Ciągle pada…

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach tygodnika Kultura Liberalna.

Współautorką niniejszej recenzji jest Ala, moja żona.

Są takie komiksy, które trudno jest odczytać. Oczywiście, większość z masowej produkcji nie ma drugiego dna, ani tym bardziej den kolejnych (proszę wybaczyć środowiskowy żart), ale konstrukcja fińskiego „Deszczu” wręcz wymusza na czytelniku szukanie metafor, podtekstów i ukrytych sensów.

Historia jest pozornie prosta – oto, niczym w Biblii, zaczyna padać deszcz. I pada. I pada. I pada – od pierwszej aż po ostatnią stronę leje jak z cebra, potoki wody spływają na miasto, a poziom wody podnosi się powoli, lecz nieubłaganie.

W tym potopie nadal żyją ludzie. I to o nich właśnie jest ta historia. Wątek główny toczy się wokół niecodziennego codziennego życia Anniki i Jakopa. Ona poddaje się deszczowi z radosną akceptacją, on, rasowy dziennikarz, walczy i zmaga się z rzeczywistością, co dzień wychodząc do redakcji gazety, której nikt nie czyta. Ba, nikt nie drukuje!

Jeździ tam ostatnim tramwajem na chodzie, który zresztą w pewnej chwili ostatecznie psuje się, zalany do połowy wodą. Wtedy okazuje się też, że jego pasażerowie to zbieranina imprezowiczów, którzy przez zalane miasto kursowali jedynie, aby mieć pretekst do zabawy.

Zgoła odmienne postawy prezentują członkowie rządu – premier, ministrowie i urzędnicy, którzy po groteskowym zamachu stanu wprowadzają się, z nielichą pomocą sprytnej dozorczyni-szabrowniczki, do kamienicy Anniki i Jakopa. Rząd, który „nie uciekł do Rumunii jak kiedyś”, obraduje w tajemnicy na strychu, podejmując decyzje i uchwały, które niczemu nie służą i nikogo, prócz ostatniego, walecznego dziennikarza, kompletnie nie interesują.

Wśród tego chaosu ludzie skaczą do wody.

Pastor zaś w pobliskim kościele postanawia przygotować swoistą nowożytną arkę, która pozwoli mu stać się ojcem-założycielem nowej, lepszej ludzkości.

Pomiędzy zaś aktorami tej tragikomedii przemyka mała dziewczynka, która szuka mieszkania, gdzie urodził się dzidziuś – istota, którą nade wszystko chce zobaczyć i poznać.

Nie są to bynajmniej jedyne wątki, jakie na prawie 200 stronach rozwija Ville Ranta – fiński literaturoznawca i dziennikarz. Trudno uciec w tej powodzi symboli i archetypów od prób interpretacji, lecz poza absurdalnie oczywistą metaforą potopu biblijnego – wszystkie one w zasadzie wymykają się czytelnikowi.

Stratyfikacja struktury mieszkaniowej w kamienicy jest idealnym odbiciem zorganizowanego wokół władzy i pieniądza społeczeństwa zachodniej demokracji.

Nie sposób także uciec przed skojarzeniami z Noem, górą Ararat oraz symboliką niewinności i nowego życia, jaką niesie ze sobą dziecko, czy krytyką konsumpcyjnego stylu życia uosabianego przez pasażerów ostatniego działającego tramwaju.

Pod pewnymi względami „Deszcz” przywodzi też na myśl słynny japoński horror „Dark Water” – większość akcji, tak jak tam związanej z wodą, rozgrywa się w jednym budynku, najwyraźniej też na dachu kryje się jakiś klucz, jakieś rozwiązanie.

Z pewnością jest to jedno z tych dzieł, w których konteksty musimy odczytać sami. Ville Ranta, być może, wcale nie planował wszystkich tych symboli w jednym miejscu. Prawdopodobnie napisał dość oniryczną, zwariowaną opowieść, zostawiając jej odbiór i analizę samemu czytelnikowi.

Dzięki uproszczonej realistycznej kresce, oszczędnym projektom i celowemu odciążaniu kadrów (np. poprzez częstą rezygnację z rysowania tła), opowieść nabiera pewnej lekkości i ulotności. Akcja tocząca się powoli, w rytm stukotu kropel, przywodzi na myśl sen, szczególnie gdy ludzie dokonują czynów z gruntu absurdalnych.

Tę oniryczność podkreśla także asynchronia wątku dziewczynki – jej opowieść toczy się równolegle z wątkiem głównym, dotyka nas tu jednak dylatacja czasu. Niczym młody Skywalker, spędzający tygodnie na pobieraniu nauk u mistrza Yody, podczas gdy u jego przyjaciół ściganych przez Lorda Vadera mija zaledwie kilka dni, mała poszukiwaczka dzidziusia opowiada dziecinnymi rysunkami swoją miniaturową odyseję, z biegiem czasu splatając ją z wątkiem głównym w sposób urągający liniowości czasu i wszelkiej chronologii świata przedstawionego.

Finowie to ponoć dość skomplikowany naród. Nie znamy osobiście żadnego z nich, ale po lekturze „Deszczu” zaczynamy w tę zasłyszaną opinią wierzyć. Ranta, być może dla zabawy, podrzuca czytelnikowi zagadkę, a raczej ciąg zagadek. Niepostrzeżenie odbiorca staje się swoistą „Alicją w krainie deszczu”, która sama nie wie już, co tam robi i jak ma wyplątać się z tego wszystkiego.

Tym bardziej, że finał „Deszczu”, chociaż oczywisty i w zasadzie – jedyny możliwy – nie odpowiada na żadne z niezadanych pytań.

Deszcz

Scenariusz i rysunki: Ville Ranta
Liczba stron: 188

Wydawca polski: Atropos/Kultura Gniewu

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba