Po drugiej stronie drzwi

Tekst ten pierwotnie ukazał się w innej wersji w magazynie Kultura Liberalna.

Neil Gaiman cieszy się podwójną sławą. Dla pewnej grupy fanów jest komiksowym bogiem, inni szanują go raczej za książki, które napisał. Osobiście jestem wielkim fanem opublikowanych dwa lata temu przez Egmont dwóch opowieści o Śmierci, będących spin-offem najbardziej znanej serii Brytyjczyka czyli Sandmana, którego nie zmęczyłem, bo wirtuozerska intelektualna masturbacja nie pozwoliła się przyswoić ze względu na koszmarne miejscami rysunki.

Oryginalna książkowa wersja Koraliny wyszła jakiś czas temu, ale gdzieś mi umknęła, bo nie śledzę książkowych dokonań Gaimana. Z okazji wchodzącej właśnie do kin adaptacji filmowej tej powieści, o której więcej pisze gonzo, Egmont wydał także adaptację komiksową. Trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć, na ile dokładna jest translacja powieści na komiks. Czytało mi się go jednak bez problemów.

coraline9

Tytułowa Koralina to sprytna nastolatka, która właśnie wraz z rodzicami wprowadziła się do nowego, wielkiego domu. Zajmują w nim jedno z mieszkań. Z pozostałych w jednym mieszka para emerytowanych aktorek, jedno stoi puste, w innym zaś zamieszkuje starzec trenujący w samotności mysi cyrk. Dziewczynka wyrusza natychmiast na badania domu i jego otoczenia, odkrywając wiele niezwykłych miejsc i rzeczy. Jedną z nich są drzwi w salonie, prowadzące donikąd. Za nimi znajduje się jedynie ściana, oddzielająca mieszkanie Koraliny od pustego.

Wszystko wydaje się na pozór w porządku, ale dziewczynka nie czuje się w nowym domu szczęśliwa. Rodzice nie mają dla niej wcale czasu, ma wrażenie, że nikt nie traktuje jej poważnie, a wszyscy sąsiedzi przekręcają jej imię. W dodatku w domu najwyraźniej pełno jest złośliwych szczurów. Rozdrażniona i zniechęcona stanem rzeczy, pewnego dnia, niczym współczesna Alicja, odkrywa, że za zamurowanym drzwiami znajduje się przejście. Przejście, którego wcześniej nie było, ale którym swobodnie może przejść teraz.

Po drugiej stronie drzwi, niczym w krainie z drugiej strony lustra, Koralina spotyka drugich rodziców i idealną kopię swojego świata. Nawet więcej niż idealną – tu wszyscy mają dla niej czas, interesują się nią, ma masę nowych zabawek. Wygląda na to, że po drugiej stronie drzwi świat jest ciekawszy i dużo lepszy. I nawet to, że jego mieszkańcy mają guziki zamiast oczu nie przeszkadza rezolutnej bohaterce.

Niestety, błyskawicznie okazuje się, że ten nowy, wspaniały świat to pajęcza sieć, utkana przez zręczną wiedźmę, szukającą od wieków ofiar wśród podobnych Koralinie nieszczęśników, a dla bohaterki zaczyna się walka o odzyskanie swojej rodziny i powrót do świata. Walka w której, na szczęście, nie jest osamotniona – towarzyszy jest dość wygadany i obcesowy kot, który lubi chadzać własnymi drogami, ale potrafi się też uśmiechnąć, gdy trzeba.

Trudno się tu oprzeć skojarzeniom z Alicją i autor niespecjalnie się z nimi kryje – w końcu to archetypiczna opowieść o niesamowitej krainie, która znajduje się „po tamtej stronie”. Mnie osobiście wielki dom i osamotniona, młoda bohaterka skojarzyła się także z Krainą Traw Calluma – wokół Koraliny jest podobna aura niepokoju i nadciągającego nieszczęścia co wokół Jelizy-Rose.

Podobieństwo do Alicji podkreśla oprawa graficzna. Adaptacji tekstu i wykonania rysunków podjął się P. Craig Russel – artysta kilkukrotnie wcześniej pracujący z Gaimanem. Przyjęta konwencja graficzna różni się diametralnie od tej, jaką możemy podziwiać w filmie – bardziej mrocznej, burtonowskiej w duchu. Tutaj Koralina to chuda blondynka, niebezpiecznie zbliżająca się do modelowej słodkiej, mądrej dziewczynki. Kadry, poprowadzone delikatną, ale pewną, realistyczną kreską, wypełnione są stonowanymi, pastelowymi barwami, podkreślając baśniowy momentami nastrój opowieści. Z nastroju grozy oryginału zostaje w komiksie niewiele – na tyle niewiele, że umieszczenie go przez Egmont w serii Obrazy Grozy budzi pewne zdziwienie.

Komiksowa Koralina wydaje mi się być wersją złagodzoną, dostosowaną raczej pod czytelnika młodego, pozbawioną trochę drapieżnego pazura oryginału. Dlatego warto zapoznać się z nią, a potem szybko wybrać się do kina na świetną adaptację filmową.

I samemu zdecydować, która wersja bardziej nam odpowiada. Można też pójść na łatwiznę i po prostu przeczytać książkę, która była pierwowzorem obu dzieł. Na pewno warto poznać odważną młodą poszukiwaczkę przygód.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Hahaha!

    „…bo wirtuozerska intelektualna masturbacja nie pozwoliła się przyswoić ze względu na koszmarne miejscami rysunki”.

    Aż przeczytałem oryginalną recenzję, by porównać wersje. Swoją drogą też nie mogłem przebrnąć przez tę tragedię narzyganą na papier przez rysowników i kolorystów. Dotarłem do tomu z historią kelnerki podsłuchującej klientów, by napisać powieść. Ta akurat historia mnie zaintrygowała i rysunki chyba nie były złe. Ale nie dla mnie ten fenomen.

    A wracając do recenzji, to nie wiem, czy to nie jest nadużycie, że wyznajesz, iż książki nie czytałeś, a potem piszesz, że brakuje drapieżności oryginału. A jeśli porównujesz do filmu, to skrót myślowy mocno skrótowy.

    O, a skoro sobie tu gadu gadu, to w kosza gramy we wtorek chyba. Komiksowa drużyna koszykowa! Kaman, będzie super. Koniec już tego smucenia przy piwie, ruchu nam trza!

  • Powinno być coś w stylu „drapieżności, która, jak słyszałem, jest w oryginale”. Masz rację, skrót był wyjątkowo niezręczny.

    Koszykówka? Ostatni raz grałem w liceum. Nie wiem, czy w ogóle pamiętam zasady :D

    A, tak, nie kopać w jaja i nie walić kolanem w twarz, odbijać jedną ręką i wrzucać to okrągłe to tej metalowej obręczy, czy tak?

    Gdzie, jakby co?

  • No ja też od lat nie grałem, ale że wysocy wszyscy jesteśmy, to można spróbować. Będę informował, jak ustalimy gdzie. Chyba koło 18. we wtorek.

  • au

    wybierzcie się ze mną na poligon to pogramy w inne kuleczki.

  • A to wypożyczenie sprzętu to chyba drogie, nie? Kosza zaproponowałem, bo to mieści się w moim budżecie.

  • makowiec

    he, na kosza to i ja bym się wybrał. szkoda tylko, że we wtorek. jakiś weekend to już bardziej.