TKR – 027 – Elektra Black, white & blood

Jeśli jest tu jakiś pomysł, to na odcinanie kuponów od sprawdzonego formatu. I się nie sprawdza.
Podcast: Play in new window | Download (Duration: 8:08 — 11.2MB)
![]()
Prawa autorskie – Bartek Biedrzycki
Poniżej znajduje się surowa, maszynowa transkrypcja audycji:
Elektra Black, White and Blood to zbiorcze wydanie czterozeszytowej miniserii, po której sięgnąłem i jestem sobie sam winien, bo powinienem już wiedzieć, że w zasadzie za każdym razem jak spróbuję, to jest w najlepszym wypadku, no okej. I tutaj jest właśnie w najlepszym wypadku, no okej.
Zachęcił mnie oczywiście Batman Black and White, tylko, że różnica jest taka między Batmanem Black and White, tym oryginalnym, a Elektrą Black, White and Blood, że oryginalny Batman Black and White wyszedł bardzo dawno temu. Ja miałem wtedy 17 lat, a teraz masz 47 lat. I przez te 30 lat naczytałem się komiksów.
Umknęło mi gdzieś coś bardzo oczywistego, że Batman Black and White, o ile pierwszy był świetny, drugi był bardzo dobry, to piąty był już taki, że go przeczytałem i nie jestem w stanie przypomnieć se z niego żadnej historii. W Batman Black and White były historie, które dano nietypowym twórcom, autorom, którzy sami to rysowali. Otwarciem był przecież Ted McKee, wersję go przejmującą, wyglądającą zupełnie inaczej niż to, do czego byliśmy przyzwyczajeni historią.
Tam były krótkie, ośmiostronicowe fabuły, czasem poważne, od początku do końca tragiczne, tak jak właśnie historia Matki Vera, albo opierające się na żarcie, na pastiszu, tak jak historia zrobiona przez Simona Beasleya. Tu nie ma fabuł. W Elektra Black, White and Blood myślę, że mniej więcej połowa historii i nie ma wyraźnej fabuły.
Tam się coś dzieje, ale to są takie impresje. Jest na przykład historia, w której Elektra puszcza się z Daredevilem, potem wychodzi udusić jakąś babę zupełnie bez związku, a potem nagle przestaje ją dusić i to jest koniec historii. To jest oczywiście moja wina, bo ja miałem bardzo długą przerwę od współczesnych komiksów.
Są też rzeczy w drugą stronę. Anna Nocenti na przykład napisała historię, która ma adnotację, że dzieje się to po flashbackach z konkretnego numeru Daredevila. Wiecie, o który chodzi? Ten, kiedy Daredevil wspomina pierwsze spotkanie z Elektrą, jak razem pokonali terrorystów.
To nawet było przecież w Elektra Saga i wychodziło u nas parokrotnie. A druga postać imieniem Mary, która bardzo dużo się modli i one siedzą razem w psychiatryku i długo kombinowałem i wydaje mi się, że to jest Tyfoid Mary. Postać bardzo ważna dla mitów Daredevila, a Nocenti przecież pisywała już w tamtych czasach wszystkie te rzeczy, więc jakby jest na bieżąco.
Ale brakuje fabuł w tym zbiorze. To są takie impresje. Zróbmy coś, nie? Pokażmy coś.
I nawet jeżeli mamy jakąś historię, to nie ma w niej wyraźnej linii, nie wybrzmiewa w niej nic. To są takie impresje. To samo jeśli chodzi o grafikę.
Większość tego albumu to są ludzie z drugiego szeregu. Fajnie jak czasem ktoś machnie arta czy coś. Nie ma w tych grafikach zupełnie nic odkrywczego, zupełnie nic nietypowego.
Jest jedna historia, druga gdzieś tam bardziej malowana, ale to nie są rzeczy, które teraz już robią wrażenie. To nie są rzeczy, które teraz gdzieś tam wystają ponad przeciętność. No powiedzmy jeszcze ten jeden fragment z Astrami i teraz muszę sprawdzić, kto to zrobił, dlatego, że jakiś super mózg Pola Zaceta.
Jakiś super mózg, słuchajcie, pomyślał, że fajnie będzie nie umieszczać autorów przy historii, a czasem nawet tytułów, tylko wypisać to wszystko na samym początku, a potem niech klient se biega, szuka i tak dalej. Z ludzi znanych no jest Peter David. Zmarły niedawno. Teraz wychodzi na pewnego Boga, ale nie oszukujmy się, Peter David zawsze był bardzo dobrym scenarzystą z drugiego szeregu, tak jak cała masa rysowników, która z nim pracowała przy Hulku. Anno Centi, wspomniana. Jej historia jest chaotyczna i nie wiadomo, o co w niej chodzi, mimo, że jest zamkniętą całością.
Pitch Momoko, która po prostu narysowała historię z folkloru japońskiego i z Elektrą ma ona tyle wspólnego, że główna bohaterka jest ubrana na czerwoną i to w zasadzie tyle. Pitch Momoko zresztą, to nie jest nic nowego, ona bardzo często robi takie rzeczy i Ultimate X-Men nie mają prawie nic wspólnego z X-Men. Jej komiks o właśnie innym reimagined Marvelu Krzysiek Rysiek Wojciechowski ostatnio omawiał i też stwierdził, że tak naprawdę nie wiadomo, co to ma wspólnego z Marvelem.
I taki jest ten zbiór. Nie był drogi, więc jakby nie mam tutaj żalu, ale cała masa rzeczy, które przeczytałem i w zasadzie niewiele z tego ze mną zostało. Przeglądam go teraz i pamiętam jakieś pojedyncze fragmenty.
No jest historia na przykład, jak Elektra postawiła się Kingpinowi. Spoko. Trudno jest mi powiedzieć, na ile to jest in character, bo tak jak mówię, Elektrę pamiętam raczej z czasów Franka Millera, powiedzmy Billa Sienkiewicza, Klausa Janssona, nie? No właśnie. Ale jest jedna zauważalna rzecz. Pisze się teraz komiksy zupełnie inaczej. I może w tym jest mój problem. Może gdybym czytał je na bieżąco przez ostatnie 25 lat, a nie zrobił sobie długą przerwę, a może gdybym po tej przerwie zaczął czytać na bieżąco aktualne rzeczy zamiast sięgać do epików i do przedruków z lat 70., 80. i 90. to bym się do tego przyzwyczaił. Czy by mi się to podobało? Odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie, dlatego że kilkukrotnie próbowałem czytać współczesne rzeczy i ludzie mi mówią „stary, weź się za to czy za tamto”.
Biorę się za to czy za tamto i potem sobie myślę, że kurde, stoją trzy nieprzeczytane epiki ze Spidermanem i cztery nieprzeczytane epiki z Rosomakiem. I po co ja sobie to robię?
I taki jest właśnie ten komiks. Może on jest dla Was. Ale na pewno nie jest on dla mnie. Nawet Kevin Eastman, który przynajmniej wyróżnia się graficznie, też nie dowiózł czegoś, co miałoby jakąś jedną cholerną fabułę. Tylko taka nawalanka, w której ostatecznie nie wiadomo o co chodzi.
Co jest z Wami ludzie? Przecież komiks to jest opowiadanie historii. Komiks to jest fabuła, to są wydarzenia, postacie, akcja. Żeby to jeszcze było namalowane przez Billa Sienkiewicza albo Teda McKeevera, wtedy moglibyśmy, powiedzmy, uznać, że… Albo, daj Bóg nawet, niech będzie Jim Lee, to wtedy można pogapić się, w przypadku Elektry jest na co. Nie. Nie, to są wszystko albo przechodzeni weterani, którym się nic nie chce z siebie wydobyć, albo ludzie z drugiego szeregu, którzy nie bardzo wiedzą, co i po co chcą zrobić. Po co? No, to myślę, że się domyślam. I tak to właśnie wygląda współcześnie w Marvelu i wydaje mi się, że właśnie z tego powodu również przekłada się to na taki, a nie inny rynek odbiór i turnout tego wszystkiego. Bawcie się dobrze.









