あの日にかえりたい

Przewidywany czas czytania: 3 m

Skończyłem oglądać telewizyjną adaptację Kimagure Orange Road. Z komiksem utknąłem, już dawno, mniej więcej w połowie trzeciego omnibusa, czyli nieco przed połową całości. Chwilę to trwało, bo prawie dwa lata — w każdym razie w folderze roboczym znalazłem zrzut ekrany z pilota, datowany na październik 2023.

To dość długo, zważywszy, że to raptem 48 odcinków, po 25 minut każdy (i nie cackają się, czołówki i tyłówki mają po bite półtorej minuty), a do tego nieco ponadgodzinny film pełnometrażowy. Ten film zresztą robi za taki przedłużony finał, bo w samym serialu próżno szukać domknięcia wątków. Podwójny odcinek 47-48 wywraca status quo i stawia naszych bohaterów w nowych pozycjach, ale nie rozwiązuje niczego. Dopiero „Chcę wrócić do tamtego dnia” pokazuje, co się ostatecznie stało z trójkątem miłosnym Kyosukego, Madoki i Hikaru.

Poprzedni raz obejrzałem cala serię prawie ćwierć wieku temu, tuż przed pójściem do wojska. Zostało mi kilka tygodni, pracowałem na noc, a za dnia połykałem kolejne odcinki. Wcześniej, w liceum, widziałem tylko część z nich na wielokrotnie kopiowanej taśmie VHS, której pierwsza kopia dotarła do Warszawy z Kalifornii. Takie to były czasy. W tamtych dniach — licealnych – byłem zainwestowany emocjonalnie w dwie japońskie serie. Pierwszą z nich było „Maison Ikkoku” Rumiko Takahashi, drugą natomiast „KOR” właśnie. Do obu przyciągnęły mnie postaci głównych bohaterów — jełopów o dobrym sercu, którzy wiecznie pakują się w kłopoty przez swój charakter bądź w wyniku pecha. Było nam dobrze po drodze, aż nadszedł taki czas, że oni się ustatkowali i ja się ustatkowałem. Jak Godai założyłem rodzinę i świat potoczył się nowym torem.

Kimagure Orange Road – Kasuga się zastanawia i jak zawsze, nie może się zdecydować.

あの日にかえりたい, tytuł KOR-owej kinówki, to także tytuł popularnej japońskiej popowej piosenki. Wszedł do kultury masowej na tyle, że jako wyrażenie oznacza nostalgię i tęsknotę za przeszłością. Coś jak nasze „to se ne vrati” – które wcale nie jest „nasze”. I nie jest odkryciem, że oglądamy seanse naszej młodości i czytamy lektury naszego dzieciństwa, bo brak nam czegoś, co wtedy mieliśmy. Świat był inny, nawet jeśli był wielki i straszny, przerastał nas czasem, to jednak skala tego wszystkiego była inna. I zawsze za naszymi plecami stał ktoś, kto położył rękę na ramieniu i tak zrobił, żeby było dobrze.

Dzisiaj to my stoimy z tyłu i kładziemy komuś uspokajającym gestem dłoń na ramieniu. Teraz dopiero rozumiemy, ile trudu i pracy trzeba włożyć w to, żeby było dobrze. Wiemy też, że nie wszystko zawsze się udaje. Żeby złapać oddech, musimy czasem sięgnąć do popkultury naszej młodości. Ale, podkradając cytat z innego licealnego seansu, nie jesteśmy już dziećmi i nie kroczymy ścieżkami dzieciństwa.

Nadal jednak seriale z lat 80. wchodzą mi dużo lepiej niż współczesne. A perypetie Kyosuke, Madoki i całej reszty bandy są najzwyczajniej w świecie świetną rozrywką. Ayukawa, często uznawana za pierwszą pełnoprawną postać tsundere jest przykładem ciekawego, klasycznego rozwoju tego typu postaci. A mając też możliwość zapoznania się z małą i wczesnonastoletnią wersją tej postaci dostajemy niezły zestaw. Trzpiotowata, postrzelona Hikaru, o której pisałem nieco niedawno, przechodzi mniejsze zmiany; jest w pewien sposób lustrem dla starszej przyjaciółki.

No i sam Kasuga, chłopak, którego jedyny grzechem jest to, że jest miękką fają i zbyt rzadko potrafi postawić na swoim… Do tego plejada postaci drugoplanowych. Młodsze siostry-bliźniaczki, zboczeni kumple, postrzelone kuzynostwo, spasiony kot, dziadek i babcia czy właściciel kafejki ABCB. Wszyscy oni sprawiają, że Kimagure Orange Road to żywy, barwny wciągający obraz społecznego krajobrazu tamtych czasów. Serial, przy którym głównie się śmiałem, ale kilka razy także autentycznie wzruszyłem. I poczułem się jak w domu.

Łatwo poddać się takim uczuciom. Lubimy. Ja nawet dopiero co, tej wiosny, napisałem zbiór opowiadań w takich klimatach. Także z trójkątem przyjaciół, chociaż nie miłosnym. Wcześniej zresztą już także mierzyłem się z tym tematem w moim podcaście K-Pok. Ale… Fajnie jest czasem pooglądać i wrócić do siebie. Bo tutaj, teraz, mimo że jest czasem ciężko, to też przecież dzieje się mnóstwo świetnych rzeczy!

Avatar photo

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Bartek Biedrzycki,