Wczesnowieczorne rozważania

Kiedy byłem mały, moją wyobraźnię rozpalali wspaniali faceci, ubrani w wielkie kapelusze, galopujący na spienianych koniach przez srebrzysty wieczorny ekran czarno-białego Neptuna. Robert Mitchum, John Wayne, Yull Brynner czy Clint Eastwood z Gregorym Peckiem pod ramię w samo południe przekraczali w bród Rzekę Czerwoną, aby zdążyć na pociąg o 15:10 do Yumy, którym jechali wprowadzać prawo na zachód od Pecos.

Pomyślałem sobie, że taki pierwszy akapit będzie całkiem niezły, żeby zacząć wpis. Szczerze mówiąc, przez dłuższą chwilę byłem nawet całkiem przekonany, że jest to świetny wręcz akapit, aby rzeczony wpis rozpocząć.

Problem pojawił się, kiedy okazało się, że po sformowaniu dwóch powyższych zdań otwierających dzisiejszą notatkę nie pozostało nic z owego zdradliwego zjawiska, które raz jest, raz go nie ma. Bo w jaki niby sposób miałbym kontynuować ten wpis? Dzieląc się z wami swoimi idolami z lat wczesnych?

Kogo zainteresuje, że z zapartym tchem zaczytywałem się w przygodach pewnego kapitana milicji obywatelskiej, ale nierzadko bardziej jeszcze interesowany mnie losy skromnego marynarza, który odszedł po cichu, uratowawszy wcześniej trójkę dzieci z pożaru, a dopiero gdy odnalazła go wdzięczna ich matka udało się tego bohaterskiego chłopaka odznaczyć orderem Za ofiarność i odwagę?

Jednocześnie bawiły mnie niezwykłe przygody pewnego zapasionego woja i jego małego kumpla, który miał taką samą szopę jak drugi, zagraniczny mąż mojej babci.

No, a potem, jak już byłem nastolatkiem, to był ten taki koleżka w płaszczu i w kapturze z uszami i tak mi zostało.

Ale jaki sens miałoby zagłębianie się w takie sprawy? Nie jestem na tyle znaną microcelebrity, żeby kogoś poza najbliższą grupą znajomych mających mnie w agregatorze obeszły takie wspominki. Może pewnego byłego redaktora pewnego portalu zaciekawiłyby jako pokłosie jego narzekań na brak wyliczanki w drugim tomie trylogii pewnego popularnego rodzimego twórcy komiksów. A może nie, bo sam sobie zrobił takie podsumowanie na pewnym podrzędnym, acz uznawanym w pewnych kręgach za opiniotwórczy blogu.

Może więc skorzystam z tego, że, korzystając z przypływu weny kulinarnej, objawiającej się zmieszaniem sera typu feta z małżami z puszki (bo ośmiornica z puszki już wyszła), a rykoszetem uderzającej w inne regiony, stworzyłem limeryk. Daleko mi do mistrza Leara, którego kilkadziesiąt limeryków cytuję z biegu z pamięci, ale zawsze warto spróbować.

Zadzwonił do domofonu
Pewien facet – kurier z Avonu.
I wniósł mi przez drzwi
pudła duże trzy.
To się zdarza, od wielkiego dzwonu.

Nie jest to pierwszy, jaki w życiu popełniłem, ale tego o generale z Bagdadu nie przytoczę. Za to pozwolę sobie was jeszcze chwilę (ciebie? zdaje się, że użycie liczby mnogiej może być nadużyciem) pomęczyć innym, także niedawnym wykwitem poetyckim, godnym pewnego relaxowego bohatera, na którego koledzy, z racji nikczemnej postury wołali Konus.

Był jeden człowiek w Bahrajnie,
co jeździł wciąż na kombajnie.
Gdy skończyło się zboże,
on wyjechał za morze
i tam dalej żył jednostajnie.

Ja bym tak mógł dalej. Mam na myśli, wypisywanie takich bredni. Jakiś czas temu pracowałem nad wpisem o blogolansie, który uprawiają niektórzy z moich znajomych. Blog jest trybuną tworzenia własnego imidżu (bo nie imażu przecież, że zacytuję tu mego długoletniego kolegę, który nawet mnie nie powiadomił ostatnio, że robi imprezę urodzinową), wpajania masie własnego wizerunku i wskazywania, kim chcemy się wydawać. Zabawa tyleż pocieszna co pracochłonna i bezowocna zwykle.

Wpisu nie skończyłem, bo uznałem, że jest pozbawiony sensu. Wniosek wysnułem jeden – o czym miałbym niby ja pisać w kontekście lansu? O składaniu kolejnego numeru pisemka, które czyta poniżej 200 osób, a emocjonuje się nim kolejna przypadkowa garstka, która nawet czytać go nie chce?

Czy o tym, że od kilku lat pracuję nad scenariuszem, którego nikt nie chce zilustrować i nad opowiadaniem, bardzo długim, w zasadzie mikropowieścią, która po pierwsze jest w obcym języku, a po drugie jest tak dziwna, że raczej nikt jej nigdy nie przeczyta? Pomijając fakt, że jej ukończenie od dwóch lata wydaje się coraz bardziej wątpliwe?

Takie wieczorne przemyślenia nachodzą przedstawiciela polskiej klasy średniej, specjalistę, członka kadry kierwoniczej średniego stopnia w wielkim międzynarodowym korpo, człowieka tyleż sympatycznego co dziwnego, mówiącego do ludzi z ledwo wyczuwalną nutką pogardy, obrazowaną przez użycie całej masy zbędnych specjalistycznych słów z dziedziny informatyki. Pogardy, dodajmy, na tyle prawdziwej na ile dana osoba czuje się niepewnie w temacie bycia kompletnie nieobytym z podstawowym narzędziem swojej pracy, co albo skrzętnie ukrywa, albo ostentacyjnie się z tym afiszuje, wychodząc z założenia, że jeśli zadeklaruje idioctwo, to ktoś z grzeczności zaprzeczy i będzie pobłażliwy.

A wiecie, że przez przypadek napisałem ten wpis nie na tym blogu, co trzeba? Zorientowałem się w ostatniej chwili i przekeleiłem. Tak to jest, jak się prowadzi naraz kilkanaście stron. I kto tu mówi o komputerowym idioctwie…

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba

  • zapodaj fragmenty tego wpisu o lansie.

  • Skasowałem ten wpis, bo mnie draft wkurzał na dashboardzie. Nie trzymam rzeczy blogowych w zewnętrznych plikach.

  • szkoda. lubię takie środowiskowe przepychanki.

  • Ale tam nie było nic personalnego. Było tylko o zjawisku blogolansu jako takim, bez wskazywania konkretnych, nazwanych przypadków.

    Ja wolę klasyczne, forumowe flamewary, niż blogowe stukanie :D