Spotkanie w tunelach – opowieść z postapokaliptycznej aglomeracji

Tekst ten pierwotnie ukazał się drukiem w 394. numerze „Nowej Fantastyki” w lipcu 2015 roku.

Ilustracja: Robert Adler


 

– Wo wohnst du?!

Janek zacisnął powieki z bólu. Skroń pulsowała, wysyłając fale cierpienia przez całą głowę. Czerń pod powiekami przenikały czerwone, nakładające się plamy. Musiał porządnie przyrżnąć łbem o te wystające z sufitu szyny. Rozchylił powieki, próbując dociec źródła powtarzających się krzyków po niemiecku.

Leżał w tunelu metra, tym samym – chyba – w którym stracił przed chwilą świadomość. Zamiast jednak znajomych twarzy kumpli z osiedla w jasnym snopie padającego z boku światła zobaczył coś, co go przeraziło. Nad nim, na krótkich nogach, stał karzeł ubrany w skórzany płaszcz i groteskową, chromowaną pikielhaubę. Na ramieniu dyndał mu karabin, którego Janek nie rozpoznał.

– Wo wohnst du?! – darł się karzeł, szczerząc zęby do leżącego chłopaka w wyrazie jakiejś perwersyjnej uciechy.

– Frodo, odpuść sobie, nie strugaj Niemca – rozległ się niski, lekko schrypnięty głos i nad karłem pojawiła się krępa sylwetka. Ten drugi także był pod bronią, odziany w złachmaniony mundur uzupełniony najdziwniejszym sprzętem. Pośród gęstej, rudej brody błysnęły zęby.

„A więc istnieją także złe hobbity” – pomyślał jeszcze Janek, zanim znów stracił przytomność.

***

– No, jestem. – Fazi wpadł nieco zdyszany na nieczynny przystanek ZTM przy „Zielonej Gęsi”. – Starsza nie chciała mnie puścić za bardzo, bo mi nadaje, że mam się uczyć.

– Hehe, taaaa… Czwarta klasa i reszta tych tekstów, co? – zapytał Janek. – Moje wapno tak samo. Bo maturę oblejesz, albo cię w ogóle nie dopuszczą i nie będziesz mógł zdawać na studia! W kółko mam te same teksty w chacie. Nie, Kogut?

Zagadnięty skinął w milczeniu głową i zaciągnął się papierosem. Zakrztusił się i łzy napłynęły mu do oczu.

– Ej, po co palisz to gówno? Nie szkoda ci kasy?

– Jak będę chciał, to rzucę – odburknął tamten. – Zamiast gadać, lepiej chodźmy, bo ciotka powiedziała, że jak znów wrócę o szóstej rano, to mnie uziemi, a ja jutro mam randkę z Zieloną.

– Co tam masz? – Fazi ściągnął Jankowi z głowy słuchawki od walkmana i przyłożył do ucha. – Co to za rąbanka jest?

– Weź się odwal, dobry punk. Nowa kaseta Dzieci w Szoku, kumpel mi przegrał.

– Byś posłuchał klasyki, gościu, Stonesów albo Wailersów, a nie te swoje pancurskie łupanki.

– Czy wy musicie tak trajkotać jak baby? – skrzywił się Kogut.

Wstał z drewnianej ławki, zdusił połowę papierosa pod grubą podeszwą wypastowanej na błysk angielki i przeciągnął się, aż mu strzeliło w ramionach. Ruchem głowy pogonił kolegów. Przebiegli razem przez błyskające żółte światła na ulicy Batorego i pobiegli między drzewa, w kierunku płotu otaczającego budowę metra.

– Jesteś pewien, że nie będzie żadnego przypału? – zagadnął nieco nerwowo Janek.

– Jak nie będziesz pruł ryja i nie ściągniesz nam na głowę stróża, to nie – odburknął Kogut, chowając się w cieniu drewnianego płotu oblepionego plakatami. Bez słowa zrobił „nóżkę” z dłoni i podstawił Jankowi. Ten zawahał się chwilę, potem wspiął po rękach kolegi i skoczył za płot. W ślad za nim poleciał Fazi, a na końcu sam Kogut podciągnął się na rękach i klasyczną, bezbłędną przerzutką pokonał przeszkodę.

Po drugiej stronie płotu chłopcy rozejrzeli się nerwowo. Roboty podziemne na tym odcinku zostały już zakończone, teraz na placu budowy trwały tylko prace wykończeniowe. Wszędzie leżały stosy materiałów budowlanych – kamienne płyty, metalowe elementy wykończenia, takie jak kratownice, poręcze i słupki, zwoje kabli i drobne elementy infrastruktury. W stojącym dalej baraku szyby niebieskie były od telewizora, który oglądał nocny stróż.

Fazi pokazał ręką na barak. Kogut tylko mruknął coś o powtórce meczu i skoczył w głąb placu budowy. Pozostała dwójka pognała za nim, bardziej bojąc się pozostać w miejscu, niż ruszyć na spotkanie nieznanego.

Po chwili kluczenia dotarli do bulwiastej budowli, wyglądającej jak wielometrowy wiatrak wywietrznika na kominie.

– Nooo – powiedział Janek – to się fachowo nazywa czerpnio-wyrzutnia. Czytałem w „Młodym techniku”.

– Klawo jak cholera, Egon – zakpił sobie Fazi. – Czytałeś też, jak się tym złazi? W ogóle, czemu nie wejdziemy normalnie przez stację?

Kogut westchnął, zaczął wspinać się na otwarte obramowanie obiektu – kratownice osłaniające szyb wentylacyjny czekały na montaż nieco dalej.

– Przez stację nie wejdziemy, bo jest krata na schodach, głąbie – rzucił za siebie. – A o złażenie się nie martw, tu są klamry. – Przerzucił nogi przez krawędź i zniknął w czeluści.

Janek i Fazi spojrzeli po sobie. Ten pierwszy wyciągnął z kieszeni w bojówkach swoją dumę – wojskową latarkę Fultona. Skinęli obaj głowami i wdrapali się na budowlę.

– Jesteś? – zawołał Fazi w głąb szybu.

– Zamknij ryj, bo się zbiegną nocne stróże – doleciał z dołu pełen nagany szept. – Złaźcie, zamiast się czaić jak baby, albo idę bez was.

Kilka chwil później stali wszyscy trzej na dole. Z góry, przez szyb, dolatywało odrobinę światła. Na tyle, żeby zobaczyć kontury kumpli i nic więcej.

– Patrzcie pod nogi, chłopacy, bo zaraz który wywinie orła i rozkwasi pysk – ostrzegł Kogut. – Idziecie za mną, bo ja już wiem którędy.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie, w ciemność.

– Aha – odezwał się jeszcze. – Jak masz kisić tę latarkę w łapach, to na damski chuj ją brałeś?

Janek, nie czekając na dalsze nagany, pstryknął przełącznikiem i bajecznie jasne światło kryptonowej żarówki zalało dno tunelu na kilka metrów przed nimi. Na betonowym leżu spoczywały pieczołowicie przymocowane szyny, już-już gotowe na przyjęcie pociągów. Trakcja zasilająca czekała na założenie osłon, po ścianach z obu stron tunelu ciągnęły się wiązki kabli, niczym wiązka żył, tętnic i ścięgien jakiegoś podziemnego Lewiatana, który właśnie ich połknął. Co jakiś czas w świetle latarki ukazywał się prześwit w ścianie tunelu, a za nim pusta, mroczna przestrzeń.

– Co tam jest? – Janek machnął latarką.

– Dodatkowe tory. Chyba. Albo tajna stacja… – zaryzykował Fazi.

– Ta-ak, tajna stacja. Do wożenia książek z Biblioteki Narodowej – mruknął Kogut. – W łeb się stuknij. Po prostu jakieś rozjazdy czy coś. A dalej drugi tunel.

Szli naprzód powoli, nawet Kogut nie popędzał, chociaż przed chwilą jeszcze zgrywał twardziela. Teraz jemu także udzieliła się duszna, klaustrofobiczna atmosfera. W trzewiach miasta było cicho, chociaż gdzieś na granicy słyszalności czaiło się zwielokrotnione, gasnące echo ich kroków, odległy szum przeciągu i inne, niedające się zidentyfikować dźwięki, sprawiające, że nerwy chłopaków napinały się jak postronki. Szli coraz wolniej, ostrożnie stawiając kroki, a każde nieopatrzne stuknięcie glanem w szynę powodowało nagły skok pulsu i przyśpieszony oddech.

– Jest klimat, co? – zapytał Kogut. – Mówiłem, że będzie ekstra. Tylko się nie posrajcie ze strachu, bo nie będę wam pieluch zmieniał.

Tamci tylko pokiwali w ciemności głowami, cierpliwie znosząc uszczypliwości przewodnika.

Minęło sporo czasu, nim idący na przedzie Kogut zerknął na zegarek z fosforyzującym cyferblatem.

– Jeśli dobrze kombinuję, to zaraz powinniśmy dojść do stacji, ostatnio zajęło mi to mniej więcej tyle czasu.
Ostatnie słowa odbiły się głośniejszym i głębszym echem. Plama światła rzucanego przez fultona wydobyła z ciemności przed nimi kwadratową boczną ścianę i galeryjkę, prowizorycznie odgrodzoną deskami pomalowanymi w biało-czerwone pasy. Fazi z zadowoleniem mruknął coś pod nosem. Chwilę później ich oczom ukazała się boczna krawędź peronu i po następnych kilku metrach stanęli na skraju stacji.

Stali tam, wpatrując się w mrok stworzonej przez człowieka, betonowej groty. Janek wodził latarką wokół, a w snopie światła ukazywały się kolejne rzeczy – kamienna posadzka peronu wznoszącego ponad nimi, ziejący czernią otwór wejściowy, który oczekiwał na założenie drzwi, złożone na stertę rurki i kształtki, zwoje kabli, sterczące ze ściany uchwyty oczekujące na jakieś nieznane instalacje.

– Wow.

– Fuck.

– No. Mówiłem wam, że będzie odjazdowo.

Stali przez moment, onieśmieleni halą, która po przejściu tunelem wydawała się ogromna. Owszem, nie tak wielka jak Centralny, może nawet nie tak duża jak Śródmieście, ale to było coś całkiem innego. Najprawdziwsza stacja najprawdziwszego metra, w dodatku wyglądająca tak, jakby już za chwilę, za momencik, miała zacząć działać. Zdawało się, że na peron, przy którym stali, zaraz podjedzie pociąg. Gdzieś z boku wyjdą ludzie, wsiądą, pojadą – może na Politechnikę, a może na to zadupie na Kabatach, gdzieś pod lasem, gdzie kończyć się miało metro.

– Ruchy, dziewczęta. – Kogut podparł się na rękach i podciągnął na posadzkę peronu. Wyciągnął obie ręce, pomagając kolegom wskoczyć na górę. Stali teraz na stacji, rozglądając się wokół, wodząc wzrokiem za wędrującą plamą światła rzucaną przez latarkę Janka.

– No, to jest coś, ja cię walę – wyrwało się chłopakowi. – Szkoda, że nie mamy aparatu!

– Gówno byś i tak zrobił po ciemku, tylko kliszę zmarnował. Pamiętam te twoje zdjęcia z tej twojej mapy z tego ogniska wtedy, weź pędź – skrzywił się Fazi. Ruszył wzdłuż krawędzi peronu, rozglądając się i przystając co parę kroków. Kogut powędrował ku środkowi platformy, gdzie z posadzki sterczały chromowane rurki owinięte folią, czekające prawdopodobnie na montaż tablic informacyjnych. Janek zadarł głowę w górę i poświecił latarką na strop.

– Ej, weź tu poświeć! – zawołał Fazi.

W tym momencie za ich plecami rozległo się chrząknięcie i potężny snop światła omiótł po kolei całą trójkę intruzów.

– Stać gdzie jesteście, gnojki – rozległ się zmęczony, basowy głos należący do człowieka świecącego im prosto w oczy.

– Chodu! – wrzasnął Kogut i nie oglądając się na pozostałych, skoczył na tory i zniknął w gardzieli tunelu. Janek w panice chciał podnieść ręce w górę, ale zreflektował się i także skoczył z krawędzi peronu, boleśnie tłukąc kostką o szynę. Potknął się, ale poderwał i skoczył naprzód.

– Stać, gówniarze jedne, i tak was dorwę! – wrzasnął rozwścieczony stróż. W pustce stacji rozległ się spanikowany, piskliwy od adrenaliny krzyk Faziego i tupot jego kroków.

Janek nie czekał na rozwój wydarzeń, tylko biegł, w panice potykając się o szyny i zawadzając co rusz o trakt energetyczny. Światło latarki omiotło go od tyłu, rzucając przed nim jego własny cień, długi i pokracznie podrygujący. Za plecami słyszał jeszcze kolejne krzyki. W nagłym przebłysku olśnienia wyłączył latarkę, pozwalając zbawiennym ciemnościom ukryć go przed wzrokiem napastnika.

Musiał zwolnić i biegł teraz spokojniej, bardziej miarowo, ciężko dysząc i wymachując na boki rękami, żeby zyskać jakąkolwiek orientację. Gdzieś przed sobą usłyszał stukot angielek po betonie. Zacisnął mocniej latarkę w rękach i przyrżnął skronią w coś wyjątkowo twardego, niewątpliwie metalowego, wystającego z boku, ze ściany tunelu.

Stracił przytomność i runął na beton.

Stalkerzy - Robert Adler

– Wo wohnst du?!

Janek zacisnął powieki z bólu. Skroń pulsowała, wysyłając fale cierpienia przez całą głowę. Czerń pod powiekami przenikały czerwone, nakładające się plamy. Musiał porządnie przyrżnąć łbem o te wystające z sufitu szyny. Rozchylił powieki, próbując dociec źródła powtarzających się krzyków po niemiecku.

Leżał w tunelu metra, tym samym – chyba – w którym stracił przed chwilą świadomość. Zamiast jednak znajomych twarzy kumpli z osiedla w jasnym snopie padającego z boku światła zobaczył coś, co go przeraziło.

Nad nim stał na krótkich nogach karzeł, ubrany w skórzany płaszcz i groteskową, chromowaną pikielhaubę. Na ramieniu dyndał mu karabin, którego Janek nie rozpoznał.

– Wo wohnst du?! – darł się karzeł.

– Frodo, odpuść sobie, nie strugaj Niemca. – Nad karłem pojawiła się krępa sylwetka. Ten drugi także był pod bronią, odziany w złachmaniony mundur uzupełniony najdziwniejszym sprzętem. Pośród gęstej, rudej brody błysnęły zęby.

„A więc istnieją także złe hobbity…”.

Kiedy ocknął się ponownie, leżał na czymś miękkim, podparty do pozycji półleżącej. Obok niego klęczał rudobrody i jeszcze jeden mężczyzna o chudej, wąskiej twarzy i ciemnych oczach, ogolony na łyso. Ubrany w pikielhaubę i płaszcz, szatański hobbit siedział nieco dalej, wprost na betonie, razem z jeszcze jednym mężczyzną. Wszyscy wyglądali jak pokraczni wojownicy rodem z Mad Maxa albo jakieś innego filmu katastroficznego – zarośnięci, zakurzeni, uzbrojeni po zęby.

– Skąd się tu wziąłeś, młody? Przejście piesze jest w tunelu wschodnim, tędy jeździ drezyna. Masz szczęście, dzieciaku, że akurat jest przerwa nocna, bo by cię przejechali!

– Co? – zapytał głupio Janek, potrząsając głową. Skroń tętniła tępym bólem.

– Nic, karwa fa – mruknął brodacz. – Pokaż to, mały. Nieźle przypieprzyłeś! – Bez cienia delikatności chwycił chłopaka za twarz i obrócił go tak, że światło czołowej latarki zamocowanej na wojskowym hełmie zaświeciło mu prosto w oczy. Niezwykłe, białe światło, przy którym jego odlotowy wojskowy fulton wydawał się ogarkiem. Hełm natomiast… hełm był kanciasty i obciągnięty materiałem, jak w amerykańskich filmach na Polonii 1 i na kasetach, które namiętnie oglądał.

– Wygląda tylko na rozcięcie. – Kucający obok chudzielec wyciągnął dłoń i otarł chłopakowi krew z czoła.

– Ile widzisz palców? – zapytał, wystawiając dłoń.

– Trzy – odparł Janek. Tamten skinął głową.

– Podziękuj Madonnie Tuneli, że cała przygoda się dobrze skończyła. Wracamy na Pole, idziesz z nami. Ja jestem Suchy, a ty?

– Janek. – Chłopak niemrawo wyciągnął dłoń w geście powitania. Suchy uścisnął ją.

– To jest Borka – powiedział takim tonem, jakby to imię wyjaśniało wszystko, jakby przedstawiał prezydenta RP.

– Aha – odparł Janek.

– Nie jesteś od nas, co? Nie widziałem cię też nigdy na Politechnice – zapytał Borka. – Skąd się tu wziąłeś? Z której stacji cię przyniosło? Z Placu Konstytucji? Czy z południa?

– E? Jestem z Ksawerowa. A wy jesteście jakimiś żołnierzami? Jakaś taka Służba Ochrony Kolei, czy coś? Proszę pana, my nic złego nie robiliśmy! Po prostu chcieliśmy sobie obejrzeć metro, no wie pan. Nie mogliśmy się doczekać końca budowy! Nie robiliśmy nic złego…

Mężczyźni spojrzeli po sobie, bez słowa wstali i odeszli kilka kroków. Zaczęli szeptać między sobą. Karzeł obejrzał się przez ramię, dźwignął na nogi i podszedł znów do chłopaka.

– Pokaż to, dzieciaku – powiedział schrypniętym głosem. Oddech śmierdział mu alkoholem – Ależ żeś przyjebał.
Zaczął grzebać w przerzuconej przez ramię torbie, po chwili wyciągnął stamtąd metalową piersiówkę i kawałek białego płótna.

– Tylko go nie zabij, rzeźniku – roześmiał się czwarty z mężczyzn.

– Wal się, gliniany klocu – odgryzł się karzeł. Polał Jankowi ranę na głowie śmierdzącym alkoholem z piersiówki, a potem pociągnął potężny łyk. Chłopak syknął głośno, otarł czoło dłonią.

– Nie wij się. Der Kopf se rozciąłeś, a mażesz się jak baba. Czołgowi raz od granatu łeb całkiem urwało i nawet słowa nie pisnął – mamrotał karzeł pod nosem, odwiązując głowę chłopaka pasem płótna. – No, może być. Jestem Dieter, ale wołają na mnie Frodo. Bo jestem wielkim, karwa fa, bohaterem. Zbawcą świata.

Wyciągnął rękę i pomógł Jankowi wstać. Spojrzał na niego z dołu.

– W sumie to kawał chłopa z ciebie. Te, Borka, patrz na małego, jaki dobrze odżywiony. Buty nowiuśkie, ciuchy czyste, do tego młody, w wieku Strażaka chyba, no nie?

– Frodo, stul ryj, rozmawiamy – rzucił Suchy przez ramię.

– Taaa, jaśnie państwo oficerstwo dowództwo Gespräch sobie urządzają, a ty, Soldat, milcz i się ucz. – Splunął na betonowe dno tunelu.

Borka z Chudym podeszli do chłopaka, uważnie przyglądnęli mu się w rażącym świetle lampki czołowej.

– Skąd jesteś, mówiłeś? – zapytał rudobrody.

– Ja, wo wohnst du? – wyszczerzył się znów Frodo, poprawiając pikielhaubę na głowie.

– Z Ksawerowa, mieszkam na Abramowskiego. Panowie, my naprawdę nic złego, to tak tylko… – głos niebezpiecznie mu zadrżał. – Po prostu chcieliśmy zobaczyć metro…

– Tam nie ma żadnej kolonii, żadnej społeczności, przynajmniej nie było pół roku temu, jak szliśmy tamtędy. Od kiedy tam mieszkasz?

– Całe życie, proszę pana, dziewiętnaście lat prawie… – wydusił Janek. – O co chodzi? Chcieliśmy tylko…

– Wiem, karwa fa, zobaczyć metro. Skąd ty się wziąłeś, młody? – Uzbrojony mężczyzna złapał go za połę bluzy, zerknął znów na nowiutkie glany, specjalnie wieczorem wypastowane na nocny wypad, potem uważnie przypatrzył się twarzy chłopaka. – Ty nie mieszkasz pod ziemią, prawda, mały? Nie ta cera. Żarcie też masz dobre, zęby jak nowiutkie. Mam rację?

– Nooo… W bloku mieszkam, normalnie. – Chłopak wzruszył ramionami.

– Jestem Borka, dowódca Szturmowców, oddziału stalkerów stacjonujących w Kryształowym Pałacu. A kim ty jesteś, młody? – Mężczyzna postąpił krok naprzód. Górowal nad chłopakiem i przytłaczał go swoją brutalną obecnością. – Posłuchaj mnie, albo ja czegoś nie kapuję, albo ty masz jakiś problem z kojarzeniem po walnięciu się w głowę. Ale nikt zwyczajny nie mieszka w bloku na powierzchni. A jeśli już, to nie całe życie, chyba że jest ono wyjątkowo krótkie albo jest odpornym na promieniowanie mutantem. Wprawdzie mogę się mylić, ale ty nie wyglądasz na mutasa, który radzi sobie z radiacją, więc coś mi tu, karwa fa, nie trybi.

Przez chwilę mężczyzna mierzył chłopaka wzrokiem. Jankowi pot wystąpił na czoło, wreszcie wypalił piskliwym ze zdenerwowania głosem:

– Proszę pana, proszę mnie puścić, ja muszę wrócić do domu, bo mnie rodzice zabiją. Ja się muszę do matury uczyć – wydusił błagalnym tonem. Na moment zapadła cisza, a potem wszyscy mężczyźni ryknęli gromkim śmiechem, aż echo poniosło się po tunelu.

– Gratuluję żartu. – Suchy poklepał Janka po plecach. – A który mamy teraz rok?

– Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty – odparł chłopak. Śmiech zamarł nagle, równie gwałtownie jak wybuchł.

– Nie – spokojnie powiedział Borka. – Dwudziesty rok po Zagładzie. Nie dziewięćdziesiąty czwarty.

– No jak Boga kocham! – uniósł się honorem Janek. – Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty. Marzec dokładnie, druga połowa. Konkretnie czternasty marca. Tfu, cholera, pierwsza połowa!

– Siadać – warknął Borka.

– Nie na torach, matole, bo wilka dostaniesz – trzepnął karła po karku. – Z boku. Musimy się naradzić.

Rozsiedli się podkładając sobie oporządzenie pod tyłki. Czterech uzbrojonych jak na wojnę mężczyzn i wystraszony chłopak w glanach i bluzie z kapturem. Przez dłuższą chwilę dowódca wypytywał chłopaka o szczegóły jego wizyty w metrze, potem o kolegów, mieszkanie, zajęcia, szkołę i całą resztę. Janek rozkręcał się i opowiadał coraz chętniej i barwniej, tym bardziej, że ci mężczyźni zachowywali się, jakby pochodzili z zupełnie innego świata i nie mieli pojęcia, o czym mówi.

Podpytywali o detale, wymieniali między sobą uwagi, rzucając nazwami nieznanych stworzeń, dyskutowali o promieniowaniu i innych, mało zrozumiałych sprawach.

– Wy tu, panowie, przepraszam, żyjecie w tym metrze? – zapytał w końcu. Jeden z dziwacznych żołnierzy potwierdził skinieniem głowy.

– Jesteście ten, bezdomni? Bo widziałem w „Ekspresie reporterów” o tym program. Że tam pod ziemią, w kanałach, czy coś.

– Nie, jesteśmy stalkerami, stacjonujemy w Kryształowym Pałacu, konkretnie na Polu Mokotowskim – powtórzył podaną wcześniej informację Suchy.

– Żyjecie w metrze na serio? A policja? A robotnicy? W ogóle ludzie? Gdzie wy się chowacie?

– Policja to jest na stacji Muranów. Pociągi? Od dwudziestu lat żaden skład nigdzie nie pojechał. Co najwyżej drezyny, jak w Kryształowym Pałacu. Ludzie? A co z nimi ma być? Żyją wszędzie pod ziemią, jak każdy teraz.

Janek opuścił głowę, zagapił się na swoje buty. Przez chwilę milczał, potem potrząsnął głową i zaczął nerwowo chichotać.

– Wiem – powiedział wreszcie, patrząc na siedzących wokół stalkerów. – Już wiem, wy jesteście jak te paniensy z Seksmisji, no nie? Siedzicie pod ziemią i myślicie, że na zewnątrz była wojna i tam nic nie ma. Oszukali was, a wy tu żyjecie. To pewnie jakiś dodatkowy tunel czy coś, nie? Jakiś bunkier po komunistach się został?

– Suchy – chrząknął Frodo – ty jesteś miłośnikiem archeologii. Co to ta Seksmisja? Jakaś akcja z dymaniem?

– Nie – odparł Suchy. – Nie z dymaniem. To taki film był, taka komedia, o kolesiach, których zahibernowano, a potem obudzili się w świecie po Zagładzie. Tylko tam było inaczej, bo się na koniec okazało, że Zagłada nie była naprawdę, karwa fa.

– Aha – odparł karzeł. – Z dymaniem byłoby ciekawsze – dodał po chwili, wywijając dolną wargę.

– Ale słuchajcie, tam na górze jest normalny świat – powiedział Janek niepewnie, jakby nieco mniej przekonany do swoich słów.

– Założysz się o to? – Rudobrody pochylił się ku niemu, jakby czytał w jego myślach i widział te wątpliwości. Po chwili bez słowa wstał, poprawił karabin, plecak i rzucił: – Idziemy do nas. Ty też, młody. Prześpimy się i zobaczymy, co i jak.

Bez dalszych ceregieli ruszył naprzód, a reszta stalkerów za nim, biorąc Janka w środek.

– Panowie, ja nie ucieknę – odezwał się nieśmiało, kiedy otoczyły go sterczące na boki lufy karabinów.

– Spoko, wiemy, dlatego idziesz między fachowcami. Jakby miało coś wyskoczyć, to nie musisz nigdzie wiać – rzucił karzeł spod pikielhauby, nie podnosząc nawet głowy. – Zresztą to akurat bezpieczny teren, tutaj ludzie rządzą. Poza tym co zrobisz, między regały z książkami pobiegniesz? – Machnął ręką w bok, gdzie majaczyło dodatkowe torowisko, o którym Janek rozmawiał z chłopakami tak zdawałoby się niedawno.

Tym razem nie było tam pustej przestrzeni. W błyskach światła z latarki dowódcy migały długie rzędy półek, zapełnione po brzegi książkami, papierami, stertami różnych przedmiotów. Dalej widać było stoły warsztatowe, jakieś maszyny, narzędzia… Sam tunel też wyglądał inaczej. Ściany były brudne ze starości, zacieki rdzy i wytrącającego się z cieknącej wody wapnia znaczyły tunel liszajami. Zniknęło całe okablowanie i instalacje, pojedynczy kabel zwisał przymocowany do ściany drutem.

Magistrala zasilająca zniknęła, a beton między szynami znaczyły stare plamy i zbierająca się w załomach wilgoć. Wszystko zaś przykryte było cienką warstwą kurzu i jakby wilgotne, lepkie. Także echa w tunelu miały teraz inne tony – prócz przeciągu słuchać było odległe kapanie wody, szmery, szelesty, jakby odległy, przytłumiony gwar wielu głosów, odbijający się echem w jelicie miasta.

Wędrowali dość długo, wydawałoby się, dłużej niż poprzednio, gdy chłopcy szli w przeciwną stronę, ale też Janek nie był w stanie stwierdzić, czy i kiedy minęli szyb, którym razem z kolegami dostał się do metra. W drodze w tamtą stronę, nakręcony adrenaliną, nie zwracał uwagi na upływ czasu. Teraz, kiedy emocje opadły, a ból rozciętej głowy zaczął doskwierać coraz mocniej, droga dłużyła się. Wreszcie przed sobą zobaczył przytłumione światła.

Idący na przedzie stalker ściągnął lampkę z czoła i machnął nią kilka razy. Wkrótce minęli zwalistego mężczyznę siedzącego na starym fotelu ukrytym za betonowym klocem, z karabinem postawionym z boku i książką na kolanach, oświetloną płomykiem kopcącej świecy. Borka i reszta wymienili z nim uściski dłoni, ale nikt się nie odezwał. Chłopak, przechodząc, rzucił okiem na lekturę wartownika, ale dostrzegł tylko stronę pełną dziwnych technicznych schematów i drugą, zadrukowaną gęstym maczkiem, w której przy takim świetle ledwie odróżniał litery.

Idąc dalej, minęli niewielką lokomotywę, jakiś rodzaj drezyny, przerobionej najwyraźniej z seryjnego sprzętu. Stała cicha i zimna, z doczepionym małym wagonem – odkrytą platformą, na której leżały jakieś pakunki. Janek oderwał wzrok od drezyny i spojrzał przed siebie. To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach.

Przed nim rozpościerało się… coś. Nie miasto, bo było za małe, nie osada nawet, ale dziwne, podziemne schronisko. Mrok zalegał na peronie stacji metra – stacji, która nie była w budowie. To była stacja, której najlepsze czasy dawno już minęły. Resztki częściowo zdemontowanej infrastruktury nadal wyzierały spod dobudowanych instalacji. Na peronie rozłożyły się na wpół prowizoryczne zabudowania, a jego jedną stronę wypełniał dziwaczny, sklecony z najdziwniejszych materiałów twór, przypominający blok mieszkalny. Pojedyncze punktowe lampy stwarzały nastrój mrocznego wieczoru, niczym samotne latarnie wiszące gdzieś na ścianach podwórkek-studni, jakich pełno w starszych częściach Warszawy.

Budki – kramy, może warsztaty – okupowały skraj przejścia, biegnącego wzdłuż torowiska, którym tu dotarli. Na ścianach zachowała się metalowa, niebieska listwa z napisami „Pole Mokotowskie”. Kilku nieogolonych mężczyzn, podobnych rachitycznym wikingom, siedziało przy sporym stole, kończącym pierzeję zbudowanych z dykty i blachy budek. Na stole stała lampa naftowa, w jej wnętrzu pełgał nikły płomyk. Ludzie ci ubrani byli w wysłużone drelichowe fartuchy, przypominające kolorowe kitle lub warsztatowe ubiory ochronne. Znoszone, zużyte ubrania, do tego blade, wychudzone twarze o ziemistej cerze, od dawna pozbawionej słońca.

Najstarszy z nich, wąsaty, z masywnymi, naprawionymi drutem okularami na nosie, podniósł głowę.

– Wrócili stalkerzy – rzucił i wstał. Borka wraz z ludźmi zbliżył się do stołu. Krótki uścisk dłoni tych dwóch mężczyzn wystarczył za powitanie.

– Dobrze, że jesteście. Opowiadaj, coście załatwili u tych fanatyków.

– Zaraz. Najpierw mam tu dodatkową niespodziankę. – Borka obrócił się i gestem ręki przywołał Janka.

– Mały jebnął głową o tubing i mówi, że jest z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. Bredzi coś o życiu na powierzchni i innych takich dyrdymałach, chociaż przyznam, że brzmi przekonująco, a wygląda też niezwykle. Weźcie go do lazaretu, niech Jadzia mu łeb opatrzy i da jakieś, wiesz, środki przeciwbólowe.

– Szymon. – Mężczyzna w okularach przywołał siedzącego nieco dalej chłopaka, próbującego lutować coś przy mizernym świetle lampy. – Weź tego młodzieńca… jak ci na imię, synu? Janek. Dobrze. Weź Janka do pani Jadzi. Niech się nim zajmie. Słyszałeś, co powiedział dowódca?

Szymon tylko skinął głową i ruszył w głąb peronu, nie czekając, aż przybysz się z nim zrówna. Odchodząc, za plecami Janek dosłyszał jeszcze nieco ściszonym głosem wymówione słowa „pranie mózgu”, reszta wypowiedzi mu już umknęła.

Szli przez mroczną stację, między instalacjami i zabudowaniami. Część z nich pełniła najwyraźniej funkcje mieszkalne, część warsztatowe, jeszcze inna – tego Janek nie był już w stanie rozpoznać. Na wielopoziomowych kojach, przypominających wagony sypialne, musieli mieszkać ludzie; gdzieniegdzie płachty zakrywające wejścia były podwinięte, w środku widać było mieszkańców, zajmujących się swoimi sprawami pomimo później pory. Zza jednej z zasłon na dźwięk ich kroków wyjrzała młoda kobieta.

– Szymon – zawołała cicho w ich kierunku – Szturmowcy wrócili?

– A, to ty, Emilia. – Chłopak wzdrygnął się na dźwięk jej głosu. – Tak, wrócili. Pan Borka też, wygląda na całego i zdrowego.

Kobieta spuściła wzrok, jakby speszona domyślnością Szymona. Wymamrotała podziękowania i zeskoczyła z koi na peron, podkasując spódnicę. Jej kroki szybko ucichły za ich plecami.

– A, ty… – Szymon spojrzał na niezwykłego gościa. – To prawda, co mówił dowódca stalkerów? Że ty nie jesteś z metra?

– Tak, to prawda – odparł Janek. Trudno mu było zebrać myśli, pulsujący ból potęgował mętlik w głowie wywołany niedawnymi wydarzeniami.

Mimo że Szymona najwyraźniej zżerała ciekawość, nie spytał już o nic więcej. Bez słowa przeprowadził przybysza przez całą stację, aż weszli na małą galerię biegnącą wzdłuż torów. Przewodnik zastukał do drzwi, gdzie dawniej musiało mieścić się jakieś pomieszczenie techniczne. W chwilę później odezwał się za nimi zaspany głos, a drzwi uchyliły się gładko i bez skrzypnięcia.

Za nimi stała wysoka, siwowłosa kobieta w sięgającym kostek frottowym płaszczu kąpielowym nieokreślonego koloru. Długie włosy miała upięte w kok i obwiązane nylonową siatką. W pobrużdżonej, przedwcześnie postarzałej twarzy gorzało bystre, inteligentne oko. Drugie zaciągnięte było kataraktą. Mimo to twarz kobiety miała przyjemny, matczyny lub bardziej babciny wyraz troski, jakby chciała wyciągnąć ramiona i zaopiekować się całym światem.

– No co tam, chłopcy? – spytała. – O, a ciebie to ja nie znam, młodzieńcze. Jak masz na imię?

– Jestem Janek, proszę pani – odparł chłopak posłusznie.

– Szturmowcy go przyprowadzili, pani Jadziu. Naczelnik prosił, żeby mu opatrzyć głowę, a pan Borka chciał, żeby mu dać leki przeciwbólowe.

Pani Jadzia wywróciła zdrowym okiem i sapnęła.

– Młode koty, niech ich pershing porwie. Wrócił i już się rządzi, skaranie Boskie z dzieciakami – zagderała, ale raczej pro forma niż z faktycznej złości.

– Dziękuję ci, Szymek, biegnij spać. A ciebie, młody człowieku, zapraszam w moje skromne progi. Tylko cicho, bo tu ludzie śpią.

Pomieszczenie okazało się nadspodziewanie duże. O ile Janek się zorientował, zajmowało przestrzeń pod schodami wyjściowymi ze stacji na powierzchnię. Część wnętrza osłonięta była prześcieradłami, zwieszającymi się z metalowych rusztowań. Słychać było niespokojne oddechy i ludzi przewracających się we śnie.

Starsza pani pociągnęła go w bok, na drugi koniec pomieszczenia. Szybko zebrała koc i poduszkę z leżanki i usadziła tam chłopaka. Zakręciła korbką przy ręcznej latarce, a gdy zabłysło jasne, białe światło, wręczyła mu ją i nakazała trzymać w wyciągniętej ręce.

– No to pokaż, chłopcze, co tam masz. – Jednym ruchem ściągnęła mu z głowy opatrunek założony przez Froda. Janek syknął z bólu, bo krew skrzepła już i płótno przylepiło się do rany. Lekarka obejrzała skaleczenie, cmoknęła i sięgnęła po stojącą na pobliskiej półce butelkę.

– No, przynajmniej ci to przemył, krasnal jeden – skomentowała. – Skaranie z nim, sanitariusz niby, ale taki pożal się Madonno. To są dobrzy chłopcy, tylko młodzi. A młodzi czasem za szybko myślą. No, nic się nie stało, na szczęście to małe rozcięcie, obejdzie się bez szycia. – Spojrzała na niego z góry, taksując chłopaka jedynym sprawnym okiem. – Ale muszę wyciągnąć kawałek rdzy i znów zdezynfekować.

Przyciągnęła przez skaleczenie szklaną pałeczką wyciągniętą ze słoika, a następnie nasączyła kawałek spranego płótna płynem z butelki. Janek poczuł silny, drażniący zapach alkoholu, a potem ostry ból, kiedy spirytus przypalił ranę.

– No, no, spokojnie, mały. To dobry medyczny specyfik, nie te ich atomowe samogony. – Pani Jadzia uśmiechnęła się do niego.

Z zamykanej na klucz szuflady w stojącym pod ścianą biurku wyciągnęła listek z tabletkami i rolkę przylepca. Chwyciła skórę na czole Janka w dwa palce i ściągnęła wokół rany.

– Trzymaj, młodzieńcze, w takiej pozycji – zaordynowała. Szybkim szarpnięciem zębów oddarła dwa kawałki przylepca i precyzyjnie nakleiła mu w poprzek rozcięcia. Potem poklepała go po plecach.

– I po krzyku, najwyżej ci blizna mała zostanie. Ale dziewczyny lubią chłopaków z bliznami, no nie? – Uśmiechnęła się, podając mu tabletkę. – Jeszcze tylko weź to, uśmierzy ból.

Janek posłusznie przełknął tabletkę. Napięcie ostatnich wydarzeń – nielegalne wejście na teren metra, podniecenie podziemną wędrówką, wpadka z nocnym strażnikiem, potem paniczna ucieczka, wypadek i wreszcie te niemieszczące się w głowie wydarzenia, które rozegrały się potem – wszystko sprawiło, że chociaż powieki mu opadały, nie mógł się uspokoić i wyciszyć. Wkrótce jednak leki najwyraźniej zaczęły działać, bo poczuł się niewyobrażalnie spokojny.

– Nie jesteś stąd, prawda, młodzieńcze? – spytała lekarka, przyglądając mu się z zaciekawieniem.

– Nie… – odparł, próbując skupić na niej wzrok. – Jestem… ja… Nie wiem, jak to powiedzieć. Pewnie też by mi pani nie uwierzyła… Jestem z południa – wypalił wreszcie, znajdując idealne obejście problemu, które, jak sądził, oszczędzi mu dalszych pytań.

– Z Twierdzy? To ciekawe – słyszał głos pani Jadzi jakby przez mgłę. – Interesujące o tyle, że młode koty przyszły ze Świętego Krzyża, to w przeciwnym kierunku. Jak cię tam zaniosło, to nie wiem…

Chłopak chciał coś odpowiedzieć, wyjaśnić, ale oczy mu uciekły i poczuł niezwykłą słabość. Doszły go jeszcze, jakby z oddali, życzenia słodkich snów, a stare, ale silne i troskliwe ręce ułożyły go na leżance. Odpłynął w ciemność bez majaków.

***

Ocknął się na betonowej posadzce, trzęsąc się z zimna. Od podłogi ciągnęło. Po omacku wygrzebał z bocznej kieszeni spodni swojego fultona i zapalił.

Znajdował się w surowym, betonowym pomieszczeniu o gołych ścianach. W głowie mu szumiało, przed oczami przelatywały mroczki, a czoło bolało jak jasna cholera. Dźwignął się i świecąc przed siebie latarką, wyszedł przez pusty otwór drzwiowy.

Na zewnątrz znajdowała się galeryjka, odgrodzona od torowiska kawałkiem plastikowej, biało-czerwonej taśmy, rozpiętej na sterczących drutach zbrojeniowych. Poniżej w świetle latarki zalśniły szyny.

Janek skręcił w bok i wyszedł na stację. Pod łukowatym sklepieniem, które omiótł światłem latarki, zalegały materiały budowlane – stosy kamiennych płyt, worki z cementem, zwoje kabli, pęki rur, beczki, puszki, narzędzia. Wszędzie unosił się drobny pył, powietrze pachniało rozcieńczalnikiem, świeżą farbą i wilgotnym betonem. Chłopak obejrzał się – za plecami miał schody.

Niewiele myśląc, wspiął się po nich, przeszedł przez krótki hol i drugim ciągiem schodów zaczął piąć się wyżej. Z zewnątrz dolatywały powiewy wiatru i dalekie, nocne odgłosy miasta. U szczytu schodów, kiedy widział już nocne niebo i odblask latarni na Alejach Niepodległości, a jego uszu dobiegł warkot samotnego przejeżdżającego poloneza, natknął się na stalową kratę.

Kilka chwil zajęło mu zorientowanie się, że w jednym rogu nie jest przyśrubowana. Przecisnął się między prętami a ścianą i wybiegł na górę.

Kogut i Fazi siedzieli na nieczynnym przystanku. Fazi miał w oczach łzy i mamrotał coś, Kogut siedział po cichu, ale chodnik pod jego stopami był równomiernie opluty i zasypany niedopałkami, tym razem wypalonymi prawie do filtra. Na odgłos jego kroków obydwaj poderwali się jak na komendę.

– Gościu, karwa fa, nie było cię cztery godziny. Jest po drugiej – wydusił tylko z siebie Kogut. – Gdzie ty się podziewałeś?! Prawie się tu zesraliśmy!

– Walnąłem się w głowę o coś w tunelu – wyjaśnił Janek, czując się idiotycznie. – A potem…

Na chwilę zapadła cisza.

– Potem straciłem przytomność i nie wiem, co się działo.

– Fuck, gościu, ale fart, że wszystko OK. – Kogut z podziwem i uczuciem ulgi poklepał kolegę po plecach.

– Noo… Ja ledwo dałem nogę – dorzucił Fazi.

– A ty w ogóle, taki nieprzytomny, ale łeb sam se załatałeś – pochwalił Kogut.

– Co? Ech, no tak. – Janek sięgnął dłonią do czoła, gdzie pulsującym bólem dawało o sobie znać rozcięcie. Pod palcami poczuł szorstkość dwóch pasków przylepca ściągających ranę.

Uśmiechnął się do siebie.

– Spadamy na sześćsetkę, matka mnie zabiję, jak nie będę rano w domu – rzucił i ruszył na południe. Wzdłuż linii metra.

 

Konstancin–Jeziorna, 15–17 lipca 2014

 

Pobierz w wersji epub | Pobierz w wersji mobiPobierz w wersji pdf

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Może Ci się również spodoba