Rozdział 4 – Opowieść łaziebnej

Waleria mało rozglądała się po drodze, kiedy zapuszczali coraz niżej w lochy, a potem jeszcze głębiej. Widziała już to wszystko wcześniej, kiedy szukała Godara, desperacko przeczesując podziemną część twierdzy przez ostatnie dni, gdy tylko dowiedziała się, że zdradzony król żyje. Odwiedziła wszelkie możliwe zakątki – każdy karcer, każdą ciemnicę, każdą celę, do której była w stanie się zbliżyć, nie narażając się strażnikom.

Gdyby ktoś zapytał ją w tej chwili, czemu to w ogóle robiła, nie byłaby w stanie udzielić jasnej odpowiedzi. Prawdopodobnie po dłuższej chwili wymamrotała by coś o wdzięczności, obowiązku, coś o długu, służbie, być może coś o przywiązaniu. Ale jednoznacznej odpowiedzi nie potrafiłaby udzielić nawet sobie samej.

Waleria mieszkała w Cloigeann całe życie. Odkąd sięgała pamięcią, jej światem były granitowe posadzki i pnące się ku niebu ściany. Komnaty służby zawsze pełne są dzieciaków. Zarówno wolni najemni jak i niewolnicy są przecież tylko ludźmi. Szczególnie haremy i łaźnie bywają miejscem, gdzie szczególnie wysoki jest przyrost naturalny. Waleria prawdopodobnie była owocem takiego właśnie zjawiska, chociaż nie wiedziała tego na pewno.

– Kim byli moi rodzice? – spytała jednej ze służących, gdy odrosła już od posadzki na tyle, żeby zadawać takie pytania. Nie znała bowiem ani matki, ani ojca.

– O twoim ojcu nie wiadomo nic nikomu – odarła starsza kobieta, sadzając sobie brzdąca na kolanach. – Twoja matka nie uznała za stosowne nikomu nic na ten temat powiedzieć i zabrała tę tajemnicę ze sobą.

Służąca wpatrywała się w dziewczynkę, zastanawiając się nad tym pytaniem podobnie jak wiele razy w poprzednich latach. W urodzie dziecka nic nie wskazało na pochodzenie rodziciela – to po matce, imieniem Sile, miała płomiennorude włosy, piegi i jasną karnację. Chociaż nie tak jasną, jak podobno miała tamta, to jednak sprawiającą wiele problemów dziecku mieszkającemu pod palącym słońcem na skraju pustyni.

– A mama? Kim była mama? – drążyło dziecko.

– Tyle wiem, kochanie, że ponoć pochodziła z północy. Przybyła tu z transportem niewolników ładnych parę lat temu, ale nie ułożyła sobie dobrze życia. Była zbyt krnąbrna…

– A była ładna?

– O tak, była bardzo ładna. Tak jak ty miała ogień na głowie i miała też ogień w sercu i nigdy nic dobrego z tego nie wyszło…

Mała Waleria wiedziała o tym wszystkim z opowieści, bo matki nigdy nie poznała – ta zmarła z gorączki w połogu, nie zostawiwszy córce nic, prócz urody. Mała niewolnica wychowywała się więc pod opieką łaziebnych, nałożnic, służebnic, kucharek całej reszty kobiecej obsady zamku. Żyła jak równa z wolnymi i najemnymi, chociaż mała mosiężna bransoleta na jej kostce nie pozostawiała wątpliwości, że jest to dziecko niewolnicy, samo także stanowiące jedynie własność króla.

Miała dziesięć bez mała wiosen, kiedy nastał na tronie w Cloigeann samozwaniec Alkazar, lecz nie widać było po niej wieku – była dziewczynką drobną, chudą; długo też pozostawała dzieckiem, gdy towarzyszki dawny zabaw już rozkwitały w kobiecości i z kuchni wędrowały na wyższe piętra, do łaźni i haremu. Ona sama rzadziej teraz opuszczała twierdzę, a gdy to czyniła, zakładała chustę na modłę kobiet Al-aribów. Częściowo chroniła się przed słońcem, a częściowo przed ludzkim wzrokiem – niecodzienny odcień włosów i jasna skóra poplamiona pigmentem przyciągały uwagę, co nie zawsze było dla niej korzystne.

Szturm Godara Czarnego na Granitowy Pałac przeżyła ukryta w stajni. Uciekając z kuchni, gdy już w zamku trwały walki, oberżnęła nożem do mięsa na krótko swoje niezwykłe włosy, potem korzystając z zamieszania zdarła z jakiegoś trupa spodnie i ubrawszy się jak chłopak zaszyła w sianie wśród koni. Wytrzymała tam kilka dni, nim nieoczekiwanie spóźniony a gwałtowny początek kobiecości kazał jej wrócił do komnat służby i szukać pomocy u starszych kobiet. I tak Waleria zaczęła myśleć o sobie jako o dorosłej a nie o dziecku i przyjmują, że to Godar wszystko sprawił w ten czy inny sposób.

Przez następne miesiące posługiwała w zamku, aż któregoś razu rozochocony wieczorną popijawą władca zwrócił na nią uwagę. Ściągnął z jej włosów aribską chustę i zachwycił się tą młodziutką dziewczyną, szybko przydzielając ją do swych łaźni. Początkowo było to doświadczenie wstydliwe, kłopotliwe i trochę straszne, szczególnie, gdy czarnobrody barbarzyńca uczynił z niej kobietę którejś nocy. Nie było to jednak w jej opinii tak złe, jak przedstawiały to opowieści starszych koleżanek. W tym zdawałoby się twardym i nieokrzesanym człowieku tkwiło wiele sprzeczności, a swoje przygody z kobietami traktował jak wojaczkę – uznawał, że jest to pewna sztuka, w której trzeba być biegłym, aby czerpać z niej jak najwięcej radości. Mijały więc tygodnia, a Waleria, której ciało nadrabiało teraz opóźnienia z lat nastolęctwa, stawała się bardziej i bardziej kobietą i bardziej i bardziej królewską nałożnicą, aż w końcu stała się najważniejszą z jego sług.

Król także opowiedział jej o wyspie, leżącej  nad Oceanem Ciemności, daleko na północ od Morza Wewnętrznego, gdzie ludzie wyglądali podobnie jak ona – mieli rude włosy i jasną skórę poznaczoną piegami. 

– Miejsce to nazywają Zieloną Wyspą. A to z tej przyczyny, że cała pokryta jest koniczyną – klarował władca słuchającej go z szeroko otwartymi oczami łaziebnej. – A gdzie nie rośnie koniczyna, tam są skały, na których rośnie zielony mech.

– Co to jest koniczyna? – spytała Waleria.

– Takie zielsko, co ma liście jakby kwiatki, z płatkami, a kwiatki jak małe białe albo różowe kulki. I nic tam innego nie ma – tylko te koniczyny, skały i mchy. A jednak te rude cholery bogacą się jakimś sposobem, kiedym więc z Nordami płynął na Ocean Ciemności, na wyspę, gdzie lód się pali a spod ziemi woda tryska w niebo, zupełnie jakby porządek świata nie był odwrotny, tośmy na Zieloną Wyspę zapłynęli po drodze. A jak już tam byliśmy, to spaliliśmy kilka wsi, obrabowaliśmy kilka tamtejszych świątyń i najogólniej rzecz biorąc był to całkiem zacny przystanek w naszej wyprawie.

– I biłeś moich pobratymców, królu – dziewczyna skrzywiła się, lecz on tylko wzruszył ramionami.

Zadbał także Godar o to, by ją wyuczyć – gdy miał wolne dni i nie zajmowały go sprawy królestwa, wojny prowadzone na południu albo ucztowanie, zabierał ją do swej pracowni, gdzie przechowywał pewną ilość cennych woluminów. Z nich nauczyła się ruda łaziebna czytać, a z czasem i pisać.

– Możesz być nietypowo piękna, moja panno – mawiał – ale twoje włosy kiedyś posiwieją, cycki obwisną choćby nie wiem jak teraz sterczały, a twoja skóra się pomarszczy. To naturalna rzeczy kolej – ja również kiedyś nie będę już w stanie dźwignąć miecza, a stare plecy nie pozwolą mi dosiąść konia i tak samo nie drgnie mi już w lędźwiach nic, czym mógłbym zabawić niewiastę.

– To odległe dzieje, mój królu – śmiała się dziewczyna.

– Odległe i to mam nadzieję, że bardzo. Im odleglejsze, tym lepiej dla nas wszystkich. Mam osobiście nadzieję, że mnie wcześniej zmoże kto w walce litościwie. A jednak kiedyś takie dni nastąpią i jeśli będziesz cały ten czas jedynie leżeć z zadkiem w górze, to będzie to dla ciebie chwila przykra.

Spojrzała na niego poważnie, odgarniając z oczu rude kosmyki.

– Mnie nauczył czytać pewien wędrowny kapłan imieniem Bolelut, a było to przed ćwierćwieczem niemalże. Ojciec mój, widząc początkowy brak chęci po temu z mojej strony pozwolił mi zaznać dębowego bykowca więcej niż raz i klnę się na jaja Korisa, że miał rację ten stary, mądry chłop z lasów wenedyjskich. 

– Taką daje potęgę czytanie tych małych szlaczków? – spytała Waleria, przeciągając się jak kot, co nie umknęło uwagi władcy.

– To dzięki niej, między innymi, jestem tutaj dzisiaj – odparł poważnie, ale w jego oczach płonęło już pożądanie na widok jej ledwo dorosłego ciała, szybko więc ta z lekcji została przerwana.

Innymi razy zabierał ją król na zamkowy wewnętrzny dziedziniec. Tam nauczył ją szermierki krótkim, lekkim mieczem i pokazał jej sztychy, zwody i kontry, które pozwoliły jej stawać do pojedynków z mocniejszymi od niej samej przeciwnikami. Przekonało się o tym zresztą boleśnie wielu zamkowych gwardzistów, którzy ćwicząc z drobną służebną z zaskoczeniem obserwowali własną krew lejącą się na płyty dziedzińca do wtóru gromkiego śmiechu władcy.

Podobnie wyuczył Walerię król Godar Czarny strzelania z łuków różnych typów do celów bliskich i odległych, nieruchomych i znajdujących sięw ruchu, a by ćwiczyć te nowe umiejętności zabierał ją na wyprawy w pustynię i wzdłuż brzegu, gdzie polowali na ptactwo i drobne zwierzęta.

I tak Waleria z niewolnej sieroty wychowującej się kątem w kuchni stała się tak bardzo królewską towarzyszką życia, jak tylko możliwe to było dla niewolnej sieroty. Jej życie, odkąd Alkazaraz rozstał się z tym światem a jego miejsce zajął na tronie Cloigeann czarnowłosy barbarzyńca z północy zmieniło się tak bardzo, jak tylko mogło się zmienić. Lata panowania poprzedniego króla zatarły się chętnie w jej młodej pamięci, a miejsce tych wspomnień zastąpiła wdzięczność za odmianę losu.

Z pewnością wdzięczność ta rozciągała się także na Godara, jako sprawcę wszystkich tych wspaniałych przecież i niesamowitych zmian, które jej dotknęły. Była też w jej uczuciu fascynacja, jaką młode kobiety darzą mężczyzn i ciekawość tego nowego fragmentu jej życia. Była i zwykła radość i sytość spełnionymi potrzebami i zadowolenie z bycia potrzebną. W tym tyglu emocji mieszały się ze sobą najdziwniejsze składniki tworząc tynkturę o niecodziennych właściwościach. Waleria więc nie potrafiłaby powiedzieć jednoznacznie, co ją łączyło ze zdradzonym i zdetronizowanym królem.

Pierwszy dzień po zamachu przesiedziała ukryta w komnatach służebnych, nie rzucając się w oczy, wreszcie wzięła się na odwagę i poszła posługiwać przy uczcie uzurpatora Botonengi, która przedłużyła się na kolejne dni. Znów zamaskowała swoją nietypową urodę chustką, zaś dawniej generał a obecnie król cloigeański nie zwrócił na nią uwagi, bo wcześniej bywając w zamku gościem rzadkim również jej nie poznał.

To właśnie ze zdawkowych uwag przy stole, wymienianych między coraz bardziej pijanymi uczestnikami uczty wywnioskowała, że król Godar nie zginął, a jedynie jest więziony. Nie udało jej się ustalić gdzie dokładnie, więc od tej nocy zaczęła wymykać się do lochów, penetrując je i szukając celi, w której zamknięto barbarzyńcę, aby tak sczezł sam z siebie. W następnych dniach przestała w ogóle opuszczać lochy, prowadząc coraz bardziej desperackie poszukiwania. Odnalazła także Eselego, lecz próba zbliżenia się do niego samotnie była zbyt ryzykowana.

Wreszcie, gdy traciła już nadzieję, głęboko w lochach, w głuchej, mrocznej celi natrafiła na przykutego do ściany króla. Serce jej uciekło w pięty, gdy zobaczyła, w jakim jest stanie, na widok spływającego krwią ciała odczuła coś na kształt odrazy wręcz. Lecz potem odepchnęła wszystkie złe emocje, zmobilizowała się i zaczęła działać. Gdy uwolniła go – odczuła ogromną ulgę, a potem zaraz wdzięczność. Gdy zaś walcząc ramię przy ramieniu odbili dowódcę gwardii i zbiegli bezpiecznie, odczuwać zaczęła coś w rodzaju euforii, chociaż wiedziała, że to dopiero początek trudnej i długiej drogi, na której w każdej chwili może ich zatrzymać śmierć.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *