Thorgala Szkalowanie

Czytelnik “Thorgala” w Polsce to taki typ, który od trzydziestu lat udaje, że nie czyta komiksów, tylko “sagę”. Saga! Brzmi poważnie, jakby to był co najmniej epos, a nie pseudonordycki “Klan” z gościem w futrze i jego dzieciakami. Oni serio wierzą, że jak postawią “Thorgala” na półce obok Norwida, to im się poziom testosteronu i IQ podniesie jednocześnie. Prowadzą dyskusje o sztuce, przeciwstawiając sobie różne okresy w twórczości Rosińskiego i skacząć sobie do gardeł na “najważniejszej polskiej grupie komiksowej na fb” w obronie a to lineartu a to malarskiego ekspresjonizmu. Jak któryś ma ochotę na przygodę życia, to bąknie coś o istnieniu innych rysowników w jednej z pół tuzina istniejących dotąd serii pobocznych.

A potem i tak wracają do ulubionego tomu, w którym Thorgal znowu ratuje któreś swoje dziecko, podrywa jakąś nimfomankę, cofa się w czasie biegając po górach albo leci do Ameryki balonem. To nie saga, to serial familijny wikingów – tylko bez dźwięku śmiechu w tle.

Najśmieszniejsze jest to ich kolekcjonerstwo. Egmont mógłby wydać Thorgala na papierze toaletowym z nadrukiem Aaricii i sprzedawać za pięć stów – a oni by kupili dwie rolki: jedną do używania, drugą “do kolekcji”. Tą pierwszą by potem wyprali i sprzedali na Allegro. Połowa katalogu Egmontu to kolejne wydania, spin-offy, prequele, sidequele, sequele i szrapnele “Thorgala”, ale typiarze zamiast wkurzyć się, że płacą za recykling, to jeszcze biją brawo: “Panowie, genialne posunięcie, jeszcze ośmiotomowy spin-off o młodości babki sąsiada naszego polskiego wikinga!”. Maszynka do nabijania sakwy.

Mokry sen czytelnika “Thorgala” to kolejna wpadka na okładce, jakieś nowe “Oczyczy Tanatloca” albo nie przymierzając “Tatarcza Thorara”, która zostanie wycofana z rynku natychmiast po tym, jak wszyscy kolekcjonerzy-podjary zdążą kupić przypadkiem po pięć sztuk, żeby gniło w piwnicy, bo przecież nawet na OLX żaden matoł tego nie odkupi za ośmiokrotność okładkowej.

Nie zapominajmy, że Egmont nie ma wyłączności na przedrukowywanie tego do upadłego, bo przecież jeszcze są kolekcje prasowe i cała reszta. A poza tym… Zwykłe wydanie jednakowoż jest dla kolekcjonerskiego plebsu i nie ma się co nim chwalić. Dla prawdziwych true radical hools wielbicieli kudłatego kosmity za biedne. Musi być “limitka” od Polish Comics Art, koniecznie wieksza o 2 cm w pionie od Egmontu i z dodatkowym rysunkiem kamienia na wyklejce – tego, którego nikt nie zauważył w tle na plaży w albumie “Alinoe”. A to w wersji trzy stówy za zeszyt (1200 za wydanie zbiorcze, tom pierwszy z wielu). Jest jeszcze opcja z plakatem A4 i rysunkiem toporka metaliczną farbą, ale to już jest opcja za siedem stów (za zeszyt, wydania zbiorcze tylko na licytacji w Desa Unicum, vadium 10.000).

A fabuła? Dajcie spokój. Ona się skończyła mniej więcej wtedy, gdy w Polsce skończył się PRL. I wszyscy o tym dobrze wiecie, nie mydlcie mi tu oczy “Ofiarą”. Od dawna nikogo nie obchodzi historia, bo wszyscy i tak kupują to dla kobiecych postaci. Kriss de Valnor to ich osobista playmate z czasów, gdy w kioskach obok “Thorgala” leżał jeszcze “Relax”, “Cats” i gumy Turbo. To nie fantasy, to soft-porno w futrze – z tym, że rozciągnięte na kilkadziesiąt tomów.

A do tego jeszcze ta narodowa schizofrenia: Polacy twierdzą, że “Thorgal” to polski komiks. Bo przecież Grzegorz Rosiński rysował, więc to nasza duma! Belgijski scenarzysta? Skandynawski setting? Oryginał po francusku? Nieważne. W polskiej logice to bardziej nasze niż bigos i papież razem wzięci. Thorgal jest dla nas jak “Małysz” komiksów – niby nie nasz pomysł, ale będziemy się tym chwalić, jakbyśmy sami wymyślili całe fantasy, mitologię nordycką, space operę i posiadanie dzieci.

I w tym cały fenomen: czytelnik “Thorgala” potrafi wydać kwartalną pensję na pięć wersji tego samego albumu, żeby potem godzinami dyskutować, czy Aaricia była za miękka czy za twarda. Oni naprawdę myślą, że uczestniczą w kulturze wysokiej, że są ponad Marvelami i DC. A tak naprawdę to grupa dorosłych ludzi, którzy patrzą na narysowaną blondynkę od czterdziestu lat i płaczą, że Egmont znowu wydał spin-off. To nie jest pasja. To jest sekta. Sekta świętego Aegirssona, patrona drenowanych portfeli.

PS. Kupię “Łuczników” w miękkiej w rozsądnej cenie.

Avatar photo

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...

6 komentarzy

  1. Mój stary jest fanatykiem Thorgala. Pół mieszkania zajebane wydaniami Egmontu, Polish Comic Art, Hachette – na półkach, w szafach, pod łóżkiem. W piwnicy kartony po bananach, a w nich duble i tryple z Orbity, bo “to z innej serii, nie to samo wydanie”. Do tego Relaxy. Średnio raz w miesiącu kupuje nowe ekskluzywne wydanie zbiorcze Polish Comic Art za tysiąc pięćset i się jara, że “wreszcie format europejski, a nie to gówno z kiosku”.
    Na każdej rodzinnej imprezie tylko Thorgal. Wujek pyta o zdrowie – a on już się odpala, że “to nie jest francuski komiks, ale nasz, bo Rosiński”, i wyciąga z torby wydanie limitowane z certyfikatem, żeby pokazać dodatkowy rysnek z kamieniem na plaży i toporkiem. Jak babcia pyta, co słychać u dzieci, to stary zamiast odpowiedzieć, tłumaczy, czemu spin-off o Kriss de Valnor to “ważny wkład w uniwersum” i zaczyna pierdololo o audiobookach. Kurwa, normalnie wstyd się przyznać znajomym.
    Jak przychodzi kurier z paczką, to on drze ryja: “To przyszło! To przyszło!” i odpierdala rytuał rozpakowywania przy stole w salonie. Wszyscy muszą patrzeć, jak zdejmuje folię z albumu, wącha papier i porównuje grzbiet z poprzednimi wydaniami. Potem odkłada na półkę i już nigdy nie otwiera. Czyta? A gdzie tam! On nie czyta, on kolekcjonuje. Treść zna na pamięć, bo ma wszystkie wersje od Orbity, przez „Wyspę lododowych mórz” z Egmontu po kioskowe Hachette. Kiedyś przyszli znajomi, chciałem pograć z nimi na próbę w tę grę z Thorgalem. Ojciec o mało zawału nie dostał jak zobaczył, że wyjąłem to z pudełka, bo to unikat kolekcjonerski i na pewno zniszczę.
    Najgorsze są wakacje. Ludzie jeżdżą nad morze, w góry, a my do Warszawy na targi komiksowe, żeby stary mógł kupić tom Thorgala w pierwszym wydaniu. i jeszcze innym formacie. Wracamy pociągiem, a on trzyma to niezwykłe wydanie na kolanach jak relikwię. Całe życie rozjebane przez Thorgala. Nawet w grobie sobie kazał zostawić miejsce, żeby ktoś mu po śmierci dopchnął ostatnie wydanie zbiorcze PCA, bo “kolekcja musi być kompletna”.

  2. au pisze:

    Thorgal skończył się na Kill’em All

  3. kar pisze:

    Strasznym hejtem zajechało. Oddychaj człowieku. Na innej stronie napisałeś, że każdy lubi to, co lubi i ma do tego prawo. A tutaj co? Oj, cos chyba nie zagrało, bo jak się czyta „Thorgala szkalowanie”, to tak to wszystko jadem i żółcią ocieka, że przykro patrzeć.

  4. DoktorNo pisze:

    Żarty żartami, ale „Thorgal” to komiksowa seria zombi od ponad 20 lat. Klasyczny przykład na to jak fajnie zacząć, znakomicie rozwinąć się (cały „arc” „Kraina Qa” to znakomity egzotyczny quest połączony z zamknięciem wątków „Gwiezdnego Dziecka”) i nie mieć pomysłu na koniec.

    • Myślę, że tu jak zwykle zagrał biznes. Po co ubijać złoty interes, skoro można go nie ubić? Trudno orzec, czy to wydawnictwo, czy oryginalni twórcy początkowo chcieli, ale pewnie żaden z nich na brak kasy nie marudził, a i tantiemy z dodruków robią swoje. A potem wszedł biznes, uniwersum i cała reszta i to już było zesranko trochę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mastodon