TKR – 028 – Absolute Batman: The ZOO

Przyzwoita rzemieślnicza robota.

Prawa autorskie – Bartek Biedrzycki

Poniżej znajduje się surowa, maszynowa transkrypcja audycji:

Linia Absolute to jest taki Ultimate z DC, czyli bierzemy znanego bohatera i robimy go inaczej. I to nie jest nic nowego, dlatego że DC od dekad dosłownie publikowało coś co nazywało się Elseworlds. Ja jestem ogromnym fanem Elseworldu i powiedzmy to otwarcie – jestem tak ogromnym fanem Elseworldu, że w zasadzie jeśli chodzi o Batmana to na pierwszym miejscu jest run Grant-Breyfogle (z oczywistych względów, nie zapraszam do dyskusji), a potem są wszelkiej maści Elseworldy. Uwielbiam Elseworldy, uwielbiam retellingi batmańskich mitów na różne sposoby. Mam ich całą masę. Nie wiem czy stanowią połowę mojej kolekcji, raczej nie, bo mam tych Batmanów bardzo dużo. Ale mam prawie wszystkie Elseworldy jakie wyszły z Batmanem. Więc jestem wielkim fanem.

I należałoby się spodziewać, że w związku z tym będę też fanem linii Absolute, przynajmniej jeśli chodzi o Batmana. I muszę przyznać, że jest parę rzeczy w tej wersji, którą dostarczyli Snyder i Dragotta, które mi się podobają. The ZOO, czyli ten otwiercający trade paperback, ten story arc, to jest takie absolutowe Year One. Opowiada o tym skąd się wziął Batman i jak się pojawił i w ogóle co tam się dzieje. Wszystko jest postawione na głowie, będzie trochę spoilerów. Między innymi są ci, którzy ich znamy jako złoczyńców, a tutaj nagle są kumplami Bruce’a. Wyjątkiem jest Selina, która jest chyba pożyczona trochę z serialu Gotham, tego telewizyjnego. Mam wrażenie, że tam nikt się nie bawił w subtelności. I to wszystko jest odpowiedziane od nowa, ale jest odpowiedziane od nowa tak jak już było opowiadane na różne sposoby, nie tylko w Elseworldach.

Batman był resetowany raz, drugi, kolejny, więc nie ma tu zaskoczeń. Ta seria, kiedy zaczęła wychodzić, narobiła sporo szumu, bo pokazali kilka takich ostro przepompowanych grafik. Rzeczywiście, Batman absolutowy kojarzy mi się przede wszystkim projektem Bruce’a Wayne’a, a nie samego Batmana. Batmana w drugiej kolejności z tym, co mają do zaoferowania Japończycy. Batman tam jest taki potężny, wielki. Przypominają mi się takie produkcje jak JoJo albo Bucky. Ale też Bruce Wayne jest taki trochę mangowy, nie ma w sobie coś takiego miękkiego i delikatnego. Bardzo to pasuje do tego wszystkiego. Tych momentów z przepowerowaniem, z tym takim groteskowym przerośnictwem masy i całej reszty nie ma zresztą aż tak dużo.

Poza tym, kiedy czyta się sam komiks, to ma się wrażenie, że wszystkie te grafiki co narobiły hałasu zostały dobrane do mediów społecznościowych specjalnie, żeby wywołać trochę szumu. To jest naturalna praktyka. Widywałem bardziej groteskowe Elseworldy. Najlepszym przykładem jest to, jak Batmana rysował Kelley Jones. Najlepsza rzecz spod jego ręki, którą mam, to jest trylogia Batman Vampire, zaczynająca się od Red Rain. Polscy czytelnicy mieli okazję widzieć go chociażby na okładkach do Knightfallu w latach 90. i potem przez kilka numerów rysował też środki. Dragotta robił takie wrażenie na materiałach promocyjnych. W środku jest to całkiem fajne, przyjazne, przyjemne. Nie jest jakieś bardzo dziwne. Nie ma dużego problemu ze zidentyfikowaniem wszystkich, którzy pojawiają się w trochę innych niż zwykle rolach. Selina jest bardzo selinowa.

Matka Brusa jest trochę… mam taki rozmarszcz, jaki był z Marisą Tomei. Jest młodsza niż byśmy się spodziewali, ale z drugiej strony minęło sporo czasu i nie oczekujmy też, że kobieta, która prawdopodobnie jest przed pięćdziesiątką, będzie wyglądała jak ciotka May z ejtisowych komiksów ze Spidermanem, prawda? Natomiast jeśli chodzi o wszystko inne, no bo tak, grafa jest spoko, retelling jest nieodkrywczy zupełnie, ale nie oszukujmy się, to jest taki Elseworld, który ma dziać się w Batmanowie. To nie jest Elseworld, który dzieje się w zamku Frankensteina, w pracowni Leonarda Da Vinci, czy na Dzikim Zachodzie, albo w knajpie należącej do Ala Capone. To jest retelling współczesny, więc wszystko to musi być z grubsza współczesne. Mamy znajome gęby, bo musimy mieć znajome gęby. Są trochę poprzeprojektowywani. Bullock wygląda na przykład zupełnie inaczej, Jim Gordon w ogóle nie wygląda inaczej. I właśnie o to chodzi. To jest taka historia jakich wiele. Snyder nie wymyśla koła od nowa, Snyder nawet nie próbuje zrobić tego koła kwadratowego i jeździć na nim, po prostu pisze kolejny raz historię o tym, że jest jakiś gang, organizacja, mnóstwo ludzi, którzy demolują wszystko, robią coś, próbują świat podpalić i za nimi ktoś stoi i to jest tyle.

Więc na pewno jest to rzecz, którą przeczytałem z dużo większą przyjemnością niż współczesne komiksy, po które zdarza mi się sięgać, chociażby recenzowane na tych łamach With Great Power i parę innych rzeczy, ale jest to tylko porządna rzemieślnicza robota. Chociaż bądźmy szczerzy, mam wrażenie, że przy tym wszystkim co dzieje się w komiksie amerykańskim, porządna rzemieślnicza robota to jest coś, czego powinniśmy mieć dużo, dużo więcej. I być może gdyby wszystko było po prostu porządną rzemieślniczą robotą, to ludzie czytaliby komiksy. Być może ja czytałbym dwudziestopierwszowieczne komiksy.

Muszę przyznać, że sięgnąłem też po tych alternatywnych X-Menów, których robi Peach Momoko i tam generalnie rzecz biorąc wymiękłem. Próbowałem przebrać przez dwa czy trzy numery, a potem zacząłem po prostu to tak kartkować i patrzeć co tam się dzieje i ogólnie rzecz biorąc – nie. Więc być może Snyder miał lepszy pomysł, a być może po prostu ja… Nie, no zaraz, ja bardzo lubię X-Menów, strasznie lubię X-Menów. Jak się dowiedziałem, że ma wyjść X-Men Elsewhen, to bardzo się ucieszyłem.

Tak, że jakby tak, potrzeba nam więcej zwykłej, porządnej rzemieślniczej roboty. Absolute Batman w żadnym wypadku nie jest żadnym objawieniem. To jest po prostu dobry, porządnie przygotowany Elseworld bez większych ambicji. Nie ma co stawiać mu piedestału, ale kuriozalnie właśnie dlatego może się dobrze sprzedać. Zobaczymy co dalej. Na razie wciągnąłem tylko Zoo. Możliwe, że pokuszę się też o przeczytanie dalszej części i może nawet się z Wami podzielę.

A na razie, cóż, jeżeli lubicie komiksy, które nie próbują być przekombinowane, nawet w warstwie graficznej muszę przyznać uczciwie, że Dragotta na tych przehypowanych grafikach jeszcze podgrzewanych shittalkiem ze strony twórców wyglądał dużo gorzej. W środku w komiksie myślę, że broni się z tą konwencją, a Alfred wygląda absolutnie obłędnie i sami spróbujcie dopasować sobie kogo wam przypomina.

Tak, że ja polecam.

Avatar photo

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mastodon