryki Płd. wciągała, bo rozłożona na kilka albumów akcja miała okazję się rozwinąć, była też, jak w dobrym roleplayu, wesoła kompania złożona z barwnych postaci. Podobał mi się „Władca gór”, głównie dlatego, że to fajna, chociaż mało odkrywcza wariacja na temat podróży w czasie (za to mało w niej, poza sztafażem, typowego fantasy). Mógłbym się pokusić o wyliczankę i jednolinijkowe recenzje jeszcze kilku albumów, ale chyba jednak sobie daruję.

Sam Thorgal, postać w sensie bohatera tytułowego, jak to istota wyższa, lepsza i unikatowa obarczony jest grzechem Clarka Kenta – momentami do bólu porządny, prawy, bohaterski, niczym Staś Tarkowski. Na pierwszy rzut oka widać, że to cywilizowany wśród dzikusów, uroczo niewiarygodny, rozczulający jak płatek śniegu na Saharze i przez to łykamy go z dobrodziejstwem inwentarza – tym jego udręczonym umiłowanie pokoju i spokoju. Wybrał sobie za to dziewczynę, której nie powstydziłby się Anakin Skywalker – niby twardą, o błękitnej krwi, a jednak sztampowo wgapioną w ukochanego faceta, za którym pójdzie potulnie dokądkolwiek (z wyjątkiem historii w krainie QA, gdzie pokazała odrobinę pazura, jak Amidala na arenie w Geonosis; ale tylko odrobinę). Schematyczna niewiasta niczym ze starych powieści McLeana, gdzie kobiety omdlewały w mocnych ramionach ratujących je twardych facetów, która pewnie niejedną dzisiejszą feministkę przyprawiła by o nagły a zbawienny atak serca. Ta dwójka (Aegirson i córka Gandalfa, nie feministka i atak) stoi zresztą w opozycji do swoich pobratymców – Thorgal do „władców” z kosmosu, zepsutych cywilizacją kosmiczny argonautów, udających bogów jak bohaterowie „Ekspedycji„, Aaricia zaś do Wikingów, prymitywnych, brutalnych zwierząt, jakimi są chociażby jej ojciec czy brat.

Nie pojąłem też, przynajmniej po jednokrotnej lekturze, uwielbienia, jakim wydaje się cieszyć Kriss z Valnoru – być może zadziałał tu kontrast, bo ta baba ma więcej jaj niż ktokolwiek inny w tej serii. Wydaje się być archetypicznym marzeniem każdego chłopca o postaci silnej, bezkompromisowej, stojącej ponad prawem i (może nawet bardziej) jakąkolwiek moralnością. A przy tym ma cycki, a to też nie jest całkiem bez znaczenia. Taki trochę typ dziewczyny, o której marzy się mniej więcej do liceum, a potem zwykle z niego wyrasta na rzecz jakiejś normalnej. Jest, owszem, barwna – jedna z nielicznych faktycznie ciekawych postaci żeńskich w serii, ale bez przesady. Chociaż może się czepiam – w takich przypadkach po prostu przyjmuje się do wiadomości kultowość i tyle.

Reszta postaci to w zasadzie tło. W albumach, które czytałem, Jolan się pojawiał, ale prócz faktu posiadani mocy parapsychicznych niewiele więcej z tej postaci wynikało. Reszta zaś to w zasadzie epizody – czasem ciekawe, czasem kliszowe, ale bronią się. Dobre rzemiosło, jak pisałem na początku.

Dotychczasową lekturę serii zakończyłem na „Ukrytej fortecy”. Był to moment o tyle ciekawy, że skądinąd wiem, że teraz wychowanek Leifa, pozbawiony pamięci, ma wreszcie szansę pokazać pazur i wędrując z Kriss w końcu przestać jęczeć o pokoju, miłości i spokoju. Z pewnością więc będę powoli kompletował resztę wydanych dotąd tomów. Jednak nie będzie to raczej paniczne poszukiwanie – tak, jak bardzo cenię sobie komiks stricte sensacyjno-rozrywkowy, jak chociażby „Largo Winch”, tak nadal nie jest to trzon moich zainteresowań. Tym bardziej, że mam serię w miękkiej oprawie, a ta wersja najwyraźniej cieszyła się większym uznaniem niż haceki i próba odnalezienia kolejnych tomów na rynku wtórnym i pierwotnym sugeruje pewne z tym problemy.

Ogólnie rzecz biorąc, dobrze się stało, że barteru wspomnianego w poprzednich akapitach dokonałem. Przez moment tylko mignęła mi myśl – co by było, gdyby Van Hamme i Rosiński tak od trzydziestu z górą lat napierali w albumach „Ekspedycję”?

Rysunek powyżej to wspomniany fanart bez tła i detali. Ta wersja kojarzy mi się z „Ukrytą fortecą” i niektórymi panelami z „Ostatnich łowów Kravena” DeMatteisa i Zecka. Tamta ostatecznie wyszła przeładowana. Do narysowania postaci posłużyłem się stockiem lensglamour.deviantart.com

Kuba zapytał mnie, czemu na temat fanarta wybrałem właśnie Strażniczkę? To proste. Jest to niezwykle ciekawa postać, jak wszyscy bohaterowie obdarzeni wielką mocą, podlegająca ogromnej presji. Pełno w niej sprzeczności – z jednej strony jest nieśmiertelna, bo od tego zależy los światów, z drugiej – ta nieśmiertelność to zasługa ulotnego artefaktu. Spoczywa na niej ogromna odpowiedzialność, ale pozwala się okpić prostacko z pożądania do śmiertelnika. Jest jednocześnie nieprzystępną, lodową, posągową postacią, z drugiej emanuje pierwotnym, zupełnie niewzniosłym, niemal wyuzdanym erotyzmem. Powraca w serii na tyle często, że można ją uznać za oś obrotu niektórych spraw w Mitgardzie i światach drugich.

Nie no, powyższy akapit to stek bredni. Po prostu lubię rysować kobiety. Ot, tak.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • JAPONfan

    Kriss miała jaja czyli w przeciwienstwie do innych postaci nie była bezpłciowa. Thorgal po kilku zeszytach zaczął byc mdły, brakowało tylko żeby popylal w stroju w kolorach flagi wikingow walczac o dobro i sprawiedliwosc w barbarzynskich krajach Ameryki. De Valnor (co teraz rozumiem po kilkunastu latach od lektury) była po prostu porzadnie zbudowana postacią. 3 wymiary łuczniczki kontra jeden Aarici (boze jak ja jej nie znosiłem po Wilczycy). I to chyba tez urok Władcy gór, Thorgal jest postaci poboczna tak naprawdę więc nie może za bardzo przeszkadzać historii swoja emowatością.

  • „Dotychczasową lekturę serii zakończyłem na „Ukrytej fortecy”. Był to moment o tyle ciekawy, że skądinąd wiem, że teraz wychowanek Leifa, pozbawiony pamięci, ma wreszcie szansę pokazać pazur i wędrując z Kriss w końcu przestać jęczeć o pokoju, miłości i spokoju.”

    Otóż to:-) Trafiłeś w 10.

    Następny tom („Piętno wygnańców”) jest jednym z absolutnie najlepszych i najmroczniejszych albumów. Ciekawostka: nie występuje Thorgal. Są tylko pewne wieści przekazywane przez wikingów o tym…co teraz porabia.

    A „Wilczyca” to album mistyczny, dobrze powiedziane.

    • No właśnie gdzie ten mistycyzm? Niechże mi go ktoś palcem pokaże, bo ja go tam nie widzę. Że w narodzinach, czy jak? Albo w zabijaniu zbójów?

  • au

    jeszcze Korona Ogotaja się czyta. a potem już jest zjazd po równi pochyłej.