Nad dachami przeleciał

Tekst pierwotnie ukazał się w kolumnie komiksowej w tygodniku Kultura Liberalna.

O komiksie Daniela Chmielewskiego Zostawiając powidok wibrującej czerni rozmawiamy z Robertem „Robweillerem” Wyrzykowskim.

Bartosz Biedrzycki: Może zacznę rozmowę trochę górnolotnie. Otóż natknąłem się na opinie, że „Zostawiając powidok wibrującej czerni” Daniela Chmielewskiego to najciekawszy polski debiut ubiegłego roku. I muszę przyznać, faktycznie wygląda na to, że narobił szumu. A przy tym jest całkiem niezły.

Robert Wyrzykowski: „Zostawiając…” był jednym z mocniejszych debiutów ubiegłego roku. Jakkolwiek dzieło Chmielewskiego początkowo pozostawało w cieniu wydanych w tym samym pakiecie „Paproszków” Jacka Świdzińskiego, potem z miesiąca na miesiąc zyskiwało na znaczeniu, koniec końców znajdując się w różnych zestawieniach komiksów roku 2008. Może czytelnicy musieli się po prostu przegryźć przez fascynujący – aczkolwiek zgoła niełatwy – komiks Daniela?

BB: Prawdę mówiąc, mnie ten komiks z początku przeraził – długo zastanawiałem się, czy kupić debiutanckie dzieło, w którym na okładce jest zdjęcie autora. Dodatkowo sama postać Daniela jako studenta ASP – nie oszukujmy się, grafik to jedno, artysta to drugie. Na szczęście te obawy się nie sprawdziły, chociaż sztuki i filozofowania jest w „Powidoku…” wiele.

RW: Ten komiks miejscami jest mocno „emo”, jak to się dzisiaj modnie określa. Daniel, za pomocą swojego komiksowego porte-parole, nierzadko dokonuje bardzo osobistych wiwisekcji własnej duszy, eksponując światu swoje lęki i obsesje. Dokonuje jednak wielu bardzo trafnych spostrzeżeń na temat relacji społecznych czy też funkcji sztuki w dzisiejszym świecie. To co mnie urzekło w tym komiksie, to przede wszystkim kompozycja. Pierwsza część, to 44 (czyżby nawiązanie do Mickiewicza?), pozornie niepowiązane ze sobą plansze. Pozornie, albowiem wszystkie one składają się na historię życia pewnej Anny, o czym czytelnik przekonuje się dopiero w trakcie lektury drugiej części. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa, bowiem w tym momencie czytelnik zostaje zmuszony do nielinearnego śledzenia akcji. Przynajmniej w moim przypadku wyglądało to tak, że dostrzegałem motywy już mi znajome, więc szybko kartkowałem komiks ponownie, by sprawdzić i powiązać tenże fragment z całością Danielowej układanki.

BB: Ha! 44 plansze to motyw, który Daniel sam wykpiwa we wspomnianym epilogu. „Emo”, to może mocno powiedziane, ale faktycznie większość, nie wiem, jak je nazwać – migawek, ujęć, zagadnień? – większość plansz to komiksy filtrowane i podawane Danielem – bardzo subiektywne, często bardzo osobiste. To odrobinę miejscami trąci jednak pretensjonalnością. Co do Epilogu natomiast, słyszałem masę głosów, że to niepotrzebny dodatek, że tylko zaciemnia obraz, nie pasuje do shortów z pierwszej części. Dla mnie doskonale sprawdził się w roli klamry. A przy okazji – ładny mi „dodatek” – połowa albumu. W tej części świetne są zabawy z formą i „łamanie czwartej ściany”, jak chociażby autor stwierdzający, że dane dekoracje już spełniły w historii swoją rolę i więcej nie będą potrzebne.

RW: Ależ to bzdura co do tego niepotrzebnego epilogu. Dla mnie to właśnie on stanowi o sile tego komiksu. Bez niego nie byłoby całej zabawy modelami opowieści, mielibyśmy tylko kilkadziesiąt plansz z mniej lub bardziej błyskotliwymi wynurzeniami dwudziestoparoletniego człowieka z dużymi ambicjami intelektualnymi. Właśnie te końcowe zabawy formą zachwycają… Może nawet bardziej niż samo przesłanie epilogu.

BB: Być może to racja. Co zaś do przesłania – ciekaw jestem, jak ty je odbierasz, bo, sądzę, każdy ma swoją wizję.

RW: Sam się zastanawiam, czy jakieś przesłanie jest. Sąd na kobietą, która nie wie, czego chce w życiu i która tym samym krzywdzi innych, a przede wszystkim siebie? To byłoby trochę nazbyt moralizatorskie. A może tutaj Daniel zachowuje się jak Salvador Dali, który podobno rysował męskie członki, a potem naśmiewał się z tych, którzy dokonywali uczonych nadinterpretacji?

BB: Czyli tak naprawdę „co pisarz chciał nam powiedzieć” zamienia się w Daniela, chichoczącego nad wymyślnymi interpretacjami jego albumu. Cóż, znając go, można spokojnie założyć taką sytuację jako co najmniej prawdopodobną. Próbowałem pytać go jakiś czas temu – na co zwrócić uwagę w „Powidoku”, gdzie szukać, jaki jest klucz. W zasadzie nie udzielił mi żadnej konkretnej odpowiedzi. Może cały „Powidok” jest zatem rodzajem łamigłówki logicznej. Niektórzy zresztą widzieli w nim rozprawę filozoficzną, inni natomiast pomnik megalomanii. Bo, bądźmy szczerzy, plansza o tym, jak przez kilka lat rysował pierwszą wersję „Powidoku” i jak została ona zagubiona – tchnie pretensjonalnością.

RW: Jest w tym i to i to. Wykładnia własnej filozofii, dochodzenie do własnych przemyśleń na pewne sprawy, kształtowanie osobowości – wszystko w mocno egocentrycznym sosie, często na granicy bólu zębów. Mam wrażenie, że część pierwsza to spojrzenie człowieka dorastającego (Sturm und Drang Periode), część druga natomiast to spojrzenie tego człowieka, który już dojrzał i z rezerwą patrzy na swoje dawne duchowe rozterki. A poza rozprawą i pomnikiem – jest tu przede wszystkim świadectwo talentu jednego z najciekawszych rysowników, jacy pojawili się w ciągu ostatnich paru lat na polskim rynku. Daniel rysuje lekko, z łatwością i gracją, lawirując pomiędzy cartoonem (Cynik) a realizmem (postaci ludzkie), mieszając te style w jednym kotle.

BB: Logiczne jest to spojrzenie na obie części przez pryzmat dorastania – nigdy nie widziałem tego w ten sposób, a to niezwykle ciekawe. To prawda, jeśli chodzi o stronę graficzną. W momentami pośpiesznym stylu Daniela widać warsztat i graficzne wykształcenie, chociażby w kompozycji plansz czy anatomicznych szczegółach. To rzeczy, które u całej masy twórców szwankują.

RW: Daniel to człowiek wszechstronny, jeżeli chodzi o komiksy. Rysuje wyśmienicie, pisze scenariusze, tworzy jeden z popularniejszych w środowisku blogów, recenzuje komiksy na Gildii. Nie zdziwiłbym się, gdyby wkrótce zaczął pisać poważniejsze eseje na temat komiksu jako medium. Kto wie, może stanie polskim Scottem McCloudem?

BB: Popuściłeś wodze fantazji, jak dla mnie, przynajmniej na razie. Chociaż opracowanie dyskusji po tegorocznym Warszawskich Spotkaniach Komiksowych było imponujące. I to prawda, jest to jeden z nielicznych rysowników, którzy potrafią w Polsce sami napisać sobie dobry scenariusz (czy też może jeden z nielicznych scenarzystów, którzy sami potrafią się dobrze zilustrować). To już bardzo dużo. Czy pójdzie w ślady Jerzego Szyłaka jako teoretyk – możliwe, chociaż ja wolałbym, aby został przy tworzeniu.

RW: Jedno nie musi wykluczać drugiego, a takie szersze spojrzenie teoretyczne może sporo pomóc w twórczości praktycznej… może, ale wcale nie musi.

BB: Tak wskazuje praktyka, ale o tym zamilczmy. Zastanawiam się, jak przedstawić „Powidok…” potencjalnemu nowemu czytelnikowi. Najprędzej chyba jako formę intelektualnej zabawy z formą? Komiks odstający trochę od popularnego, obiegowego wyobrażenia o tym medium?

RW: Forma intelektualnej zabawy z formą ubrana w zacną oprawę graficzną. Sama zabawa formą nie zawsze wystarcza, jak przekonują nas kolejne projekty twórcze Piotra Szreniawskiego. Ale tak, masz rację, „Powidok…” to jeden z tych komiksów, które można bez oporów polecić laikom. Szybko się czyta, zachwyci paroma celnymi spostrzeżeniami oraz przewrotnym epilogiem. A czytelnik sięgnie po następne tytuły, szczególnie autorstwa Daniela Chmielewskiego, które – miejmy nadzieję – wkrótce powstaną. Ja osobiście czekam na „Zapętlenie”, które zapowiedział w wywiadzie dla Wirtualnej Polski.

BB: Jestem go ogromnie ciekawy. Szczególnie po Kwadransie Mesjanistycznym. Jednym słowem – z czystym sercem polecamy „Zostawiając powidok wibrującej czerni”. Ja osobiście sugeruję zabrać go na urlop – aby przeczytać i przemyśleć w spokoju.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

  • ‚„Zostawiając…” był jednym z mocniejszych debiutów ubiegłego roku. ‚ – no zabrzmiało to tak, jakby można mówić ‚polski rynek komiksowy’ i wcale nie żartować… a wogóle to wbijacie w sobotę na Kabaty?

  • Myślę, że laików w ogóle zaskoczy jako komiks… Do dziś wielu zna tylko spajdermeny ;)
    Mnie się podobało. Skromność się nie opłaca. Chciałbym na kartach komiksów tej subiektywności, megalomanii i pretensjonalności doświadczać więcej.