80-lecie Muminków – Opowiadania z Doliny Muminków

Zbiór krótszych tekstów ze świata Muminków, trochę jak oddech przed skokiem na głęboką wodę dwóch ostatnich powieści.
Podcast: Play in new window | Download (Duration: 12:33 — 17.2MB)
![]()
Tekst: Bartek Biedrzycki, muzyka: Graeme Miller & Steve Shill (z brytyjskiej czołówki serialu „Opowiadania Muminków” Studia Se-Me-For)
Poniżej znajduje się surowa, maszynowa transkrypcja audycji:
„Opowiadania z Doliny Muminków”. Skarżyłem się już, że seria powoli mi się kończy. Przeczytałem właśnie zbiór opowiadań zatytułowany wygodnie „Opowiadania z Doliny Muminków”. Chociaż… Wybaczcie, szwedzki tytuł był trochę inny. „O niewidzialnym dziecku i inne opowieści”. Jest to zbiór opowiadań, co nie zaskakuje przy tym tytule i oddziela to, co ja uważam za trzon serii, za te główne powieści, od dwóch pozostałych, czyli od „Tatusia Muminka i morza” i od „Doliny w listopadzie”. Wiem, że to bardzo daleki strzał, ale przypomina mi to trochę twórczość Zajdla. Najpierw dwie powieści dla młodzieży i potem pięć głównych, takich ważnych, dużych, poważnych powieści z cyklu fantastyki socjologicznej. Tu jest trochę inaczej. Najpierw mamy sześć, jeżeli policzymy „Małe trolle i dużą powódź”, potem ten zbiór i potem dwie takie poważne, bardziej nastrojowe, trochę smutniejsze powieści, chociaż już „Zima” zaczyna być poważna.
To jest dziwna książka. Jest w niej kilka różnych rzeczy, które można lubić lub nie. Mam wrażenie, że większość ludzi lubi „Wiosenną piosenkę”. Może dlatego, że jest ona chętnie czytana w szkołach w ramach takiej dodatkowej lektury. Prawdopodobnie dlatego, że jej bohaterem jest Włóczykij, a wszyscy strasznie lubią Włóczykija. Rozumiem dlaczego. Ale nie podzielam tego poglądu. Nie podzielam poglądów na wiele spraw. Jest taka scena w filmie „Alita” na podstawie mangi Yukito Kishiro „Gunnm”, gdzie Alita, cyborg wyposażony w najwyższej klasy zabójcze, wojskowe, cybernetyczne ciało, ale o powierzchowności nastolatki wchodzi do baru i siedzą tam same najgorsze zakapiory. Najwięksi twardziele. Łowcy. Ludzie, którzy zajmują się łapaniem i eksterminacją przestępców, w tym także zbuntowanych cyborgów. Ona wchodzi, staje na środku i namawia ich, żeby podjęli pewne działania. I mówi nagle: „Nie stoję bezczynnie w obliczu zła!” Nam się zawsze wydaje, że będziemy Alitą, ale tak naprawdę jesteśmy jednym z łowców, którzy siedzą bezczynnie przy barze, gapią się i mają tylko ochotę, żeby ona odeszła. I tak samo jest z Włóczykijem. Wszyscy uwielbiają Włóczykija, bo to jest taki wolny duch. On jest w takiej zgodzie ze sobą, na zimę odchodzi gdzieś na południe, mieszka w namiocie, nic nie ma, tylko tą harmonijkę, którą dostał od ciotki, o czym zresztą jest mowa w tym tomie.
Ale nikt z nas tak naprawdę nie potrafiłby z tym żyć i myślę, że dużo lepiej dla nas wszystkich jest, kiedy pogodzimy się z tym, że nie jesteśmy Włóczykijami, tylko jesteśmy Tatusiami Muminka, o czym też jest mowa w tym tomie. „Piosenka” jest bardzo fajna, nastrojowa, ale dosyć dobrze pokazuje właśnie to, za co lubimy Włóczykija. Kiedy nagle zaczynasz coś mieć, to pewnych rzeczy już nie możesz zrobić. To pewne rzeczy więżą cię, to pewne rzeczy sprawiają, że właśnie masz jakieś zobowiązania. Tymczasem w „Tajemnicy hatifnatów” Tatuś rusza na wędrówkę z hatifnatami. Wychodzi na to, że to kolejny raz. Do tego dojdę za chwilę. Przemierza z nimi morza, trafia na wyspę i okazuje się, że tak naprawdę ci hatifnatowie, te wolne duchy, które tylko wędrują, cały czas chcą dotrzeć za horyzont, nie okazują agresji, nie okazują zazdrości, nie okazują gniewu, nie okazują też sympatii, tak naprawdę być może nie słyszą, nie widzą… Że ci hatifnatowie tak naprawdę tylko gonią za burzą i jedyne, co ich rusza, to elektryczność. Że to wszystko jest takie tanie, prymitywne i tak naprawdę nic nie warte, że taka pogoń za czymś, bycie takim wolnym duchem. Mimbla mówi, że „prowadzą złe życie” i Tatuś nie wie, co to znaczy, ale może właśnie tym to polega. Bezmyślna pogoń za czymś, czy tą za urojoną wolnością, czy za różnymi rzeczami.
Mógłbym długo na ten temat, ale omawianie utworów literackich niekoniecznie jest miejscem do dzielenia się swoimi prywatnymi poglądami na niektóre sprawy, wbrew temu, co sądzą moje koleżanki i koledzy. Tatuś, kiedy widzi, że hatifnatowie tak naprawdę to jest bezmyślne stado pędzące do pioruna, po prostu bierze łódkę i wraca do siebie, do werandy, do przebierania grzybów, do uprawiania tytoniu i pielenia grządek. Tatusiowi jest z tym dobrze. Mi też jest z tym dobrze, bo nie każdy w życiu musi być Włóczykijem i naprawdę nie jest mądre tęsknić za byciem Włóczykijem, tylko dlatego, że nam to się wydaje fajne i romantyczne. Czasem fajnie jest pomyśleć, że jest się Tatusiem Muminka i ma się absolutnie wszystko, co jest do szczęścia potrzebne. Wspaniałą rodzinę, rzeczy, które robi się na co dzień i te grządki z tytoniem i kapelusz i całą resztę. I poczuć się szczęśliwym.
Bywa, że ktoś jest nieszczęśliwy. O tym jest historia „Cedryk”, w której występuje Sniff, czyli Ryjek, ale ktoś pomyślał, że nie przetłumaczy go albo nie wiem, z czego to wyszło – redaktor nie wychwycił. Tam właśnie sam Ryjek i sam Cedryk są jakby tylko McGuffinem. Włóczykij opowiada historię ciotki, której kość stanęła w poprzek w żołądku, miała umrzeć, więc rozdała wszystko, co miała i jak rozdała wszystko, co miała, to nagle dużo ludzi zaczęło do niej przychodzić i zaczęła mieć dużo przyjaciół i tak się śmiała, że aż wykrztusiła tę kość i już nie miała umrzeć. Ryjek wtedy mówi, że wszystko na nic, rozdała wszystko po nic, a przecież przeżyła. Włóczykij mówi mu, że jest głupi, że nic z tego nie zrozumiał i właśnie o to chodzi, bo ciotka zdobyła dużo więcej niż miała. Są sposoby na życie różne. Wszystkie są dobre, w zależności od tego, czego ktoś potrzebuje. Czasem wystarczy po prostu uznać, że można być najlepszym kierowcą autobusu w życiu, a niekoniecznie trzeba być dyrektorem banku. To nie moja myśl, to Ala to wymyśliła.
Jest sporo rzeczy w tym tomie. Ja osobiście bardzo lubię historię o paszczaku, który kochał ciszę, który w pewnym momencie zrozumiał, że bycie samemu jest fajne, ale czasem sprawianie przyjemności komuś innemu też może być fajne i chyba moje ulubione o filifionce, która wierzyła w katastrofy. Jest to historia filifionki, która cały czas bała się, że coś się stanie. Całe swoje życie czekała na to, że coś się stanie. Żyła w okropnym domu, ale nie chciała się wyprowadzić, bo już podpisała umowę i dom był okropny, ale głupio było tak przed wszystkimi przyznać się, że źle trafiła. Miała mnóstwo pięknych rzeczy i te piękne rzeczy wyglądały absolutnie okropnie w tym paskudnym domu, w którym zupełnie nie chciała żyć. Pewnego razu przyszła burza, wywaliła komin, zerwała dach, tornado porwało wszystkie jej rzeczy i filifionka została z niczym. I wtedy dopiero była naprawdę szczęśliwa, bo nieszczęście, którego bała się całe życie, przyszło i poszło. I może to jest klucz do tego wszystkiego. Może to te trzy opowiadania: „Wiosenna piosenka”, „Tajemnica hatifnatów” i „O filifionce, która wierzyła w katastrofy” to jest Tove mówiąca nam, że tak naprawdę w życiu ważne jest, żeby wiedzieć, czego się chce. Nie ma dobrego sposobu na to, żeby żyć. Bardzo ważne jest, żeby nie żyć cudzymi oczekiwaniami. Ważne jest, żeby nie oszukiwać siebie i ważne jest, żeby dać sobie czas, żeby się poznać. To są te dobre strony.
Z drugiej strony, czytam tak te opowiadania i mam wrażenie, że one wszystkie są poza kanonem. Nie jestem w stanie umiejscowić tej podróży Tatusia. Nie dzieje się ona przed „Małymi trollami i dużą powodzią”, a jednocześnie on zachowuje się tak, jakby nie zdarzyło się nic z tego, co działo się w tomie „W Dolinie Muminków”, kiedy oni popłynęli na wyspę hatifnatów. Tu wiele rzeczy się nie zgadza. „Choinka” na przykład, ostatnie opowiadanie, gdzie jakiś paszczak obudził rodzinę Muminków w grudniu, bo ma przyjść Wigilia. Wygląda trochę tak, jakby nie miały miejsca zdarzenia z „Zimy muminków”. Ale nie dzieje się wcześniej, bo gdyby działała się wcześniej, to Muminek nie byłby zaskoczony istnieniem śniegu. A wygląda na to, że wie, co to jest. I ogólnie rzecz biorąc, to wygląda jak taki trochę zbiór pobocznych tekstów, które są obok kanonu. Trochę go może naciągają. Trochę takie jakby amerykańskie komiksowe multiwersum.
Nie są to wybitne rzeczy, ale też może nie potrzebujemy, żeby wszystko było wybitne. To jest bardzo dobra seria. Bardzo znana, bardzo popularna. Od 80 lat wzbudzająca bardzo silne emocje w kolejnych pokoleniach odbiorców. Mimo, że jej autorki już dawno nie ma wśród nas. Ale może nie chodzi o to, żeby to były rzeczy wybitne. Może nie chodzi o to nawet, żeby one pasowały do kanonu, bo być może próba do dopasowania wszystkiego, to jest właśnie bycie taką filifionką, która nie chciała przyznać się do porażki. Która nie chciała nikomu zrobić przykrości.
Zostały mi jeszcze dwie powieści. Odczuwam pewien smutek związany z tym, że zostały mi tylko dwie powieści. Zawsze mogę wrócić oczywiście do tej serii, ale dobrze wiemy, że to nie jest „Władca pierścieni”, którego można czytać sobie co roku. Tylko trzeba dać temu trochę czasu, więc pewnie wrócę kiedyś. A na razie jest piątek, więc życzę Wam spokojnego weekendu. Pozdrawiam.









