Cyberdżoki, wilsony i brzytwy

Hasło „Neuromancer” mówi coś prawie każdemu, kto z literaturą fantastyczną coś miał wspólnego. Oczywiście mówiąc „literatura fantastyczna” nie mam na myśli opowieści dla nastolatek o brokatowych wampirach, ale raczej klasyczną, twardą fantastykę. Literaturę, znaczy się.

William Gibson jest ojcem cyberpunka. To truizm w zasadzie, ale w każdym calu na takie określenie zasługuje. Chociaż już wcześniej przed nim ludzie pisali i o komputerach, i o cyberprzestrzeni, i o upadku społeczeństw, to jednak on jako pierwszy ubrał wszystkie te zjawiska w jednolity, spójny, trzymający się kupy i wciągający świat i umieścił go w cyklu powieści nazywanym „Trylogia Ciągu”. Trylogia zresztą, jak sama nazwa wskazuje, składa się z trzech opowiadań i trzech powieści, skonstruowanych zresztą tak dobrze, że każdy element można czytać samodzielnie, w oderwaniu od pozostałych, bez żadnej koniecznej wiedzy. W dzisiejszych czasach takie trylogie już się nie zdarzają – przeważa schemat samodzielnego utworu, po którym następuje rozbita na dwie części kontynuacja – najbardziej oczywistym przykładem jest „Matrix” Wachowskich, nieco mniej jedynie oczywistym „Millenium” Larssona.

Na całość składają się opowiadania „Johnny Mnemonic” (zekranizowane potem w mocno zmienionej formie z udziałem Keanu Reevesa i Dolpha Lundgrena), „New Rose Hotel” oraz „Paląc Chrom” (wszystkie napisane w latach 81-82), niejako preludium dla trylogii powieściowej: „Neuromancer” – bez wątpienia najsłynniejsza powieść, ikona i kamień węgielny cyberpunka, „Graf Zero” oraz „Mona Liza Turbo” (cykl powstał w latach 86-88).

Trzeba szczerze przyznać, że jak na dzisiejsze czasy jest „Trylogia Ciągu” zaledwie średnio cyberpunkowa. Ma cały, absolutnie cały niezbędny sztafaż, jest on jednak bardzo pierwotny. Wprawdzie wszczepy w postaci brzytew w paznokciach, kamer w oczach czy gniazd, pozwalających sterować myśliwcem są jak najbardziej na miejscu, jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałby dzisiaj o poruszaniu się w cyberprzestrzeni przy pomocy klawiatury. Tym bardziej przy użyciu elektrod, skoro i tak co drugi śmieć ma gniazdo wszczepione w mózg. Zresztą nawet nie pierwotność i prostota (sama w sobie genialna i odkrywcza) tych elementów rzuca się najbardziej w oczy. Cyberpunk Gibsona jest bardzo oszczędny w efekty. Są to raczej świetnie napisane książki sensacyjne, podkolorowane niejako dodatkowo socjologią, cybernetyką i siecią.

I chyba w tym faktycznie tkwi ich siła. W czasach postmatrixowskich, w dobie, gdy gra RPG „Cyberpunk 2020” to ramota, kiedy cyberprzestrzeń i „cyberdeki” mamy na miejscu, a kowboje i wilsoni zmienili się po prostu w hackerów i dzieci neostrady, te książki nie stały się ramotami. Tak samo, jak nadal trzyma się kupy cała technologia, którą na Wyspie Lincolna wyprodukowali Inżynier ze swoją wesołą kompanią, tak i dziś designerski deck Jammera czy lustrzanki Molly są jak najbardziej na miejscu. Ot, po prostu, te teksty są mniej widowiskowe, nadrabiając oszczędność (pozorną, bo oszczędną tylko dla odbiorcy dzisiejszego, XXI wiecznego; czytelnicy współcześni autorowi musieli być bardziej zaskoczeni) treścią.

W „Trylogii Ciągu” jest bowiem wszystko, co można by wymyślić. No, może z wyjątkiem kratownicy macierzy, którą w prymitywnej formie mogliśmy podziwiać w pierwszym „Tronie”. Sama nazwa „matrix” pochodzi właśnie z Gibsonowej prozy. Pomysł (w mandze, to prawda, jeden w wielu wątków), który jest osią wydarzeń słynnego cyberpunkowego anime „Ghost in the shell” w reżyserii Mamoru Oshii z 1995 roku czyli połączenie umysłu człowieka i programu sztucznej inteligencji. Angela Mitchell stała się protoplastką wielu postaci, także w prozie rodzimej. Mógłbym wyliczać, ale trochę szkoda psuć zabawę tym, którzy nie czytali Gibsona.

Ciekawostką jest to, że dzięki zupełnie niezależnej od siebie konstrukcji powieści, o której wspominałem wcześniej, można czytać je w dowolnej kolejności. Sam przeczytałem najpierw „Monę Lizę Turbo”, a dopiero w jakiś czas potem „Grafa Zero”, co skutkowało niezwykłym i dużo według mnie ciekawszym odkrywaniem „originu” postaci, które już dobrze znałem. Ich historii mogłem domyśleć się z informacji podanych w trzeciej części, a dowiadywanie się ich „na nowo” przy lekturze zaległego fragmentu układanki to była prawdziwa zabawa. Gibson zresztą jest mistrzem świata w lakonicznym wrzucaniu niezwykle ważnych (chociaż często nieistotnych dla akcji) informacji, jak chociażby scena, w której pada stwierdzenie „Arabowie robili świetne limuzyny, gdy jeszcze mieli pieniądze” – najwyższa półka wprowadzania świata przedstawionego w sposób nienachalny.

W dzisiejszych czasach, gdy powstają potworki pokroju „Battleship”, gdzie fabuła sprowadza się do „obcy napadają okręt, jest dużo wybuchów” warto każdemu fanowi gatunku i jego odprysków polecić pierwszą lub ponowną lekturę Gibsona. W zalewie słabujących produkcyjniaków ratujących się cybernetycznyno-wirtualnymi cyckami pokroju drugiego „Matrixa” warto wiedzieć, jak wygląda dobra literatura.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba