Nie było Teleranka

Czekałem na drugi tom Marzi długo i wytrwale, bo pierwszy bardzo mi się spodobał. Cierpliwie czekałem na wydanie czwartego oryginału, potem na poprzesuwane terminy, aż w końcu położyłem łapy.

No i nie wiem teraz.

Znaczy, no wiem… Jestem trochę zawiedziony. Stanowczo z ostatnio czytanych komiksów o życiu dziewczyn bardziej podeszła mi trzecia Lou! o której przy innej okazji.

Sowa pisze swój komiks konsekwentnie i to trochę właśnie mnie w nim zawiodło. Bo, tak naprawdę, nihil novi w tym tomie.

Ot, mała rezolutna Marzi nadal przeżywa swoje dziecinne przygody, które są tak samo słodkie i urocze i tak samo ślicznie zilustrowane jak poprzednio, ale ta forma nie zachwyca już swoją nowością. Opowieść o dzieciństwie to tylko kolejne jej epizody – nie ma już elementu nowości przy wejściu w świat małej dziewczynki, jaki towarzyszył mi przy pierwszej okazji. Inna sprawa, że zestawiłem to z inną dziewczyńską opowieścią zamiast, jak poprzednio, z biografią chłopca – tamten kontekst i kontrast chyba pomógł mi uwypuklić to, co mnie w Dzieci i ryby głosu nie mają najbardziej urzekło.

Nadal są obecne dobre wstawki o życiu w ubiegłej epoce, ale już tak nie chwytają za serce – dużo tego jakoś się narobiło w minionym roku i takie wspominkowe, sentymentalne tony są oczywiście nadal fajne, ale już też muszę odmówić im świeżości.

Tym bardziej, że z biografii zabarwionej historią, Sowa przerzuca się coraz bardziej na sentymentalizm i obyczajówkę. Widać chociażby eskalację krytyki w stosunku do matki i bardzo uwielbieńczy stosunek do ojca. Oczywiście w jakimś stopniu taka idealizacja wzorca męskiego jest chyba właściwa małym kobietkom (moja na razie jest za mała, żeby swoje oddanie wyrażać inaczej niż mocnym ściskaniem za szyję i wparowywaniem do przedpokoju gdy wracam z pracy).

Z matką jednak to coś innego – gdyby to była opowieść stricte fikcyjna to chyba bym to łyknął, ale chwilami zastanawiałem się, czy takie silne odbrązawianie własnego rodzica jest na miejscu. Pierwszy zwrócił na to uwagę dawno temu Jerzy Szyłak (do czego to doszło, że na niego się akurat powołuję, świat się wali, hehe). Wtedy miałem wrażenie, że przerysowuje swoje opinie i doszukuje się rzeczy, których w komiksie nie ma – teraz jednak ten konflikt, potępienie zachowań matki i żałosna próba skontrowania tego chęcią miłości (w zasadzie „żałosna” w sensie „pełna żalu”, nie zaś „beznadziejna”) wyraźnie wpisują się we wzorzec, który nakreślił.

Nadal ciekawe są oczywiście wyprawy na wieś, opowieści o koleżankach i małe radości i dramaty, ale to, jak pisałem wyżej, nic nowego – już to przerabialiśmy, a po serii biograficznych komiksów o naszym pokoleniu – ten temat trochę mniej budzi emocji niż przed rokiem.

To dobry komiks, oczywiście, i kupię też kolejny tom. Bo kiedyś Zu być może nauczy się z niego trochę naszej historii i może sięgnie po rzeczy ambitniejsze, a i ja sam nadal z przyjemnością podziwiam rysunki Sylvaina. Ale to nie to, co debiutancki album.


Marzi: hałasy dużych miast
Scenariusz Marzena Sowa
Rysunki: Sylvain Savoya
Objętość: 96 stron
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,00 zł
Papier: offset

Wydawca: Egmont

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • au

    odwołanie do Szyłaka istotnie ryzykowne. chciałem sobie odświeżyć tę dyskusję, ale odpusciłem po „oczach małego matoła”. swoją droga robienie zarzutu scenarzystce z tego jak rysownik postać przedstawia? bez sensu. nowej Marzi jeszcze nie łyknąłem- niby łykam wszystko co nostalgiczne i prlowskie teraz. „listy z prlu” teraz mi w ręce wpadły i coś co się nazywa jakoś „ballada o okaloczonym miescie” czy jakos tak. stałem nad tym pół godziny w księgarni jak pies przed mięsnym.

  • Pingback: Inwazja pożeraczy mam – Gniazdo Światów – Bartek Biedrzycki()