92. Słowo na niedzielę po Festiwalu

Od ostatniego słowa minęło 13 miesięcy. W zasadzie nic dziwnego, bo nieco rozdrobniłem swoje aktywności pomiędzy różne projekty, w związku z czym przestało wystarczać mi zarówno czasu jak i pary na napinanie co tydzień głupiego felietonu, nie mówiąc o 2-3 notkach w tygodniu, jak to miało miejsce w najlepszych czasach tego bloga.

Postanowiłem jednak odgrzać sprawę i sam ze sobą się zmierzyć, z pobudek różnorakich. Wprawdzie nadal wytłaczam regularnie co tydzień audycję podcastową, ale reszta jakoś tak pokryła się kurzem – czy to teksty na Kulturze Liberalnej, dawniej co tydzień lub dwa, czy jakieś inne recenzje tu lub w innych miejscach.

Ponieważ po FKW tegorocznym przyniosłem trochę nowych rzeczy, to można spodziewać się pewnego ruchu. Taką mam nadzieję. Przez jakiś czas przynajmniej. I przedruków (śmiesznie brzmi to w dobie mediów elektronicznych) a to stąd, a to zowąd.

Po tym wstępie przejdę do sedna czyli wzmiankowanego Festiwalu Komiksowa Warszawa, który się w miniony weekend odbył w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W piątek chciałem nie iść, jak zawsze dzień przez jakimkolwiek konwentem mam depresję przedkonwentową i chcę nie iść. Musiałem jednak, bo miałem prowadzić w sobotę spotkanie z Brianem Bollandem i to mnie chyba zmotywowało ostatecznie. I jeśli mam być szczery, było to jedyne dzienne wydarzenie, w jakim wziąłem udział (oprócz postania odrobinę na stoisku „imperium timofa”), bo trochę czasu poświęciłem na wizytowanie sekcji książkowej z Żoną i Zu, a po spotkaniu z Bollandem pojechałem do domu odstawić samochód.

Wrażenie mam mieszane. Na pewno jest lepiej w stosunku do Festiwalu w piwnicy z zeszłego roku, bo dzięki umieszczeniu jednak NA targach, a nie pod targami, pojawiło się sporo różnych przypadkowych ludzi nie dających złamanego faka na komiks. Pojedyncze osoby jednak z tej grupy zainteresowały się, jak sympatyczna pani, która zastrzeliła nas dylematem „nigdy nie czytałam komiksów nie dla dzieci, co powinnam wziąć?”. Debatowaliśmy w czwórkę dobry kwadrans, w końcu pani usatysfakcjonowana dyskusją nabyła „Dziennik podróżny”. Mam nadzieję, że się nie zawiedzie.

Sam Festiwal zdawał się mały – nie było kilku wydawców, najbardziej zaskoczył mnie brak Hanami, reszta była ustawiona na stosunkowo małej przestrzeni, częściowo zajętej wystawą związaną z Thorgalem. Klasyczne dwa stoli do autografów i gigantyczna kolejka. Do tego sala Gagarina w której z wyżej umieszczonego wejścia było boleśnie widać, niczym w amfiteatrze,przytłaczające wręcz zainteresowanie większością spotkań. Jednym słowem – i dobrze, i trochę depresyjnie. Żeby sprawdzić, czy to wrażenie, czy przypadek, zabrałem w niedzielę dla odmiany Bruna na Festiwal, pochodziliśmy, pobawiliśmy się w darcie i zgniatanie reklamowych zakładek, odnieśliśmy porażkę w kwestii poszukiwania baloników i wyjechaliśmy.

Wcześniej jednak, w sobotę, zaliczyłem to, co zdaje się być kwintesencją konwentów, czyli wieczorne spotkanie towarzyskie przy alkoholu. Od razu przyznam się, że się spóźniłem na Bitwę Komiksową, bo musiałem położyć dzieci spać, a co więcej, w sumie nie interesowała mnie ona. Większość czasu spędziłem z piwem w ręku pod knajpą, bo tylko tam dało się gadać normalnie i w miarę akceptowalnie nagrywać. Pokłosiem było kolejne „Z dyktafonem wśród zwierząt” – chaotyczne jak nigdy – i dwa wywiady, jeden który zaczął się na poważnie, ale ani ja, ani respondent nie mieliśmy chyba już pary, żeby kontynuować na poważnie, a drugi odwrotnie, jak sądzę, ciekawy i rzeczowy. Wszystkie trzy nagrania spaprałem, bo grałem na nowym sprzęcie, na którym nie zdążyłem wykonać wszystkich testów, więc jest okrutny przester, który, jak to przester, software’owo usunąć się nie dał. Efekty zresztą będziecie mogli ocenić sami w K-poku.

Tym, co jeszcze mnie zasmuciło, była mała ilość interesujących mnie premier. Nie mówię, że nie było premier, albo, że nie było interesujących, ale dla mnie tym razem  – prawie nic. Z nowości wziąłem „Bicepsa” i „Om” Jaszcza, reszta to już premiery przedfestiwalowe albo w ogóle starocie – wszystkiego zresztą było w najlepszym przypadku połowę tego, co zawsze. O mizerii zakupów niech świadczy fakt, że cały towar nabyłem za kasę, uzyskaną z wyprzedaży po dychu jakichś komiksowych staroci, zalegających mi za regałem i z przekazania w ręce odbiorcy pierwszego egzemplarza CMD Omnibus.

Westch. Cieszę się, że spotkałem się z ludźmi. Bardzo tego potrzebowałem. Reszta, w sumie, była mi trochę obojętna. Jak sądzę, nadciąga wielkie zmęczenie konwentami i może się okazać, że za którymś razem będę miał ważniejsze rzeczy do roboty, żeby jechać do Warszawy albo tym bardziej do Łodzi. To, tak patrząc z boku, trochę jednak przykre. Bo na zloty podcasterskie tym bardziej mnie jakoś nie ciągnie.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba