Opowieść o wyższości moralnej i lepszej drodze

Są książki, po których przeczytaniu żałujesz, że dopiero teraz. Są książki autorów fantastyki, które fantastyką nie są, ale zarazem nie jest to średnia obyczajówka czy popularna w pewnych kręgach „post-fantastyka”. Jest to na przykład literatura popularnonaukowa. Gatunek ten w naszym kraju ma się coraz gorzej, a importy do jakich mamy dostęp dzięki łaskawym wydawcom i siecią salonów często nie są lepsze, od teorii spiskowych czy magicznego uzdrawiania, z którymi często dzielą półki. Brakuje już takich dzieł, jak te pisane czy tłumaczone przez Janusza Thora („Od sztucznych satelitów do stacji kosmicznych”, czy tłumaczenia Clarke’a „Na podbój przestrzeni” i „Na podbój księżyca”).

Książka dr Bena Bovy jest właśnie taką książką popularnonaukową. Wydała została w 1981 roku przez Houghton Mifflin i cieszyła się pewną popularnością. Dotyka ona wielu ważnych tematów tak kosmicznych jak i Ziemskich. Autor opisuje początki amerykańskiego programu kosmicznego, różnice między radzieckim programem, swój udział min w projekcie Vanguard (i innych), oraz jak wyglądał krajobraz amerykański wokół programu kosmicznego. Pokazuje problematykę krótkowzrocznego myślenia polityków, społeczeństwa, które mają wpływ na późniejszą sytuacje gospodarczą i globalną. Punktem wyjścia jest polemika z raportem Klubu Rzymskiego „The Limits to Growth” i jego proponowanymi rozwiązaniami (zarazem wyraźnie zaznaczenie sprzeciwu wobec Maltuzjanizmu) Nie zostawia suchej nitki na winnych „zadzierzgnięcia” (oryginalnie „garroted”) programu Apollo, pocięcia budżetu NASA na misję Skylab, a potem wahadłowców (które, jak wyjaśnia autor, miały składać się z zupełnie innych systemów), generatorów magnetohydrodynamicznych i innych wspaniałych wizji. Nierzadko przywołuje innych autorów SF i naukowców (nierzadko tych samych ludzi, jak Sheffield, Asimov czy Clarke), ekonomistów, przytacza polityków min. Francuskiego ministra przemysłu, Andre Girauda, w kontekście ekologii i energii atomowej. Właśnie energia, surowce, produkcja i wpływ przemysłu kosmicznego na gospodarkę są motywem większości rozdziałów. Pokazuje rosnący problem ze słabnącą niezależnością gospodarczą i energetyczną supermocarstwa, konieczność przejścia na odnawialne źródła energii (Ziemskie lub kosmiczne), problem z dyskusją z „luddystami” (jak określa prymitywistyczny odłam ekologów) i przetłumaczenia społeczeństwu, jak zwraca się gospodarce i ludziom inwestycja w wykorzystanie przestrzeni kosmicznej do celów przemysłowych. Przywołuje przypadki, kiedy dane z obserwacji satelitarnej pomogły amerykańskim rolnikom ochronić swoje hodowle cytrusów przed nagłymi mrozami, oraz jak TBS rozumiało edukacyjną rolę telekomunikacji satelitarnej w krajach rozwijających się. Porusza oczywiście też koncepcje górnictwa kosmicznego, produkcji orbitalnej, pojazdów transferu orbitalnego, produkcji paliw w przestrzeni kosmicznej i oczywiście Elektrowni Orbitalnych (Space Solar Power).

Nie myli was oczywiście, że to ten sam Ben Bova, co napisał sagę o układzie słonecznym (Grand Tour), gdzie w 24 tomach opisuje mniej więcej to co w tej książce. Tak średnio megaprojekt na tom. Tyle że pierwszy tom Grand Tour pojawił się dopiero w 1992 roku (Mars). W czasach, kiedy pisał „The High Road”, był autorem taki utworów jak Millenium czy Colony (do których w pewnym miejscu nawiązuje), ale poza tym pracował w przemyśle lotniczym oraz był redaktorem OMNI. Było to kultowe amerykańskie pismo popularno-naukowo futurologiczne, które min. prowadziło patronat medialny nad codwuletnimi konferencjami organizowanym przez O’Neillowski Space Studies Institute oraz American Astronautical Society, pod nazwą „Space Manufacturing Facilities” na Uniwersytecie w Princeton.

Język jakim Bova posługuje się w swojej książce jest oczywiście językiem człowieka mocno zaangażowanego w sprawę ekspansji kosmicznej i zapobieganiu degradacji klimatu. Jednocześnie jest tu sporo sceptycyzmu dotyczącego „Kolonii O’Neilla”, próby znalezienia złotego środka (referuje batalie o Traktat Księżycowy z 1979 roku), oraz swoistego studzenia zapału ówczesnych aktywistów „nowego programu kosmicznego” (których korzenie widzi w fanklubach Star Treka, którym udało się zmienić nazwę wahadłowca Constitution na Enterprise, oraz w pewnych odłamach ruchu ekologicznego), takich jak jeszcze istniejące wtedy „The L5 Society” (obecnie National Space Society, po połączeniu z National Space Institute). Jest to pełna anegdot i faktów historia, przetykana dowcipami branżowymi, która fanom starej SF powinna lepiej poznać epokę, w której lada moment, obok hard SF i space oper, miał wyłonić się cyberpunk.

Polecam z czystym sercem fanom historii wyścigu kosmicznego, astronautyki i klasycznych koncepcji NewSpace.

Kamil Muzyka

Specjalista ds prawa kosmicznego i patentowego, współprowadzący Prawo i Kosmos.

Może Ci się również spodoba