TKR – 025 – It’s Lonely At The Centre Of The Earth

O komiksie Zoe Thorogood, który nie miał powstać. I w sumie mógłby nie powstać.

Prawa autorskie – Bartek Biedrzycki

Poniżej znajduje się surowa, maszynowa transkrypcja audycji:

Dzisiaj będzie o komiksie “It’s Lonely at the Center of the Earth” Zoe Thorogood nazywanej w Image Comics przyszłością komiksu i jest to powieść autobiograficzna. Ja rzadko mam tak, że omawiam coś, czego nie polecam. To się zdarzyło do tej pory parę razy i o opowieści pani, panny, nie wiem? Thorogood mogę tylko powiedzieć to, że jestem nią rozczarowany.

To jest trochę tak moja wina, nie? Bo ja kupiłem ten komiks dlatego, że trafiłem na jakąś grafikę z niego w sieci, która mi się bardzo spodobała i samo to w sobie nie jest przestępstwem. Potem przeczytałem, że to jest historia, którą Zoe napisała, jak przez pół roku izolowała się w trakcie pandemii no i tam coś tam jeszcze było, nie? Depresja, te sprawy. Wszyscy mieli depresję w mniejszym lub większym stopniu albo jakieś inne problemy i ze sobą i socjalne w trakcie pandemii, więc jakby to nie jest nic szczególnego.

Na temat depresji w trakcie pandemii wiem dużo więcej i dużo bardziej personalnie niż kiedykolwiek chciałbym. Ale nie wybieramy sobie, co nam się przydarzyło. Ale pomyślałem sobie, eee, spoko, będą fajne rzeczy, nie?

Był taki moment, że lubiłem powieści autobiograficzne, trochę ich przeczytałem. Rzeczy typu “Persepolis”, “Fun Home”, “Blankets”. Ale to było przed laty i to nie mówimy o tym, że trzy lata temu czy pięć, a mówimy o tym, że dziesięć lub piętnaście. Nawet niektóre z nich to tak bardziej chyba bliżej dwudziestu lat temu, kiedy czytałem i lubiłem te rzeczy.

Na tylnej okładce “It’s Lonely at the Center of the Earth” jest napisane: “this book was not supposed to exist”. Ta książka nie miała istnieć. I szczerze mówiąc, gdyby nie powstała, to świat by nic nie stracił.

Jest to trochę strumień świadomości, ale to trochę taki pamiętnik, że, no, bo ja najpierw robiłam komiks i wspomnienia z dzieciństwa, że jak byłam w dzieciństwie, to byłam fajnym dzieciakiem i wszystkie fajne dzieciaki to były wyśmiewane przez te niefajne dzieciaki. Kurwa, każdy z nas tam był. Każdego wyzywali, ganiali, bili plecakiem.

Ja wiem, jest taki moment. Po kolei dojdziemy do tego. Potem jest historia o tym, jak Zoe pojechała na konwent. Miała pojechać z koleżanką, ale koleżanka się upiła i wyrzygała i przyjechała dopiero drugiego dnia i one były na konwencie i wszyscy mówili, że jej komiks jest relatable. Relatable. Rel. Tak, oczywiście, że jest rel, bo jak się pisze rzeczy, które stały się udziałem absolutnie każdego, to absolutnie każdy może się do nich odnieść.

A potem jest następna część tej historii, że ona poleciała do Ameryki do jakiegoś losowego typa i ten losowy typ powiedział, że nie mógłby jej nigdy pokochać, w związku z tym ona wróciła do Anglii. I to jest cała oś fabularna.

Jest to przetykane gdzieś tam jakimiś takimi fragmentami wspomnień z dzieciństwa, mniej lub bardziej traumatycznymi, jakie wszyscy mają. I oprócz tego trochę o relacji z rodzicami. Zawsze się pisze o trudnej relacji z rodzicami, bo przecież trzeba czyścić atmosferę albo wyrzucić to z siebie, albo przepracować. A najlepiej brudy prać publicznie, bo wtedy jakby impakt tego zwiększy. Nie mówię, że nie należy rozliczać przeszłości i różnych innych rzeczy. Gdybym chciał, to mógłbym też zrobić takie rozliczenie. Tylko, że moje prywatne, osobiste rozliczenia i traumy z przeszłości nie są niczym, co zainteresowałoby kogokolwiek, a przede wszystkim nie są niczym, co powinno kogokolwiek interesować. Tak jak jeszcze parę innych rzeczy na mój temat.

I taki artystyczny ekshibicjonizm, ja rozumiem, to jest element bycia artystą. To tak jak kiedyś “Donikąd komiks” dobiło do tysiąca pasków i wszyscy robili gościnne i połowa ludzi zrobiła pasek gościnny o tym, że miała zrobić pasek gościnny, a jedyny człowiek w całej tej ekipie, który był po ASP zrobił pasek o tym, jak siedzi goły w wannie, a jego żona obok półgoła sika i rozmawiają o tym, że miał zrobić pasek. Więc ja rozumiem, że ekshibicjonizm emocjonalny i nie tylko jest częścią artyzmu, ale to nie przemawia do mnie. Może już po prostu za dużo tego widziałem.

Historia o tym, że ktoś pojechał na konwent i tam się czuł dobrze albo źle i był spanikowany, a potem ktoś spotkał kogoś i im się nie ułożyło w życiu, to nie jest nic interesującego. Tego typu biografię może pisać absolutnie każdy, ale to nie znaczy, że ktokolwiek powinien. Nawet nie to, że nie każdy powinien. Ktokolwiek nie powinien.

Miałem ten sam problem z “Weż się w garść” Ani Krztoń, którą bardzo lubię również prywatnie, bo mieliśmy okazję się poznać. Od samego początku czytałem jej małe autobiograficzne zinki, no i potem przyszło “Weź się w garść”, no więc… Miałam naście lat i miałam koleżankę i inną koleżankę i trochę do siebie pisałyśmy i trochę do siebie jeździłyśmy, no i działy się różne rzeczy, jak to wszystkim nastolatkom się przydarzają i potem nagle w posłowiu jest napisane, że wszystkie się leczyły na to czy na tamto psychiatrycznie, co w ogóle nijak w akcji nie było.

U Zoe te elementy związane z depresją, kompletnie niezwiązaną z pandemią. Sama pandemia jest skwitowana chyba trzema zdaniami albo czegoś nie doczytałem, chociaż mam zaufanie do swojej zdolności, do języka angielskiego, w końcu jestem z wykształcenia i trochę też z praktyki, parę lat przepracowałem jako nauczyciel angielskiego, więc jakby to nie jest bariera językowa. Tu jest gdzieś jakiś problem narracyjny.

Jest też jeszcze jedna rzecz, która strasznie mnie irytowała, skusiła mnie grafika, ale Zoe rysuje wszystkie postacie z głowami zwierząt. Siebie tam sporadycznie, czasem epizodycznie narysuje normalnie, ale na co dzień rysuje się z głową takiego ludka jak z “Dziennika cwaniaczka”. Nie wiem, czy kojarzycie możliwe, że tak. W każdym razie jestem okropnie uczulony. Mam alergię na ten zabieg po “Dobranoc, Punpunie” Inio Asano, gdzie wszyscy wyglądali normalnie, a główny bohater był takim bohomazem, ptaszko-duszkiem, który coraz bardziej pokraczniał w miarę tego, jak akcja obsuwała się w błoto. Tutaj ona stosuje ten zabieg bardzo intensywnie. Oczywiście są momenty, gdzie nie. I tak, dalej to bardzo ładna kreska. Natomiast to, że wszyscy mają głowy kotów, psów, gołębi i tak dalej, mnie po prostu personalnie irytuje.

A to, że ta historia to jest historia o niczym… O tym, że ja zrobiłam komiks, pojechałam na konwent, chłop mnie nie pokochał, a z rodzicami to się nie mogę dogadać, bo oni mnie nigdy nie zrozumieli, chociaż bardzo się starali… To nie jest historia godna opowiedzenia. Jeżeli to jest przyszłość komiksu, to ja dalej będę czytał amerykańskie komiksy sprzed 2000 roku. Jeżeli lubicie takie dziwne, schizysjonistyczne, bełkotliwe wynurzenia, trochę w stylu strumienia świadomości, a trochę w stylu “napisałam pamiętnik, to niech cały świat go przeczyta”, chociaż to jest taki pamiętnik, jaki napisały wszystkie dwudziestolatki na pewnym etapie, to proszę.

Ja osobiście mogę tylko powiedzieć dobrze, że ten komiks kosztował 35 zł, a i tak zamawiałem co innego, więc jakby koszt dodatkowej przesyłki mnie nie bolał. Życzę Wam przyjemnego weekendu.

Oprócz tego Zoey – zapomniałem o tym powiedzieć, a to przecież kluczowa sprawa – cały czas wraca do tematu samobójstwa, jak to kiedyś bardzo chciała popełnić, ale teraz to w zasadzie nie chce popełnić. No więc, to są traumy do przepracowania i naprawdę cudze traumy tego typu nie są mi absolutnie do niczego wcale potrzebne. Dziękuję wam bardzo.

Avatar photo

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mastodon