Daleko nie zalecisz na tych skrzydłach

„Skrzydła nocy” Silverberga okazały się dla mnie szczególne z kilku względów. Po pierwsze były prezentem. Po drugie były na papierze i okazały się pierwszą papierową książką, jaką przeczytałem od dawna – zdarza mi się sięgać po zdigitalizowane wersje nawet tego, co mam drukiem. No i wreszcie – to jest klasyka, fantastyka stara i odleżana, a ja takie bardzo lubię. Mimo tego chwilę trwało, zanim wziąłem się za lekturę, bo miałem zaczęte kilka innych powieści i chciałem jakoś się ogarnąć.

Ostatecznie jednak sięgnąłem po Silverberga i w kilka przejazdów autobusem do pracy zaliczyłem całość. I chociaż było w nich wszystko, co mi podchodzi – nie zaskoczyło.

I mam teraz trochę problem. Z jednej strony jest to książka idealnie wpasowująca się w klimaty, które lubię, chociażby nastrojowe krótkie tekst Le Guin, pełne zadumy i powolnej akcji. Podobnie tutaj, wszystko dzieje się jakoś niespiesznie, niemal mozolnie; tak naprawdę to trochę – nic się nie dzieje. Jest to o tyle niecodzienne, że wydarzenia, które są przyczynkiem do wszystkiego, to przecież kosmiczna inwazja, z samej swojej istoty pełna gwałtu i przemocy, to przegrana wojna kosmiczna, utracony świat, ogień, stracone nadzieje i czarna przyszłość w charakterze cudzych poddanych. Jednak wszystko to nie wstrząsnęło mną jako czytelnikiem. Inwazja wydała się bardziej niewydarzoną bajką, zwłaszcza, że świat „Skrzydeł” to Ziemia upadku, schyłkowe wieki ludzkości, przypominające generyczne, niestety trochę nijakie fantasy. Oto Strażnik, narrator i bohater, wędruje przez świat podzielony na kasty i jasno opisany. Każdy ma swoje miejsce, nikt nie przekracza nakreślonych ram, resztki wiedzy i techniki niewiele odbiegają od typowej niskiej magii. Być może takie opisanie świata odebrało inwazji jej pazur, drapieżność, rys właściwy wszystkim inwazjom najeźdźców z kosmosu.

Być może jednak chodziło o to, że cały ten kram był tylko przyczynkiem do wędrówki głównego bohatera. Chociaż formalnie zmienił całe jego życie, czytelnika w mojej osobie mało obszedł. Rozłożenie akcentów i ekspozycja sprawiły, że coś innego okazało się w prozie Silverberga ważniejsze. Coś banalnego i ogranego, a mianowicie po pierwsze: niespełniona miłość. Trudno jest do takiego tematu podejść poważnie, jeśli ma się więcej niż 17 lat. Po drugie weltschmerz narratora, który nie może się odnaleźć w tej nowej sytuacji i miota się. Prowadził mnie więc autor przez w sumie ciekawy, chociaż tak naprawdę szkicowy i generyczny świat (jeszcze o samym świecie, a w zasadzie jednym z jego aspektów – za chwilę), główny bohater trochę użalał się nad sobą, trochę robił za tablicę informacyjną, a trochę przeżywał niezbyt skomplikowane dylematy moralne. I tak to mijało, droga, wydarzenie, droga, wydarzenie, droga, wydarzenie…

Możliwe, że jestem niesprawiedliwy i przekreślam cały tekst, złożony z trzech teoretycznie samodzielnych opowiadań, także ze względu na zakończenie. Jest ono bowiem wybitnie religijne – a ja na motywy religijne jestem wyczulony i – co tu kryć – nie lubię ich za bardzo. Owszem, trafiają się takie teksty, gdzie to gra – jak chociażby w „Labiryncie śmierci” Dicka – gdzie akcja rozgrywa się w wirtualnym kibucu Tekel Upharsim, czy w tekstach Marka S. Huberatha, u którego nawet ostentacyjnie chrześcijańska „Kara mniejsza” traktująca o czyśćcu i zbawieniu była strawna – zwykle jednak powoduje to niepotrzebny zgrzyt. Tak samo jest w „Skrzydłach”, gdzie najwyraźniej do odkupienia wiedzie jedna droga. Rozumiem, że to taka prosta, nastrojowa historia, ale jednak to zakończenie strasznie ograne i takie jakieś – nie wiem – oszukane? Ten sam kłopot miałem z zakończeniem trylogii „Apostezjonu” Edmunda Wnuka-Lipińskiego. Nagle do tekstu z gruntu laickiego wrzuca się na koniec religię i masz babo placek. Czy raczej opłatek.

Kiedy myślę o „Skrzydłach”, dochodzę do wniosku, że prawdopodobnie spodziewałem się za dużo – klasyk, Robert Silverberg, wow, szacuneczek; a tu tylko old man’s angst i powieść drogi, w dodatku tej drugiej to tak pół na pół, a reszta to grzebanie w piwnicy. I jak bardzo nie ceniłbym Silverberga, który jednak dorobek ma imponujący, to nie jest to niestety przypadek książki o niczym, którą czyta się świetnie. Owszem, lektura jest bezbolesna, ale też nie pozostawiły we mnie trwałego śladu banalne rozterki, sztampowe przemyślenia i schematyczne zwroty akcji. Prawdopodobnie kiedy honorowano „Skrzydła nocy” nagrodą Hugo nie wszystko to było jeszcze taką oczywistością (a ja nie byłem tak zblazowany), niemniej z dzisiejszej perspektywy, cóż, jak mam ochotę pięknie poczytać o banałach, to sięgnę po „Grobowce Atuanu”, albo jeszcze lepiej po „Inny wiatr”.

Jest też jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że sarkam na Silverberga. Ta książka to żadna fantastyka. Inwazję kosmitów można zastąpić dowolną inną sytuacją zniewolenia, szczególnie, że po pierwszej pełnej walki nocy jest to zniewolenie dość łagodne, administracyjne wręcz. Obcy, wyglądający prawie jak ludzie, zachowują się dokładnie tak samo, jak zwykli ziemscy najeźdźcy przez ostatnie kilka lat historii. Strażnik, który przestał być Strażnikiem mógłby być członkiem swojej kasty w dowolnej rzeczywistości od starożytności po współczesne Indie i wędrować przez dowolny świat od Cesarstwa Rzymskiego aż po Ulur – tak bardzo jest to bez znaczenia. Odrzyjmy „Skrzydła” ze sztafażu i zostanie nam sucha, nieco rachityczna dykteryjka, moralitet ubrany w pretekstową przygodę, którego wszystkie elementy fabularne są doskonale wymienialne. A przecież Robert Silverberg umie w fantastykę jak mało kto.

Szkoda.

Na koniec jeszcze jedna sprawa, czyli polskie wydanie. Jest ładne, twarda oprawa i w ogóle, ale niestety zabrakło dokładniejszej korekty. Literówki pojawiają się kilkunastokrotnie w całym, nie tak znów przecież długim tekście, są też problemy redakcyjne –  „Us-amrika” pisana chyba na trzy różne sposoby, a nie jest to jedyne potknięcie. Drugą, osobną sprawą jest tłumaczenie autorstwa Krzyśka Sokołowskiego. W zasadzie nie mam mu nic do zarzucenia – wydaje się być idealnie przezroczyste, sprawne warsztatowo, nawet momentami widać pewien osobisty rys. Jest jednak coś, na co zwróciłem uwagę od razu – nazwy miejsc, miast, krajów, kontynentów. W oryginale są to często homofony lub wyrazy bardzo podobne do pierwotnych nazw tych miejsc: Rome – Roum, Paris – Perris itd. Wszystkie te elementy nie uległy spolszczeniu, chociaż ich oryginały, ich podstawy, posiadają polskie odpowiedniki. Mamy więc wprowadzony przez tłumacza obcy element, którego w oryginale nie było. Gdzie mieliśmy swojsko brzmiące dla czytelnika anglojęzycznego wspomniane Roum czy Perris, dla polskiego odbiorcy są to dziwne, anglosaskie słowa, które owszem, tym znającym language, kojarzą się łatwo, ale zaburza to rytm i atmosferę tekstu. Szczególnie, że podlegają dość specyficznej miejscami odmianie, inspirowanej polskimi odpowiednikami. Ja bym spolszczał. Ale ja w ogóle dziwne mam podejście do tłumaczeń i lubię się czepiać, czemu dawałem już wyraz.

Co mam rzec – z jednej strony lektura, którą powinienem pokochać, z drugiej – niewypał. Mogę jedynie subiektywnie stwierdzić – nie podobało mi się aż tak bardzo, jakbym chciał.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba