Rozdział 5 – Trzewia ziemi

Zatrzymali się dopiero głęboko pod zamkiem, poziom niżej, niż przetrzymywano Godara. W trakcie przyspieszonego odwrotu Waleria kilkukrotnie pozwalała sobie poddać w wątpliwość sens ucieczki głębiej do wnętrza lochów, co ciekawe – jednocześnie utwierdzając się w przekonaniu, że zbrojna ucieczka przez wyższe poziomy nie byłaby możliwa.

– Mogliśmy cię przebrać – rzuciła, zastanawiając się nad tym całkiem poważnie.

– Chyba za pałacową dziewkę – zakpił zdetronizowany władca. – Najlepiej za łaziebną w stroju służbowym – co rzekłszy wymierzył dziewczynie kuksańca w bok o takiej sile, że przekoziołkowała kilka metrów po kamienistym podłożu.

– Jak mnie tak będziesz traktował, to… – zaczęła, ale nie dane było jej skończyć, bo z ust wykradzionego więźnia złożonego pod jedną ze ścian wydobył się przeciągły jęk. Zbliżyli się do niego i zobaczyli jedno przytomnie otwarte oko w opuchniętej twarzy. Drugie niknęło pod sińcami. Kiedy Esele rozpoznał Godara jęknął ochryple i zamknął oko, jakby czekając na cios. Zamiast tego posłyszał śmiech.

– Otarłem się o śmierć – powiedział Godar – a ta kazała mi zabrać łapy z jej tyłka. Z nas dwóch to ciebie gorzej potraktowano. To kara za głupotę, przyznałeś się i zostałeś kozłem ofiarnym.

Były dowódca gwardii wymamrotał coś pod nosem z trudem, wyschnięte gardło nie pomagało w komunikacji. Waleria pomogła mu usiąść i napoiła szczodrze.

– To moje listy – wychrypiał w końcu dowódca gwardii – ale stare. Za poprzedniego władcy pisane.

Waleria ukryła twarz w dłoni gestem rozpaczy, chociaż między palcami przedostawał się chichot. Godar splunął ciężko.

– Jesteś tępym osłem, Esele. Mogłeś chociaż siebie ocalić, bo na mnie i tak już te cuchnące szakale szykowały zasadzkę.

– Nie sądzę – odchrypnął tępy osioł. – Musieliby się mnie i tak pozbyć, bom był lojalny.

Waleria wreszcie roześmiała się pełnym głosem.

– Posłuchajcie samych siebie, Esele. I ty, Godarze – podniosła się z kucek, otrzepując krótką tunikę. Porzuciła wreszcie uniżone „mój królu” i spoglądała teraz na nich obu z pełną rozbawienia kpiną. – Jeden i drugi jesteście osły, siebie warci. Musiała was uratować dziewczyna, inaczej jeden zostałby karmą dla szczurów, a drugiego połamali by kołem.

Przysiadła znów na głazie. Ten poziom lochów był prawie w całości naturalnymi jaskiniami. Tu i ówdzie znać było ludzką rękę, ślad dłuta czy oskarda zostawiony na kamieniu, lecz większość korytarzy i pieczar była naturalna. Środkiem wielu przejść ciurkała woda, duże, oleiste krople spływały po ścianach i kapały ze sklepień Nie było w tych otchłaniach nietoperzy, za to pleniły się bujnie fosforyzujące w ciemnościach grzyby. Nie było to miejsce, w którym można było się ukrywać w nieskończoność, nawet, gdyby mieli większe zapasy jedzenia. Dodatkowo uwolnienie zdetronizowanego króla, biorąc pod uwagę tchórzliwe motywy Botonengi, mogło przejść niezauważone przez wiele dni, ale już wybicie do nogi straży przy Eselem musiało najwyżej w ciągu kilku godzin zaalarmować cały garnizon. Nadchodzącej nocy gwardia królewska będzie przeżywała bardzo trudne chwile, jej członkowie bowiem byli naturalnymi podejrzanymi, którzy mogli przygotować spisek. Waleria mogła wprawdzie zaryzykować prześlizgnięcie się z powrotem do komnat w donżonie, ale nie miało to najmniejszego sensu. Nie pałała do nowego władcy uczuciem, chyba, że mówimy tu o nienawiści. Udało jej się usuwać sprzed jego oczu, ale to też oznaczało, że nie ma szansy na dyskretne poderżnięcie staremu zdradzieckiemu piratowi gardła.

W tej sytuacji ucieczka z twierdzy była jedynym wyjściem. Pytanie brzmiało, jak jej dokonać.

– Podwodna studnia – wychrypiał Esele, kiedy został znów napojony, nakarmiony i doszedł już do siebie na tyle, że mogli odbyć naradę.

– Mamy zejść jeszcze niżej? – wyraziła swoją wątpliwość dziewczyna. Esele wzruszył ramionami i skrzywił się z jękiem, kiedy pękły strupy.

– Możemy zrobić co chcemy, możemy nawet zginąć w walce na wyższych poziomach – odparł. – Koris Gormańczyk lubi takich, prawda, królu?

– Przestańcie mnie wszyscy tytułować królem – warknął Godar. – Taki ze mnie król, jak z koziej dupy sakwa na monety. Albo jak nie przymierzając z ciebie dowódca gwardii. A Korisa mogę chwalić i wielbić równie dobrze pod gorącym słońcem, co na uczcie w wieczności, nigdzie mi się nie śpieszy, dopóki nie muszę.

– To prawda – przyznał Esele. – Dlatego właśnie studnia. Podwodna studnia, która biegnie z lochów do zatoki na wschód od Cloigeann. Wylotu od strony morza nie widać, bo jest poniżej linii pływów. Zatoka jest osłonięta od strony twierdzy urwiskiem, więc mamy niejakie szanse powodzenia. O ile nie utopimy się po drodze. Z dwojga złego lepiej umrzeć w walce niż się utopić jak byle pirat, ale w wodzie przynajmniej mamy niejakie szanse.

– Śmierć jest dla słabych – zaśmiała się Waleria. – Wy możecie umierać kiedy chcecie, ale jeśli chodzi o mnie – to nie dziś.

– Stanowczo nie dziś – odparł Godar. – Mamy trochę jedzenia, mamy wodę, mamy też kilka godzin spokoju. Możemy odczekać i nabrać sił zanim staniemy do walki z gniewem morza. Tymczasem jednak uważam, że powinniśmy się ruszyć. Jeżeli znasz drogę do tej twojej studni, to lepiej, żebyśmy obozowali tuż obok niej gdyby przyszło nam jednak mierzyć się z pogonią szybciej, niż zakładam.

Co rzekłszy dźwignął się z głazu na którym przysiadł, wsunął zdobyczny żołdacki miecz za pas, rzucił dziewczynie worek z zapasami i chwycił swojego dowódcę gwardii pod ramiona. Tamten zareagował wypuszczając ostro powietrze między zębami i zaciskając opuchnięte powieki.

– Już nie dramatyzuj, żebra masz chyba całe, po prostu dałeś się otłuc jak pies kijem.

– Trzeba było zobaczyć tamtych – wycedził gwardzista przez zaciśnięte zęby. – Kilku ma teraz łatwiej oddychać przez usta, bo zęby nie blokują im dostępu powietrza – próbował zażartować, ale na jego twarzy rysowało się cierpienie.

Bez dalszej zwłoki ruszyli w głąb pieczar. Esele często przystawał i rozważał drogę na rozwidleniach, szukając uczynionych na granicie znaków, które tu pozostawili z towarzyszami w czasie dawniejszej wyprawy. Zawsze jednak kierowali się w dół, podążając tropem wąskich, skromnych strumyczków ciurkających tu i tam. Łuczywo rzucało migotliwe odblaski na kamienne, wilgotne ściany. Czarne, lśniące skały były tu wygładzone przez wodę, która tysiącleciami drążyła korytarze u podstawy urwiska, przeciskając się między warstwami kamieni. Odgłos ich kroków grzązł w zimnej, wilgotnej, jakby lepkiej ciemności, prawie nie budząc ech. Jedynym dźwiękiem prócz szurania sandałów i oddechów trójki uciekinierów było ciche, odwieczne kapanie kropel i szmer wody pod nogami    . Gdzieniegdzie ciemność rozjaśniał upiorny, zielonkawy lub siarkowo żółty blask bijący od kęp grzybów, które porastały ściany grubymi kobiercami. Gdy zbliżyło się do nich płonącą pochodnię, połacie grzybni zdawały się pulsować, napinać i rozluźniać na przemian, jakby w chorobliwym, drżącym oddechu, wprawiając trójkę ludzi w upiorny nastrój.

– Daleko jeszcze? – spytała Waleria i pożałowała, bo jej głos zabrzmiał w wąskim przejściu głucho, jakby wydobywał się z urny pogrzebowej. Dziewczyna aż się wzdrygnęła.

– Nie wiem – odparł szczerze Esele. – Byłe tam raz, kilka lat temu. Od tamtej pory nie zapuszczałem się na te poziomy, bo nie było takiej potrzeby.

Godar zaśmiał się chrapliwie i umilkł gwałtownie, bo ta nagła kaskada dźwięku wróciła do nich zniekształcona, spotworzona, brzmiąc jakby zaśmiał się im w twarz sam książę Tloluvin o czerwonych oczach. Tym razem Czarny wzdrygnął się, zupełnie jakby poczuł grot strzały przebijający skórzane portki na jego tyłku.

– Lepszej opcji i tak nie mamy, już to ustaliliśmy – odparła Waleria. – Zdechnąć tutaj czy się utopić, co za różnica.

Przystanęła i wydobyła z worka ostanie łuczywo. Odpaliła głownię od poprzedniego, które już ledwo się tliło i odrzuciła wypalony ogarek.

– Chodźmy więc – stęknął Esele.

– Tak właśnie powiedziała – mruknął Godar i trochę podtrzymując a trochę niosąc rannego ruszył znów naprzód, w głąb ziemi, w trzewia urwiska.

Stawiali krok za krokiem, wolno i ostrożnie, bo dno korytarza zrobiło się wilgotne i śliskie. Kolonie grzybów rozrastały się i pokrywały coraz większą powierzchnię ścian, schodziły także pod stopy wędrowców. Kiedy się na nie nadepnęło, uginały się sprężyście z przykrym, wilgotnym mlaśnięciem, jak mięso rzucone na kamienny kuchenny blat. Bijący od grzybni blask stał się tak silny, że Waleria zgasiła pochodnię i brnęli przez upiorny, fosforyzujący półmrok w całkowitym milczeniu. W podziemnym korytarzu słychać było jedynie szmer wody, mokre plaśnięcia kropel, obrzydliwe odgłosy deptanej grzybni i sporadycznie jęki Eselego, kiedy rany dawały znać o sobie.

Wyszli zza zakrętu korytarza i nagle ściany uciekły na boki, strop poszybował w górę. Znaleźli się w pieczarze, której przeciwległy kraniec i sklepienie ginęły w ciemnościach. Rozpalili ponownie łuczywo i przystanęli. Ogromne połacie świecącego zielonkawo i żółtawo grzyba pokrywały skałę. Blask zdawał się przygasać i rozpalać na nowo, w rytm chorobliwego pulsowania grzybni, jakby jakiś tajemny stwór oddychał. Obok nich z kamiennego podłoża wyrastała kolumna sięgająca stropu ukrytego w ciemnościach. Strużki mętnej wody spływały po niej, żłobiąc rowki w pionowej skale. W jej wnętrzu pulsowało światło, wydostające się na zewnątrz przez krystaliczne inkluzje o złowieszczej, rubinowej barwie.

– Jak ogień w piersi smoka – mruknął cicho Godar. – Jakby spał tu od wieków, od dziwnych eonów, usnął tak głęboko, że ten sen nie różni się już niczym od śmierci.

– Jakbyś kiedy widział smoka – burknął Esele, wyswobadzając się z pomocnych objęć towarzysza i ciężko przysiadając na skałce wolnej od grzybni. Wyciągnął dłoń do Walerii, prosząc o bukłak z wodą i napoił się obficie.

– Są na tym świecie rzeczy, które widziałem, a o których wam się nawet nie śniło – odparł Czarny. – Widziałem ognie płonące pośród gór, statki brodatych wojowników z północy płonące na otwartym morzu, nie dalibyście wiary, jakie napotkałem zwierzęta i jakie ludzkie plemiona po drugiej stronie Morza Wewnętrznego, nad Litorynem, w Tule, gdzie nigdy nie topnieją śniegi a noc trwa całymi miesiącami, aż ludziom od tego miesza się rozum i idą w lasy bratać się z dzikimi stworami.

– Brrr – wstrząsnęła się dziewczyna. – To są opowieści, którymi mogłeś mnie raczyć w łaźni albo na macie, gdyśmy ćwiczyli szermierkę. Opowiesz o tym pod słońcem, kiedy się wydostaniemy, a nie w tym przez bogów przeklętym i zapomnianym miejscu. Jesteśmy w trzewiach ziemi i zaraz nas ten gigant strawi.

Esele wstał i pokuśtykał w kierunku ledwo widocznego z boku wylotu innego korytarza. Zagłębił się w niego na kilka kroków rozglądając uważnie.

– Wiem, gdzie jesteśmy – powiedział. To są faktycznie trzewia ziemi. Już tutaj byłem. A tam – wskazał dłonią na przeciwległy koniec pieczary – jest dupa. Tamtędy się wydostaniemy.

Potykając się i kuśtykając ruszył w kierunku przeciwległego krańca kawerny. Godar i Waleria podążyli za nim niezwłocznie. Szli z wolna po gładkim kamieniu, wilgotnym i śliskim. Tu i ówdzie z podłoża wyrastały gigantyczne skalne kolumny, niektóre z nich przetykane wykwitami rubinowego kryształu, pulsującego chorym światłem. Im dalej zapuszczali się w ciemność, tym grubszą warstwą pokrywała wszystko fosforyzująca grzybnia.

– Esele – zagadnął Godar – kiedy tu byłeś ostatnio?

– Dawno. Przed nastaniem Czarnego na tronie w Cloigeann – odparł mężczyzna. – Muszę przyznać, że bardzo się tu zmieniło, gdyby nie znaki zostawione w tamtym korytarzu prawdopodobnie nie poznałby tego miejsca.

– Wtedy też było tu tyle tego plugastwa? – barbarzyńca chwycił płat grzybni i rozdarł go potężną dłonią. Odgłos jaki się rozległ przypominał trzask kości odzieranych z mięsia.

– Wtedy nie było go tu wcale – odparł Esele. – To nowa rzecz, nie wiem, skąd się wzięła i chyba wolałbym nie wiedzieć, gdyby to nadal była moja sprawa.

– Nadal może się to stać twoją sprawą – zauważył Godar. – O ile mój plan się powiedzie.

– Twój plan? – zapytała Waleria zrównując się z nim i przyglądając mu się uważnie w migotliwym świetle łuczywa i w trupiej poświacie grzybni. – Jakiż to masz plan, o królu, co dzień temu zdychałeś przykuty do ściany w lochach? – odskoczyła szybko, bo łokieć króla wystrzelił nagle w bok i minął jej żebra o włos.

–  A ty podejdź tutaj, moja Walerio.

Gdy dziewczyna zbliżyła się, zadarł jej szaty odsłaniając nogi. Chwycił w mocarne palce mosiężną bransoletę, opasującą jej kostkę – znak jej niewolnego stanu – i niedbałym ruchem przełamał na pół, a potem odrzucił po ścianę.

– Od dziś jesteśmy równi sobie – oznajmił, marsową miną dając znać, że nie czas teraz na rozmowy o tej sprawie. Szybko wrócił do tematu.

– Plan jest prosty jak mało co. A dzięki swojej prostocie po prostu nie może się nie udać – poinformował swoich towarzyszy. – Otóż wyjdziemy teraz z twierdzy, zgromadzimy sojuszników w odpowiedniej sile, wrócimy i odbijemy Cloigeann.

– Och, faktycznie, plan prosty i genialny w swojej prostocie – zakpiła dziewczyna. – Jak mogłam na to nie wpaść? Jak tego dokonamy, przebierzemy się za kupców korzennych z południa?

Tym razem wielka łapa Godara dosięgła pleców Walerii i ta potknęła się po ciosem.

– Zanim zaczniesz jeszcze bardziej żartować ze swojego króla, który już zresztą królem nie jest, chciałem ci przypomnieć, że już kiedyś zdobyłem tę twierdzę. Mogę to zrobić znowu, jeśli najdzie mnie ochota. Prawda, Esele?

– Prawda, Godarze – mruknął tamten. – Chętnie pójdę ją podbijać razem z tobą, a korzystając z bitewnego zamieszania z przyjemnością dam ci w pysk z całej siły.

Barbarzyńca ryknął śmiechem i nie zraziło go nawet wyjątkowo paskudne, zawodzące echo, które jego towarzyszy przyprawiło o dreszcze.

– Należało ci się, bo jesteś kretynem. Gdybyś powiedział w czym rzecz, zamiast jak idiota przyznawać się do tych listów nawołujących do detronizacji władcy…

– Kiedy to były prawdziwe listy i ja byłem ich autorem – jęknął Esele. – Po prostu nie dotyczyły ciebie.

– Niewiarygodne – sarknęła Waleria. – Jak można połączyć we łbie tak wielką uczciwość z knuciem zdrady?

Esele przystanął, sapiąc ciężko. Odniesione z rąk oprawców rany naprawdę dawały mu się we znaki.

– Alkazar był człowiekiem na wskroś złym. Nie powinienem był najmować się u niego na służbę, skoro to już jednak zrobiłem, to obowiązkiem żołnierza jest służyć swemu panu. Lecz znów zmiana pana na drodze dyplomatycznej…

– Wielki paladyn Esele, praworządny dobry – zadrwiła dziewczyna. Chciała już poklepać obiekt swoich drwin po plecach, lecz w ostatniej chwili wstrzymała dłoń.

– Może tak byście się przymknęli? Czy to tutaj, mój miłujący swego władcę przewodniku po zasranych podziemiach? – co rzekłszy Godar wskazał na widoczną w słabym świetle studnię otwierającą się w dnie jaskini. Miała średnicę zbliżoną do wzrostu dorosłego mężczyzny, gładkie, pokryte wilgocią ściany i otwierała się bezpośrednio pod ich stopami.

– Słyszycie to? – zapytał Esele. Nastawili uszu i faktycznie po dłuższej chwili udało im się odfiltrować nowy dźwięk spośród dotychczasowych odgłosów kapiącej wody i słabych ech. Ledwo uchwytny, był nawet nie dźwiękiem, a wibracją, drżeniem, jakby dreszcz przechodził litą skałę u ich stóp. Jakby docierał do nich tylko zgaszony wielką odległością podmuch ogromnego wybuchu, który jest zbyt daleko, by usłyszeć huk.

– Fale przyboju – powiedziała wreszcie Waleria. – To słychać morze.

– Tak, to morze. Jest tuż za skałą. Bardzo blisko. Kiedyśmy badali dawniej tę grotę i tę studnię zaobserwowaliśmy, że woda w niej podnosi się zgodnie z rytmem pływów, tak, jak w morzu.

Godar przyjrzał mu się uważnie.

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że nikt nie sprawdził połączenia między tym otworem a otwartym morzem? Cały twój plan ucieczki mówiący o studni prowadzącej do morza opiera się na obserwacji, że w jakiś sposób są najwyraźniej połączone, bo kilka lat temu zaobserwowaliście przypływ i odpływ?

– Tak.

– Masz, Esele, bardzo optymistyczne nastawienie do życia i bezgraniczną najwyraźniej wiarę w swoje szczęście.

Wymianę zdań przerwała im Waleria, która oderwawszy kawał grzybni cisnęła go do studni.

– Nie jest wysoko – skonstatowała, zaglądając przez krawędź. – Widać wodę, jak się poświeci.

Zatrzymali się na skraju groty, przy studni, na jakiś czas. Esele ledwo trzymał się na nogach, chociaż robił dobrą minę do naprawdę paskudnej gry. Gdy tylko przegryzł trochę z ich skąpych zapasów zapadł w niespokojny, płytki sen. Pozostała dwójka trwała w ciszy, mężczyzna usiadł ze skrzyżowanymi nogami, przymknął oczy i zdawał się rozmyślać, kobieta ułożyła się na wolnym od grzybni kawałku skały, podłożyła worek pod głowę i wpatrywała się, milcząc, w ciemność pod stropem jaskini. Upływ czasu odmierzało tylko kapanie tysięcy kropel wody. Wysoko ponad ich głowami, miliony ton kamienia ponad nimi był świat pod słońcem, spalony upałem piach, rozgrzane brukowane ulice, pokryte kurzem rośliny. W trzewiach ziemi trwał pulsujący mrok, rozjaśniany fosforescencją miękkich, grubych płatów na wpół ożywionej materii.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *