W pogoni za wspomnieniem

W pogoni za czarnym Kleksem

Jakiś czas temu postanowiłem zrobić eksperyment i sprawdzić, czy wydawana właśnie przez Egmont reedycja przygód Jonki, Jonka i Kleksa to sentyment, czy to jednak dobry komiks. W tym celu drogą wymiany towarowo pieniężnej zaopatrzyłem się w album, którego w dzieciństwie nie czytałem, mianowicie „W pogoni za czarnym Kleksem”.

Komiks ten, to kontynuacja albumu „Pióro kontra flamaster„, o którym już na tych łamach pisałem, nie jest to jednak kontynuacja „ma sztywno”, a jedynie pojawiają się w nim postacie z poprzedniego, a motorem fabularnym jest chęć zemsty za zeszłe wydarzenia. Sam album jest zresztą dobrze przygotowany pod czytelnika nieznającego poprzedniej przygody i zaczyna się od rzeczowego i konkretnego wprowadzenia w temat już na stronie tytułowej.

Trudno jest mi powiedzieć coś więcej na temat oprawy graficznej ponad to, co już o Szarlocie Pawel i Kleksie napisałem wcześniej. Autorka ta ma to do siebie, że przez praktycznie cały okres swej twórczości trzyma w miarę równy i jednolity poziom. Można, owszem, mieć jej za złe, że mało się rozwija artystycznie, z drugiej strony nie zalicza praktycznie żadnej spektakularnej wtopy, nie ma albumów, które dołują i zawsze wiadomo, czego się po niej spodziewać. „Czarny Kleks” poziom standardu trzyma i nie przynosi wstydu. Jednocześnie prezentuje wszystkie elementy, które można potraktować jako zarzut, czyli miejscami zbytnie uproszczenia (w tym czasem błędy anatomiczne) i chodzenie na skróty z pewnymi sprawami. Jest to jednak rzecz pod względem oprawy całkiem dobra, jeśli ktoś Szarlotę Pawel i jej styl lubi.

Mnie osobiście włącza się tu jazda na sentymencie, bo na co dzień stylistyki cartoonowej nie lubię i czytam rzadziej, niż rzeczy utrzymane np. w stylu realizmu anatomicznego lub magicznego. W tym wypadku jednak, jako, że spędziłem na pracami Pawel lata – łykam jak młody pelikan.

I tu dochodzimy do sedna eksperymenty, czyli pytania – produkt czy sentyment biorą górę w ocenie.

Pod względem scenariusza jest to album dobry. Mimo, że jest spin-offem „Pióro kontra flamaster” to nie jest prostą kontynuacją, lecz dziełem samodzielnym, pełnoprawnym. Intryga i akcja są jak zwykle zwariowane i może trochę teraz, z punktu widzenia 35-letniego faceta infantylne, ale jest to przecież komiks dla dzieci. Scenariusz przez cały album wije się, odskakując na boki i zapewniając sporo zabawy nie tylko w warstwie akcji, ale też charakterystyczne dla Szarloty Pawel zabawy słowne, slapstikowe przerywniki i humor sytuacyjny. Część z tego niestety ginie z powodu upływu czasu, część, jak chociażby sprawa z komputerem, z perspektywy drugiej dekady XXI wieku zyskuje wymiar komiczny – to, co pod koniec lat 80. było poważne, teraz robi się dla nas komiczne, jak sztafaż z filmu „Pan Kleks w kosmosie” (chociaż może to zły przykład, bo rury od odkurzacza były śmieszne swoją siermiężnością już w podstawówce).

Sama przygoda jest wciągająca i zaskakująca, bardzo podobna zarówno do przygody w Metropolis, jak do wydarzeń w Pelikanii czy na Alasce. Scenariuszowe zagrywki zaś przypominają perypetie z pościgu za porywaczami księżniczki Malwiny. Jednym słowem – nic nowego u Kleksa i jego ludzkich opiekunów. Autorka dobrze znanej, lubianej i sentymentalnie bliskie sagi serwuje mi to, co zawsze, przygody, w których się zaczytywałem, które znałem na pamięć i które lubiłem.

Nie jestem więc w stanie jednoznacznie ocenić  – czy podoba mi się po latach odnaleziony, dawniej przeoczony brat albumów, które matka kupowała mi w dzieciństwie, czy też trafiłem na ciekawą przygodę, która mimo skierowania do czytelnika młodego, trafiła też do komiksowego pierdziela. Prawdopodobnie wskazówka przechyla się bardziej na pole odpowiedzi pierwszej.

Eksperyment więc muszę uznać z żalem za nierozstrzygnięty, gdyż założone parametry nie pozwoliły jednoznacznie odpowiedzieć na zadany problem. Po prostu lubię Kleksa. Po prostu to fajny komiks. W mojej opinii, z całym jej bagażem doświadczeń i genetycznych obciążeń.

Na marginesie tego tekstu muszę też przyznać, że przedstawiłem radosne trio córce. Zuza, zachęcona dużym sukcesem wspólnego czytania „Tej nocy dzika paprotka” chętnie zasiadła ze mną do albumu „Niech żyje wyobraźnia” i czytamy pierwsze, krótkie przygody wspólnie bardzo chętnie. Ją bawią oczywiście rzeczy inne. W pewnej mierze też bawi ją prawdopodobnie sam fakty czytania z ojcem tych jego komiksów, których setki zalegają sięgający od podłogi do sufitu regał. Po części jest to więc sympatia do nowych bohaterów, poznawanych stopniowo jak dawniej Włóczykij czy Migotka, mała baletnica Hela i jej przygody z Cukrową Wróżką i Królem Myszy, przeżywającego niesamowite perypetie Bilba, Thorina Dębowej Tarczy i ich kolegów, fantastyczne i mrożące krew w żyłach opowieści Kazimierza Górskiego z Afryki czy wreszcie mozolnie maszerującego Froda i przede wszystkim Golluma. Po części jest to zainteresowanie niezwykłymi przygodami atramentowego ducha. A po trosze dreszczyk dopuszczenia do nowego, niezwykłego świata, pełnego wspaniałych obrazów, w który może zagłębiać się sama, nawet bez czytania.

Które, nawiasem mówiąc, jest tylko kwestią czasu a dopuszczenie do skarbnicy komiksów ojca jest, jak się zdaje, dodatkowym bodźcem do zgłębiania tej wiedzy.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • Kumos

    Szarlotta nie ma lekko w tych czasach. http://www.edziecko.pl/rodzice/1,79361,14055009,Poczucie_humoru_ciezkie_jak_golonka_z_bigosem__czyli.html#Cuk Chętnie bym przeczytał, bo mam wrażenie że ten samy typ humoru co wyżej, zderzył się ze współczesnością.

    • Mam pięć Kleksów i Kubusia Piekielnego jakby co.

      • Kumos

        Mogą nie przeżyć mojej sześciolatki :-). Zakatowała mi już mi Asteriksy, Tintiny i inne francuskie, a teraz wzięła się za Fistaszki, bo za przykładem tatusia komiksy uwielbia.Nie będę ględził, że komiksów dla dzieci teraz nie ma, bo wszyscy to wiedzą, ale szlag mnie trafia jak widzę, że czyta Kacze Opowieści.

        • No właśnie zaczynają być. Polecam komiksy Samojlika, niedawno recenzowaną „Paprotkę”, jest też kilka innych. Coraz więcej.