Komiksy wydawać…

dwa_numery.jpg

… się zachciało. A trzeba było siedzieć cicho i się nie wychylać.

Ale, co ja gadam, najwspanialsza przygoda pod słońcem. Dzisiaj pojechaliśmy z Demem i mc.owcem odebrać z drukarni drugi numer antologii Kolektyw. To była prawdziwa droga przez mękę. I nie mówię tu o odbieraniu nakładu, ale o tym, co trzeba było przejść, zanim mogliśmy to zrobić.

Powinienem chyba był się spodziewać komplikacji po przygodach z numerem pierwszym (materiał został dostarczony rano, tuż przez WSK ’07 na które był przygotowany). Myślałem „teraz mamy więcej czasu, będzie OK”. I rzeczywiście, druk jest na czas.

Cztery miesiące to za mało, żeby wyrobić się z przygotowaniem komiksu, który ma od 1 do 8 stron. Bo takie się znalazły w drugim numerze magazynu. Ponad połowa ludzi nie zdążyła się w tym czasie wyrobić. No bo przecież cztery miesiące to za mało, żeby wydusić z siebie parę stron. Nie mówię o tym, że kiedyś w ciągu kwartału stworzyłem Klaster, który ma stron 40, bo okazałoby się, że jednak można.

Oczywiście są ważne powody, np. takie, jak to, że dwa dni przed deadlinem psuje się komputer. Pomijam prosty fakt, że gdyby komiks był gotowy trzy dni przed terminem, to komputer mógłby nawet wybuchnąć i nic by się nie stało. Ale wiadomo, że wszystko robi się tuż przed terminem, bo tak lepiej. Nie przytaczam innych tłumaczeń, bo są warte tyle samo.

Ostatecznie, dwa tygodnie po terminie, komplet był. Przepadła nam za to tańsza drukarnia, bo człowiek, który mógł ją udostępnić, najzwyczajniej w świecie wyjechał na urlop, nie bardzo się przejmując tym, ile komu zajmuje narysowanie strony ani tym, komu zdechł chomik. Zrobiłbym to samo. A, że wyjechał na dłuższe wakacje, to zaczęło się szukanie innej drukarni.

Pojęcie „tanio” jest bardzo względne. Druk cyfrowy z założenia jest imprezą nieekonomiczną, ale z nakładem 200 egzemplarzy można rozmawiać tylko o nim. Ciężko jednak rozmawiać z człowiekiem, który stękając z bólu psychicznego stwierdza, że od biedy, po znajomości, no już całkiem zrobi dumping i wydrukuje to za 2.100.

Ciężko bardzo, jak się ma 1.500.

Obdzwoniłem chyba większość „cyfrowych” na Mazowszu, aż trafiłem na Sowę. Sowa uratowała sytuację. Oczywiście, przeszedłem błyskawiczny kurs poligrafii, m.in. dowiedziałem się, że B5 to znaczy 170×240 mm (a nie 176×250 mm, jak podaje norma ISO) i parę innych ciekawych rzeczy.

Na szczęście obsługa była fachowa i jakoś, metodą setek maili i telefonów, dogadaliśmy się. Ustaliliśmy wszystko. Pojechałem do drukarni i na miejscu dokonaliśmy (wraz z drukarzami) dwóch ostatecznych poprawek, które zaważyły na jakości pisma. Mogło być krucho.

No i zrobili to za cenę, którą faktycznie muszę nazwać konkurencyjną. Będziemy korzystać z nich także przy kolejnych numerach.

Dobrze, że Dem i mc.owiec pojechali ze mną. Pięć paczek po 40 sztuk to za dużo jak na jednego faceta. No, i mieliśmy okazję pójść na piwo do mega-klimatycznego baru na Wspólnej. Nie po raz ostatni, jak mi się zdaje.

Za nami połowa roboty. Teraz trzeba te 200 egzemplarzy sprzedać. Zamówienia można będzie składać na www.netkolektyw.pl A wy, zanim weźmiecie się za wydawanie komiksów, stuknijcie się dobrze w czoło.

oba_numery.jpg

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.