Rozdział 10 – Przedwieczne podziemia

Godar rozejrzał się ciekawie po mrocznej pochylni. W przedzie, w dole przed nim, ludzie zapalali i unosili pochodnie powyciągane naprędce z juków. Za jego plecami przemyślna platforma ukrywająca podziemny tunel skrzypiała i jęczała pod ciosami piaskowej burzy.

– Nie kłopocz się, wytrzyma – zawołał do niego przewodnik, stojący poniżej. – Wytrzymała wiele razy więc i teraz nie ma co sobie zaprzątać tym głowy. Tam na górze jest już piekło.

– Wszystko na to wskazuje – mruknął Godar, patrząc na wąskie smużki piasku sypiące się na gliniane klepisko. Ruszył w dół, w ciepły mrok, zostawiając za sobą ryk rozszalałego żywiołu i rozglądając ciekawie. Ściany z ubitej gliny przeszły gładko w suszoną na słońcu cegłę. Pochylnia pożłobiona była płytkimi rowkami zapewniając oparcie stopom.

– Imponujące.

– Nieprawdaż? – przewodnik poczekał aż towarzysz do niego dołączy i szli powoli w dół, poprzedzani głosami ludzi i zwierząt. Łukowato sklepiony korytarz rozszerzył się w kolistą salę, wystarczająco dużą, aby cała karawana pomieściła się w niej bez problemu. Kilka łuczyw zatknięto w przygotowane uchwyty na ścianach. Wielbłądy zostały sprawnie rozjuczone i wkrótce polegiwały na posadzce, a ludzie rozkładali posłania.

– Robi wrażenie – skomentował Esele, podchodząc do obu mężczyzn i lekko skłonił się przewodnikowi. – Wybaczcie to zamieszanie z patrolem, panie.

– Nic z waszej winy, a ten tu chłop na schwał już mi pomógł, zakopując ciała. Kiedy burza przejdzie przez pustynię sam Tloluvin nie znajdzie tych żołdackich bękartów.

– A nas ktoś znajdzie? – zagadnął Esele. – Zostaniemy tu zasypani.

– Młodzieńcze,  zaufaj mi, nie pierwszy raz chronimy się w tej oazie, jej mieszkańcy – nim wytraciły ich zielone płaszcze – regularnie konserwowali mechanizm klapy i regulowali go, więc jest nadal w dobrym stanie.

– Mówiłeś, że czemu żołnierze z Cloigeann wycięli całą oazę w pień? – Godar przysiadł na jednym z rozłożonych pod ścianami Sali juków. Spojrzał z powagą na starego człowieka.

– Na cóż ci to widzieć? Ot, wojna się toczy, wojsko przychodzi i odchodzi, czasem zabiorą wielbłądy, czasem spalą chatę, pogwałcą kobiety, mężczyzn zabiją albo wcielą do armii. Tym razem po prostu zrobili wszystko to naraz. Jaki masz w tym udział, prócz niezdrowej ciekawości, czarnowłosy wojowniku?

– Obciąża moje sumienie, chociaż stało się to bez mojej wiedzy – niegłośno odezwał się barbarzyńca.

– Wolałbym tego nie wiedzieć – przyznał przewodnik, kręcąc lekko głową. – Tak mi się zdawało, żem cię już gdzieś widział, chłopcze. W jednym masz rację i czyny złego generała obciążają sumienie króla.

– Zbyt długo gniłem w twierdzy. Teraz to widzę. Otępiał mi umysł od luksusów.

Przewodnik wyłowił wzrokiem postać Walerii spomiędzy reszty, znacząco spojrzał na Godara.

– Każdy by zgnuśniał przy niej, gdyby tylko miał szansę – uśmiechnął się pod nosem a jego ogorzałą od słońca i piachu twarz poznaczyły głębokie zmarszczki, otaczając pajęczyną bruzd jego jasne, jakby wyblakłe oczy. – Co oczywiście cię nie tłumaczy. Jestem tylko starym przewodnikiem karawan, więc nie na miejscu jest, bym cię pouczał, jednak gdybyś chciał znać moje zdanie, to dobry król powinien ukarać złego generała, kiedy już dowie się o jego nieposłuszeństwie…

Godar prychnął pod nosem i pokręcił głową.

– Wierz mi, człowieku, że zrobię to osobiście gdy tylko uda mi się położyć łapy na tym wysuszonym kutasie. Jednak chwilowo oddziela mnie od niego dość pokaźna armia, więc to nie czas by działać zapalczywie.

– To prawda. Emocje dobre są w grze w tarmaka. W przypadku kobiet i polityki dobrze jest postawić na myślenie i planowanie. A teraz wybacz, osiłku, muszę zadbać o karawanę – co rzekłszy mężczyzna dźwignął się i wmieszał w rozkładający obozowisko tłum posługaczy. Spokojnym, mocnym głosem wydawał polecenia i rozdzielał zadania.

Czarny i jego towarzysze złożyli swoje skromne bagaże u jednej ze ścian. Króla fascynowała sama podziemna budowla – znajdowali się w niskiej, kolistej pieczarze, kopulasto zwieńczonej. Biorąc pod uwagę czas, jaki zajęła im droga do tego miejsca po pochylni prowadzącej od wejścia musieli znajdować się kilkanaście metrów poniżej poziomu oazy. Ściany wyłożone były cegłą z suszonej gliny, podobnie sklepienie. W równych odstępach wzdłuż ścian rozmieszczone były masywne, kamienne kolumny. Nie były jednak wyciosane ze skał wapiennych, jak można byłoby się spodziewać w takim miejscu. Ich powierzchnia była czarna, szklista, w pełgającym świetle pochodni wydawała się wręcz oleista. Każdą kolumnę znaczył jeden duży symbol, wyryty w jej powierzchni. Godar zbadał kilka najbliższych i odkrył, ku swojemu zdziwieniu, że wyglądają na wytopione w tej dziwnej skale. Głazy takie jak te widział już wcześniej – kiedy za młodu przebył wraz z Rhosami wody Litorynu i wypłynął na Ocean Ciemności na zachodzie. Po tygodniach rejsu przybyli do przeklętej wyspy, na której żył lud dziki, nie znający cywilizacji. W kraju tym góry dymiły i pluły ogniem zaś źródła były wrzące i miast płynąć wśród traw tryskały z ziemi pod ciśnieniem prosto w stalowoszare, zimne niebo. Zbocza gór zbudowane były z podobnych skał i Rhosowie powiedzieli mu, że kamień taki rodzi się w ogniu, trawiącym trzewia tej wyspy – rozpalonej we wnętrzu, a na powierzchni skutej lodem.

– Widziałaś już takie symbole? – zapytał Walerii, która podeszła i stanęła przy jego ramieniu. Dziewczyna jedynie pokręciła głową. Podobnie uczynił Esele, stając przy drugim jego boku.

– Hej, człowieku – Godar zaczepił jednego ze zbrojnych, przechodzącego opodal. – Byłeś już w tym schronieniu?

– Co znaczą te runy? – zapytał, gdy tamten potwierdził.

– To nie runy – odparł wojownik – ani żaden z alfabetów ludzi pod słońcem. Ale nie będę z tobą o nich rozmawiać, człowieku, ani nikt inny z nas, więc nie pytaj o to. Te symbole są tabu.

Co rzekłszy szybko odszedł, pozostawiając oniemiałą trójkę przy czarnej kolumnie.

– Co tu się wyprawia? – warknął barbarzyńca. – Żeby król nie wiedział, co się dzieje w jego własnej dziedzinie…

– Gwoli ścisłości, to ani ty już królem nie jesteś, ani ta dziedzina nie jest twoja – parsknęła Waleria. – A nawet w czasach, kiedyś grzał dupsko w Cloigeann z moją wydatną pomocą, to ta jama raczej leżała poza twoją władzą.

– Tym gorzej to o mnie świadczy. Jest coś przeklętego w tej nadmorskiej twierdzy i w całym tym kontynencie. Gdyby nie zraniona duma cisnąłbym wszystko, dotarł nad Ocean Ciemności i pożeglował byle gdzie.

Palcami przesunął po wytopionych w czarnym kamieniu liniach nieznanego symbolu.

– Wydaje  mi się, jakbym już gdzieś to widział. Za młodu – mruknął. – Ale nie przypomnę sobie tego teraz.

Wrócił do sakwy, wyciągnął z niej suchara i bukłak z rozwodnionym winem i zaczął się pożywiać. Siadł pod ścianą.

– Temu co? – Esele wskazał na zamyślonego barbarzyńcę.

– Nic, ten typ tak ma – wzruszyła ramionami Waleria. – W każdym razie nie raz widziałam go, jak oddawał się rozmyślaniom zapominając o całym świecie. Za jakiś czas mu przejdzie, sapnie, wstanie i coś zrobi. Prosty model.

Rozsupłała swoje juki i też zaczęła się pożywiać, kiedy podszedł do nich młody poganiacz, właściwie jeszcze chłopiec.

– Pani? – zagadnął, kiedy kilkukrotnie bezskutecznie próbował zaczepić zamyślonego Godara.

– Nie mam pieniędzy ani nadmiaru jedzenia – odburknęła, sznurując sakwę.

– Nie, pani. Nie potrzebuję. Was interesują symbole, tak? – usłyszawszy to skinęła głową. Esele przysunął się bliżej. Chłopak przysiadł na piętach.

– To stare symbole. Nie z tego świata. Zrobili je bogowie z gwiazd, którzy przybyli tu na ognistych rydwanach. Miotali błyskawice z dłoni i palili piasek na skałę.

– Widziałeś to? – z powątpiewaniem zapytała Waleria.

– Ja nie. Ani mój dziadek, ani dziadek jego dziadka, to było dawniej. Rzeki były krótkie, góry płaskie a niebo czerwone jak krew kiedy przybyli z gwiazd wielcy bogowie i uczynili z gliny ludzi a potem zeszli pod ziemię. To był ich ostatni bastion.

– To? – drwiąco spytał Esele. – Ta nora w starej oazie?

Chłopak jęknął, kiedy twarda, przyzwyczajona do miecza dłoń zacisnęła się na jego nadgarstku. Uniósł głowę i przed sobą zobaczył rozgorączkowane oczy czarnowłosego, brodatego przybysza z północy.

– Jak się zwali? – warknął na granicy słyszalności. Chłopak ze strachem w oczach próbował wyrwać rękę z żelaznego uścisku, lecz nie zdołał.

– Nie ludzie to były, lecz desjanie. Dahaun – wskazał na pierwszy wypalony w kolumnie symbol. Potem pokazywał kolejne.  – Volt. Efrel. Carsultyal. Tascela. Xotalanc. Rama. Chat. – palec wskazywał kolejne kolumny i kolejne symbole.

– Rzekłeś: Volt? – zapytał z wolna Godar.

– Tak panie – odparł chłopiec i zdołał wreszcie uwolnić się z uścisku Czarnego. – Volt Topór, skrzydlaty pan z nieba, Volt Ptak.

Esele wciągnął głośno powietrze. Waleria spojrzała na niego pytająco.

– Volt o ptasiej twarzy, bóg, który podarował Topór Wojny samemu Korisowi Gormańczykowi – wyjaśnił tamten zduszonym szeptem. – Niewiele o nim wiadomo, a to jedynie, że Kulawiec z Gormu odnalazł Volta w jaskini i tam dostał swój oręż, zaś sam Volt miał ptasią głowę i skrzydła.

– To bajki kapłanów ze wschodu. Wzdłuż Kagery czczą bogów o głowach zwierząt – mężczyznę z głową szakala, mężczyznę z głową sokoła a nawet kobietę z głową kota. Niewarte uwagi brednie – prychnęła Waleria pogardliwie. – Tak, jak ich architektura. Toporne kwadratowe kopce pośrodku pustyni.

– A jednak mówią, że Gormańczyk dostał swój oręż od boga starszego i potężniejszego niż on sam. Który z tych symboli oznacza Volta? – Godar intensywnie wpatrywał się w chłopaka. Tamten wstał i z pewnym wahaniem wskazał jeden z rytów na kolumnach. Obalony król z wolna dźwignął się i podszedł. Długo studiował linie wyryte w czarnej skale w migotliwym świetle latarni. Wydawało się, że wszystko wokół zamarło. Ucichły ludzkie głosy i porykiwania zwierząt, odsunęli się w czasie i przestrzeni sami ludzie i ich juczne zwierzęta, zniknęły gdzieś rumaki, migotanie płomieni, cegły z suszonej glony. Barbarzyńca powiódł czubkami palców po gładkich, jakby zeszklonych rytach znaczących głęboko skalną kolumnę. Ciężka, naładowana iskra przebiegła od kamienia do jego palca, strzeliła wyładowaniem jak mały piorun, błysnęła i zniknęła w ciemnościach.

Nagle jakby ściany rozsunęły się, rozwarła się rysa w glinianych cegłach a z wyrwy uczyniło się przejście. Barbarzyńca postąpił krok naprzód, w ciemność. Zagłębił się ponownie tym nowootwartym przejściem w trzewia ziemi. Nad głową miał łukowaty stop, przed sobą ciemność, lecz gdzieś w dali igrały cienie, jakby płonące w otchłaniach ognie i dalekie rytmiczne echo, jakby bębny grały w głębinach. Postąpił krok naprzód i otwarła się przed nim inna sala podziemna, lecz odmienna od poprzedniej.

– Volt – rozległ się głos odległy, donośny i potężny lecz nie grzmiący jak ryk Croma Cruacha ani nie przejmujący lodowatym dreszczem jak syk Tloluvina, choć tam samo świdrujący. Powtórzyło go echo, bo dobiegł jakby z wielkiej dali, czy raczej z wielkiej wysokości, tak, jakby nad głową barbarzyńcy nie było glinianej kopuły lecz jasna, błękitna kopuła niebios. Uniósł twarz i spojrzał, lecz nie było to niebo ludzi, nie było to niebo jego rasy. Nieboskłon piął się ku zenitowi czerwonymi, szkarłatnymi i wpadającymi w purpurę smugami, targanymi wichrem. To było pierwotne niebo z czasu narodzin i zmierzchu bogów, którzy wtedy stąpali po pierwotnej skale pokrywającej planetę, a gdzie postawili stopę tam rozkwitały legendy.

Wysoko, prawie w zenicie, gdzie wisiała kula białego ognia, kołowała zdawałoby się maleńka sylwetka. Rozległ się skwir i powietrze zadrgało rozdarte okrzykiem skrzydlatego boga. Godar przyklęknął na kolano, oparł prawą dłoń o spaloną ziemię i oddał hołd powietrznemu władcy, szepcząc jego imię tak cicho, że głos zwykle potężny i nawykły do rozkazywania utonął w czarnej, gęstej brodzie. Ptasi, nieludzki krzyk znów rozdarł powietrze i rozległ się łopot skrzydeł, który wywołały potężny wicher. Tuman pyłu poderwał się w górę, otoczył przyklękniętego barbarzyńcę, zawirował i uformował tornado, to zaś rozwiało się jak mara, gdy na ziemię miękko opadł skrzydlaty mąż.

Cerę miał ciemną, szaty proste – skórzany kaftan nabijany czerwonymi ćwiekami, krótkie spodnie i skórzane sztylpy. Głowę jego okalały długie, barwne pióra sterczące niczym korona. Oczy miał żółte, bystre, przeszywające i odgadujące wszelkie tajemnice czy to człowiecze czy skrywane przez inne rasy. Wydawało się gdy opadał na ziemię, że nos miał długi i ostry, lecz to był dziób zajmujący dolną część twarzy, masywny, rogowy, twardy jak skała, na której nieznana siła wyryła jego imię. Taki sam był głos, którym przemówił przywrócony z pomroki dziejów bóg.

– Kim jesteś, że ośmielasz się wzywać moje imię? – potężne skrzydła rozłożyły się na całą szerokość, zakrywając połowę horyzontu i uderzyły, wzbudzając wicher i kurzawę. Towarzyszył temu ogłuszający łoskot.

– Jam jest Godar Czarny, wojownik zrodzony z Fibasa i Zurki, z władztw Gedana nad Litorynem, wódz Estów, oficer Rhosów i tan Nordów. Kaper Morza Wewnętrznego, król z własnego nadania i własnej siły w Cloigeann, wcześniej generał powstania trakickiego, wojownik alemański, danecki i porohacki. Udzielny władca Lodomerii i namiestnik Bankiwy. Badacz ksiąg na równi ze sztuką władania mieczem, orędownik żelaza i taktyki, biegły jednako w obalaniu leśnych pni jak i zdejmowaniu głów z karku toporem. Obecnie zdetronizowany wygnaniec z własnego wyboru i wierny Korisa Gormańczyka.

Volt Ptak wydał kolejny głośny okrzyk od którego zadrżała ziemia i złożył skrzydła, przysiadając na skale, która wyrosła nagle pośród jałowej równiny.

– Chromy z wyspy… – głos boga brzmiał teraz niczym kląskanie ptaka o przedświcie. – Tegom imienia dawno nie słyszał, chociaż doszły mnie wieści, że się wsławił czynami walecznymi, mądrością w walce, rozwagą w rządzeniu, zaś topór który wznosił z moim imieniem na ustach nie został okryty wstydem, gdyż używał go do obrony swego plemienia. Powiedz mi barbarzyńco, ile minęło czasu od tamtych wydarzeń?

Godar uniósł głowę i spojrzał w gorejące, żółte oczy, które przywiodły mu na myśl oczy łownego sokoła.

– Wieki i eony minęły, panie Volcie, a imię tego, co nosił twój topór przeszło do legendy i zostało ubóstwione. Nie chodzą już pod żółtym słońcem i błękitnym niebem ludzie, których pradziadowie choćby pamiętali tamten czas. Żyje on tylko w sercach wojów, który wzywają imienia Korisa w walce, kiedy idą na ostrza.

– Wzywają imienia Korisa – zaskwirzył Volt jakby ze smutkiem, lecz ten ton był w ptasim głosie ulotny i mógł być tylko złudzeniem. – Jakże więc znasz moje miano, Godarze o czarnych włosach, skoro najprzedniejszy z mych uczniów stał się historią tak odległą?

– Czcimy cię panie i cześć ci oddajemy, boś ty Gormańczykowi podarował topór wojny, ostrze mocy i zniszczenia, które przyniosło mu sławę i zasiało strach w sercach jego wrogów i tak wciąż o tobie pamiętamy. Do dziś wojowie mężni przy ogniu w czas wojny opowiadają sobie historię o wyprawie, która w nadmorskiej jaskini odnalazła starego boga a tylko jeden odważny dość i godny z jego rąk otrzymał ostrze, jakiego nie miał nikt przed nim i nikt po nim, a tym to toporem zgładził potęgę nieprzyjaciela, który przybył z innego świata.

– Tak było i nie ma w tym kłamstwa – przyznał bóg. – Wstań i mów ze mną jak równy, ludzki wojowniku. Nie jest martwy ten, który śpi wiekami, lecz ja przespałem eony wobec których śmierć jest igraszką. Widziałem narodziny twojej rasy, opowiedz mi więc, co porabiają twoi pobratymcy gdy osiągnęli już wiek dojrzały.

Godar uniósł się z klęku, usiadł i skrzyżował nogi. Spojrzał w oczy Volta Ptaka i z wolna zaczął snuć opowieść o historii ludzkiego rodu od czasów legendarnych coraz bliżej ku sobie współczesnym. O wojnach wielkich i ogarniających kontynenty i o tak samo rozległych imperiach, w których granicach słońce nigdy nie zachodziło. O wojownikach płomiennowłosych z północy, płowowłosych znad zimnych mórz północnego kontynentu i czarnoskórych, bitnych dzikusach z serca kontynentu południowego. O piratach z Morza Wewnętrznego, mędrcach z Wielkiej Wyspy, dekańskich zastępach w zaprzęgniętych w najprzedniejsze rumaki rydwanach. O wojach, nadgranicznych stanicach, twierdzach latami obleganych, co padły od zdrady i takich, od których najeźdźca odstąpić musiał, bo go przyroda samotrzeć pokonała. Mówił o górach ogniem plujących, krajach białych od wiecznego lodu, w których na nocnym niebie tańczą zielone płomienie, rozległych równinach, nad którymi wznoszą się dymy obozowisk, górach wysokich a urwistych, w których jeno ptaki drapieżne gniazdują i puszczach mrocznych, gdzie ludzka stopa nie postała a zwierz dziki żyje tak samo od zarania czasu, nim człowiecze spojrzenie spoczęło na czymkolwiek. O ludziach pieszych, o mistrzach koni i tych, co z łodzi na ląd gdy nie musieli to nigdy nie schodzili.

I słuchał Volt stary a przedwieczny, znużony wiekiem a wiecznotrwały, bóg powietrza skrzydlaty, bitny a gnuśny, znudzony niepamięcią ludzkiego rodu, co sobie pomniejszych ubóstwił a przedwiecznych w pomroce niepamięci przez wieki pogubił. Głowę obracał, skrzydła rozkładał i składał, oczami błyszczącymi przenikał duszę obalonego króla z wybrzeża i szukał fałszu w jego słowach o krainach wschodu, zachodu, północy i południa. Ważył na szali jego opowieści o czynach, o wojnach, bogactwach, wojownikach i królowych, paniach mądrych i panach zapalczywych. Aż wreszcie Godar Czarny barbarzyńcą zwany zakończył swoją opowieść, Volt zaś, Ptak przedwieczny, skinął ptasią głową i złożył mu pokłon jakby hołd uznania oddawał całej ludzkiej rasie.

– Dobrześ uczynił przyzywając mnie przez wieki. Zawołałeś do mnie poprzez gwiazdy i przybyłem. Raduję się widząc, jak wielkich czynów dokonali potomkowie mojego wybrańca i chociaż moje imię należy do drugiego szeregu przedwiecznych bogów, to nadal jesteśmy wielcy. Korisowi z Gormu podarowałem topór. Tobie Godarze znad Litorynu ofiarowuję taki również, lecz także i inny oręż ode mnie dostaniesz, potężniejszy jeszcze i trudniejszy do spożytkowania – wiedzę i pokorę. Czeka cię osobista rozprawa, lecz od tego, co ty zrobisz, zależą losy wielu krain i wielu istot twojej rasy.

– Panie Volcie – Godar przyklęknął znów i pięścią dotknął piersi, oddając honor jakby dowódcy.

– By nikt nie mówił, żeś odszedł z pustymi rękami, bo twoja rasa lubi znaki widzialne, przyjmij ten dar, chociaż to pomniejszy, bo ten najważniejszy musisz odnaleźć w sobie samym – bóg rozprostował skrzydło, powietrze wokół lotek zgęstniało. Zaiskrzyło jakby grom uderzył i w powietrzu zmaterializował się bojowy topór. Ciężkie drzewce zakończone było z jednej strony ostrzem, pokrytym wytrawionymi w metalu ornamentami, z drugiej zaś ciężkim obuchem bojowego młota.

– Topór Volta. Topór Korisa. Topór Godara – ozwał się ostatni raz bóg i uderzywszy skrzydłami wzbił się w purpurowe niebo, wzbudzając kurzawę szkarłatnego pyłu, który otoczył Godara.

Szarpnięty podmuchem barbarzyńca upadł na twarz, w dłoniach ściskając oręż. Zacisnął powieki czekając, aż pył opadnie i trwał tak, aż uczuł czyjąś dłoń na ramieniu.

– Godar, mój królu – posłyszał głos Walerii. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą zatroskaną twarz dziewczyny.

– Bogom niech będą dzięki, ocknąłeś się!

– Nie jestem królem – wychrypiał Godar. – Daj mi wody, kobieto, bo o suchym pysku źle nam się będzie gadało.

Podała mu bukłak, odczekała aż zaspokoi pragnienie i spojrzała na niego z pytaniem w oczach. I czymś, co być może było wyrzutem.

– Byłeś nieprzytomny trzy dni – powiedziała takim tonem, jakby to była wina Godara Czarnego.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *