Same oldschool funky shit

Krzysiek Sokołowski, postać tyleż błyskotliwa, co uporczywa w swoim marudzeniu, wezwał mnie do tablicy blogową archeologią, odgrzebując moją krótką i pełną żalu notkę o Funkym Kovalu.

Chciałem mu z miejsca na facebooku odpowiedzieć, ale po stosunkowo krótkim namyśle postanowiłem rzecz rozwinąć. Od rzeczonego wpisu minęło kilka lat, zaś od wydania i mojej pierwszej lektury rzeczonego komiksu czasu upłynęło o tyle więcej. Był to czas, w którym wydarzyło się sporo rzeczy, rzutujących na mój owego dzieła ogląd.

Przede wszystkim miałem okazję poznać część spółki autorskiej, odpowiedzialnej za powołanie do życia jednego z nadal, cóż – to prawda – najbarwniejszych i najpopularniejszych w pewnej grupie wiekowej i tematycznej bohaterów polskiej fantastyki. Macieja Parowskiego poznałem i miałem okazję kilkukrotnie z nim dłużej porozmawiać, co sprawiło, że moje poglądy na jego prace zostały skażone problematycznym umownym „kolesiostwem” – trudniej jest otwarcie powiedzieć coś krytycznego o osobie, którą się z gruntu lubi, mimo, że w wielu kwestiach się nie zgadzamy. Czemu zresztą dawaliśmy wyraz chociażby w dość mocnej dyskusji o Peteckim w czasie Dni Fantastyki we Wrocławiu w mijającym roku, którą nieco bezrefleksyjnie sprowokowałem. Stało się też jednak tak, że miałem okazję z pierwszej ręki usłyszeć o tworzeniu serii „Funky Koval” rzeczy, których wcześniej nie wiedziałem. Część z nich rzuca na sprawę dobre światło, część zaś tylko pogrąża pewne podniesione przeze mnie kwestie.

Bogusława Polcha miałem okazję poznać osobiście, gdyż wcześniej jedynie widziałem go w kolejce do kasy w lokalnym markecie. Nie udało mi się niestety poznać Jacka Rodka.

Drugą sprawą, która wydarzyła się od 2009 roku było wyjście czwartego tomu FK i jestem pełen wątpliwości, czy chcę się nad tym faktem pochylać.

Trzecią natomiast – moje komiks-fu, mam nadzieję, rozwinęło się nieco. Pora więc powiedzieć „sprawdzam” samemu sobie sprzed siedmiu lat. Gdy ma się lat 38 nie jest to czas aż tak długi i aż tak znaczący, jakby się wydawało; a może jednak?

funky-koval-wbrew-sobie2

W pierwotnym wpisie stwierdziłem, że się Funky zestarzał. Jest w tym prawda, lecz teraz obwarowałbym ją dodatkowym warunkiem. „Funky Koval” jako komiks, jako sposób prowadzenia opowieści, jako narracja sekwencyjna bez wątpienia odczuł upływ czasu. Jasne jest, że zmieniają się sposoby, trendy i warunki wejściowe pisania dla danych mediów i w danych gatunkach. Inaczej się robiło filmy sensacyjne w czasach pierwszego „Rambo”, inaczej zupełnie wyglądał fantastyczny sztafaż pierwszego „Terminatora” i oczywiście inaczej, ze względu na przemiany społeczne i zmiany mentalności oraz pojawienie się nowego pokolenia twórców wygląda „Gra Endera”. I chociaż popularność takich jadących bez ukrywania tego na nostalgii produkcji jak „Stranger things” czy (żeby jednak zahaczyć o komiks) „Paper girls” jest ogromna, to jednak jest to już format przetworzony. W mniejszym lub większym stopniu wyglądający tak, jak komiksy Granta Morrisona – skonsumowany, przerzuty i (w przypadku Granta) wyrzygany. Zestawianie więc współczesnego „retro”, własnego przefiltrowanego przez dekady mgliście zapamiętanego zachwytu i faktycznego artefaktu, kovalowego Real McCoy dowodzi tylko jednego – lubiliśmy szalonego pilota, gdyśmy go czytali na bieżąco. Obecnie lubimy już, stado Mamoni, rzeczy inne. Obecnie, aby odczytywać „Kovala” potrzebujemy nieco więcej wytrychów i nieco więcej biegłości w sztuce posługiwania się nimi, niż jedynie zachwyt cyckiem, oszołomienie monetą narysowaną na A3 czy ukradkowym chichotem z Jerzego Urbana.

Pierwszemu albumowi postawiłem zarzut rwącej się, poszatkowanej fabuły. Było to podyktowane cyklem wydawniczym i warunkami. Powstawały te opowieści jako samodzielne epizody, odgórnie wepchnięte w ramy kilku stron i mające wymuszony zwarty, domknięty kształt. O ile dla komiksu prasowego formuła taka nie jest w żadnym wypadku obca ani zła, o tyle tutaj nie zawsze grała. Dobrymi przykładami są przygody, drukowanego także w NF, Ratmana. Niewiadomski (i czasem Janusz) na jednej, całostronicowej planszy, świetnie dawali sobie radę z opowieścią. Niewiadomski zresztą udowodnił, że Ratman potrafi rozwinąć skrzydła w tej formule – przywołam chociażby jedynie dłuższy album „Terror na wizji”. Autorom Kovala z grubsza świetnie szło konstruowanie krótkich, sensacyjnych fabuł, oparty o dobre, sprawdzone i – wtedy – modne i obowiązujące wzorce. Była przysłowiowa krew i sperma (chociaż może nie strumieniami), była fantastyczna futurologia, olśniewająca kreska Polcha, która do dzisiaj się świetnie trzyma. Chyba, że czasem jednak objętość i dusiła i wymuszała skróty zbyt długie, ekspozycję zbyt pretekstową. Ponieważ w dodatku postawili na formułę zamkniętych całości (w odróżnieniu np. od podobnie sensacyjnego komiksy „Terry i piraci”, gdzie w paskach ukazywały się po prostu kolejne kadry, a nie małe całostki) w efekcie pierwszy zbiorczy album jest tym, czym jest. Zbiorem opowiadań doprawionym mikropowieścią. Są to rzeczy niezłe, ale jako album komiksowy – nie do końca grają. W każdym razie te początkowe epizody. Oczywiście wyprawa na DB-4 nadal zamiata pod dywan to, co się działo w komiksie fantastycznym w tamtym okresie. Dlatego pozwoliłem sobie wzmiankę o niej umieścić na polskiej Wikipedii.

Podtrzymuję zarzut, postawiony w oryginalnym poście. Historia się rwie, a to nie jest dobrze dla albumu. Rozwiązania fabularne są nieprzemyślane – wyobraźcie sobie windę czasową. Wyobraźcie sobie jakie to niesie za sobą konsekwencje. Nawet nie wspominam o zabijaniu Hitlera. A tutaj? Jakaś niszowa sekta postanawia ubić laskę z dużym biustem. Nie będę się dalej nad tym znęcał.

Tym bardziej, że sam Maciej Parowski na Bachanaliach Fantastycznych w Zielonej Górze mówił o pisaniu scenariusza do „Kovala” rzeczy z punktu widzenia scenariuszopisarskiego straszne. Często bowiem podobno autorzy wymyślali historię ad hoc. Wrzucali elementy do fabuły czasem na oślep, potem, jak się dało, dorabiając do nich ciąg dalszy. Tak było chociażby z pojawieniem się Yarpsa Dritta na Deneboli. „A tutaj narysuj rękę drolla” – powiedział scenarzysta do rysownika. „Lecz czemu?” – spytał tamten. „Bo tak. Się coś wymyśli”. Oczywiście pozwoliłem sobie sfabularyzować ten dialog, lecz, jeśli wierzyć Maćkowi Parowskiemu, tak to często wyglądało. Być może to kwestia wybitności umysłów, być może nie. Ja sam nie napisałem nigdy scenariusza komiksowego nawet odrobinę tak znanego, jak Parowski i Rodek, lecz jednak nieco liznąłem. Pisanie w ten sposób uważam za proszenie się o strzałę w kolano a autorów przywołanych wybrnięcie jako tako z takich zabaw – za najwyższej próby rzemiosło. Wyszła więc trójcy latorośl obarczona pewnymi chorobami wieku dziecięcego, ale cóż – sami go nie zaszczepili na polio, więc nie ma się co dziwić, że nieco pokrzywiona. Mimo wszystko – są to nadal zarzuty jednak insidera, człowieka, który lubi szukać mózgu w dupie (nawet, jeśli nie trzeciego dna w komiksie) i nieco na sposób serwowania dania marudzi, mimo, że mięso smaczne, a marchewkę na bok potrafi odsunąć.

Co rzekłszy pochwalę znów. Inaczej się teraz patrzy na to wszystko. I na słynne „uderzył policjanta” i na wsadzanie swoich kumpli do komiksu (swoją drogą niżej podpisany z tekstów, w których wystąpił, mógłby sobie zrobić małą półkę w bibliotece, a opisani w moich tekstach ludzie zasłużyli by może nie na książkę telefoniczną, ale przynajmniej na małą wkładkę). Docenić należy fajnie wplecione w fabułę nawiązania i odwołania, ale nie tylko autorzy „Funky Kovala” to robili. Z powodzeniem przecież darł łacha z cenzorów i wydawniczych nakazów Henryk J. Chmielewski, zaś Szarlota Pawel robiła wiwisekcję rzeczywistości, która co słabszych przyprawiła by o zawał.

Faktem jednak jest, że dzisiaj te odniesienia wymagają kontekstu. Bez niego nie tylko są nieczytelne, ale wręcz niewidzialne. Ta część fabuły, ta warstwa podana swoistym koalangiem staje się dla czytelnika nieprzygotowanego przezroczysta. Jej nie ma. Z jednej strony szkoda i brak. Z drugiej – może lepiej, bo nie powoduje zadławienia niestrawnym zakalcem. Szczególnie, że jednak Parowski i Rodek byli już literatami z dorobkiem. Z piórem, warsztatem, z umiejętnościami. Kiedy się porówna chociażby dialogi Kovala i jego macho-kumpli z tym, co padało na kartach takich komiksów, jak „Pilot śmigłowca” powodujący zgrzytanie zębów, „Kapitan Kloss” od którego wypadały oczy a Mikulski powinien pozwać twórców o odszkodowanie za straty moralne i wizerunkowe czy kolorowe zeszyty z kapitanem MO Żbikiem, pełnej umysłowej biegunki propagandowej, to jednak „Funky Koval” wychodzi obronną ręką z bardzo wielu prób. I mimo, że nie pisze się już tak komiksów sensacyjnych, ba! superbohaterskich w sumie, bo można szalonego pilota trochę tak potraktować (nawet zasugerowałbym nazwę nurtu „low superhero” na wzór „low fantasy” – to pierwsze bez supermocy niczym Batman, to drugie bez magii i bóstw), to czyta się ten komiks. No, czyta się.

Podtrzymuję więc co powiedziałem lat temu dziewięć – czytam przygody Barley’a, Parey’a, Roddy’ego, Brendy i Kovala z nostalgiczną frajdą. Z tym drzemiącym gdzieś w białkach pamięciowych wspomnieniem dreszczu obcowania z nową jakością. Dzisiaj, kilka tysięcy komiksów później, nie czuję go już. Ale wspominam z rozrzewnieniem. Wspominam i dopowiadam sobie konteksty i tło historyczne, społeczne i polityczne. Bo mogę. Czy mój syn zachwyci się przygodami pyskatego kosmonauty? Nie wiem. Możliwe, że wcześniej sięgnie po przygody Desjan na Ziemi i będzie się dobrze bawił, mimo, że od tamtych dialogów i wytrychów fabularnych spada czasem IQ.

funky_nowy

Druga sprawa to fakt, że pojawiła się kontynuacja. Przyznam szczerze, że uznaję ją za ciekawy eksperyment. Równie ciekawy co zbędny. Praktyka pokazuje, że często powroty po latach niestety po pierwsze obnażają braki oryginału, po drugie pokazują, że pewne czasy minęły, pewnych konceptów nie da się odgrzać i do pewnych rzeczy wrócić. Takim przykładem jest dla mnie „Prometeusz” – nakręcony na współczesną modłę, a przy tym strasznie głupi od strony fabularnej i zdroworozsądkowej film. Podobnie z „Wrogim przejęciem” mam problem. Komiks ten jest mi niepotrzebny do niczego. Nie domyka w logiczny sposób wątków, nie kontynuuje, a raczej „wnosi nową jakość”, która jakością nie jest.

Straciły i to bardzo rysunki Polcha. Złośliwi z branży mówią, że „ręka już nie ta” ale nie tu upatruję problemu, chociaż widać trochę, że rysownik serce nieco stracił. Przede wszystkim jednak nowy „Koval” rysowany jest zupełnie inaczej. Pierwsze dwa albumy powstawały jako czarno-białe plansze; musiały sprostać gigantycznie wysoko zawieszonej poprzeczce gównianej poligrafii połowy lat 80. Już w trzecim albumie widać było jakościową zmianę. Po pierwsze Polch poszedł mocniej w karykaturę, po drugie zmieniło się kolorowanie. Z prawie pastelowego, subtelnego dopełnienia stało się przytłaczającym obraz wypełnieniem i wyszło na pierwszy plan. Czwarty album powstawał od razu z myślą o druku kolorowym. W NF poszły plansze niedorobione – nie pokolorowane. Przez to wyszły wszelkie ich niedostatki. Cienka, brzydka, jakby niedokończona kreska, przeznaczona pod kolor. Zniknęły słynne zapierające dech w piersiach detale, gdzieś ulotnił się ten wyraz, ta siła, nawet cycki już nie te. Nie jest tak, jak było w adaptacji „Wiedźmina”, jednak – przepraszam – dla mnie czuć tu chałturą. Dodatkowo album jest nierówny. Nie ewoluuje, nie stopniuje się tu zmiana stylu w miarę pracy, lecz jest zwyczajnie nierówny. Przyczyną tego jest fakt, że część plansz powstała wcześniej.

I tu dochodzimy do drugiego zła, jakie jest w nowym „Kovalu”. Ze spółki autorskiej odpadł Jacek Rodek. Trudno powiedzieć, co z nim wraz wyszło z tego komiksu, ale brak tu już pewnej duszy, pewnych niuansów. Parowski do spółki z awansującym mocniej na historiotwórcę a nie jedynie przetwórcę Polchem robią dzieło jakościowo inne. Miejska legenda, której jednak żaden mi osobiście nie potwierdził jest też taka, że rysownik miał kilka gotowych plansz i zażądał ich dołożenia do albumu. Ponieważ pasowały dużo mniej niż pięść Funky’ego do oka Rhotaxa, to zostały dołączone jako oniryczna, surrealistyczna sekwencja nieprzytomnych wizji głównego bohatera.

Hm, tak. Kontynuacja, podobnie jak poprzednie części, garściami czerpie z rzeczywistości. Jednak rzeczywistość w dużej mierze dogoniła „lata 80. XXI wieku”, i nagłe pojawienie się w komiksie pewnych zjawisk, których tam wcześniej nie było też skrzeczy. A nawet nie wspominam o Kovalu, co się pojawia w czasie stanu wojennego w Polsce.

Nie uważam kontynuacji za rzecz udaną. Zbyt wysokie były oczekiwania, zbyt radykalne odejście od oryginalnego konceptu, zbyt obniżył loty rysownik. Nie jest to album zły, ale nie mogę powiedzieć, żeby był dobry. Jest to album po prosty niepotrzebny. Dużo bardziej niepotrzebny, niż „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”. Bo nawet jeżeli nie jesteśmy zmuszeni do patrzenia na smutnie starzejącego się Hana Solo, który wciąż udaje, że może bujać się na lianach, to gdzieś szlag trafił i te liany, i kapelusz i nawet bicz.

Jest „Funky Koval” komiksem kultowym i legendarnym. Ale zbiór dzieł kultowych i legendarnych które się brzydko zestarzały jest przeogromny. „Koval” zestarzał się z pewnym urokiem, ale jego najnowszy album to niestety stara ciotka przebrana za nastolatkę. W kusej spódniczce, trampkach i kabaretkach trochę śmieszna, trochę straszna a pociągająca już tylko dla fetyszystów prawdziwie zatwardziałych i otwartych na dziwactwa.

A do „sukinsyna Fannera” jakoś się jeszcze nie wybrałem. Może następnym razem?

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Przeczytałam z zainteresowaniem. Dzięki za tekst.