Prolog – dzień wilka

Prolog – Dzień wilka

 

Czarnobrody barbarzyńca w płaszczu i kapturze, mocno umięśniony.

Rys. Bartek Biedrzycki/NightCafe Studio AI

-Na urżnięte jajo Korisa Gormańczyka! – zaklął cicho Krig, ocierając wodę z oczu. Naciągnął mocniej kaptur na czoło, ale niewiele to dało, bo materiał opończy całkiem przesiąkł.

– Nie bluźnij – upomniał brata Cogadh – bo sprowadzisz na nas jakie nieszczęście!

– Zawrzyjcie gęby, bo sami na nas sprowadzicie nieszczęście – warknął Rhyfel, najstarszy z braci. Poprawił rzemienie miecza na plecach i podjął mozolną wspinaczkę na nadmorskie klify.

– Dobrze gada, zamknijcie mordy – wycedził przez zęby Godar, mijając ich na wąskiej skalnej półce i podciągając się na rękach. W kilka chwil był już wysoko ponad nimi. Osadził w skalnej szczelinie żelazny pręt i cisnął w dół zwój liny, który wylądował na twarzy Kriga. Sylwetka herszta pojawiała się na tle ciemnego nieba i znów znikała w skalnych załomach rozjaśnianych raz po raz błyskawicami, które biły w wodę, w skały, w mury zamku piętrzące się gdzieś w ciemności wysoko ponad ich głowami. Łoskot deszczu tłumił wszelkie dźwięki, ale gdzieś niby z wielkiej oddali dobiegały do wspinającej się mozolnie kompanii hałasy i rumor, łomoty, dalekie echo krzyków. To wyznaczona grupa pozorantów atakowała główną bramę zamku. Rozległ się potężny huk i piorun trzasnął w złom skalny ponad ich głowami. Zaśmierdziało ostro ozonem a skalne okruchy posypały się na hełmy i ramiona piratów. Czarnowłosy wojownik warknął coś pod nosem i wspinał się dalej nie zwracając uwagi na furię przyrody szalejącą wokół nich. Piął się po skalnej ścianie ciągnąć za sobą linę aż dotarł do stromego żlebu wcinającego się w zbocze. Tam już można było iść bez haków i wkrótce większość oddziału przytulona do mokrych skał wspinała się szybko pod urwisko.

Zamek Cloigeann górujący nad skradającymi się zbójcami wyrastał prosto z granitowego urwiska. Dolne poziomy wykute były bezpośrednio w skale, na nich piętrzyły się grube, kanciaste mury ułożone z kamiennych brył w pocie czoła złożonych razem. Kwadratowe baszty broniły dostępu do posępnej warowni od strony płaskowyżu na który warownia owa otwierała się od południa. Na wschodzie i zachodzie mury otoczone były wąskich spłachetkiem ziemi, na którym posadowiły się chałupy i warsztaty, przytulone do granitowych ścian i baszt. Im bliżej do morza, tym ten skrawek lądu był węższy, a na północy mury twierdzy przechodziły wprost w urwisko które skalnymi obrywami schodziło w czarne, spienione wody zatoki Morza Wewnętrznego. Cloigeann górowało nad rozległym płaskowyżem niczym posępny czerep na karku giganta. Od bramy biegła brukowana droga prowadząca na południe ku pustynnym terenom zajmowanym przez śniade ludy koczowników gdzie w rozsianych z rzadka oazach okolonych kolczastymi akacjami toczyło się niespiesznie leniwe życie. Kraj ten był bogaty bo biegły w zasięgu bystrego wzroku wartowników na basztach szlaki z południa, z głębi kontynentu ku portowi leżącemu dalej na wschodzie oraz ze wschodu na zachód, ku wielkiemu zimnemu Oceanowi Ciemności. Podążali tymi szlakami kupcy wiodący ze sobą objuczone dobrami karawany. Wieźli ze sobą sól, przyprawę, szlachetne kamienie a z głębi lądu ciemnoskóre sługi, silnych i krzepkich, chociaż ograniczonych i często krnąbrnych ludzi, zdatnych w  sam raz do prostych fizycznych prac.

Samokoronowany król Alkazar rządził tą gorącą, pustynną krainą właśnie z zamku Cloigeann. Chociaż przybrał tutejsze imię nie był jednym ze śniadych, czarnookich wojowników, którzy bronili wędrujących karawan. Przybył z północy, na statku przez Morze Wewnętrzne i intrygami i złotem wkupił się do władzy na tym skalistym wybrzeżu, targanym teraz gwałtownym sztormem.

Podobną drogą przybył tutaj Godar zwany Czarnym, uchodzący za barbarzyńcę syn kontynentalnych równin i borów z głębi lądu hen na północ od Morza Wewnętrznego. Własne jego sprawy i  z życiem potyczki zagnały go na upalne wybrzeże szlakiem niejednokrotnie znaczonym krwią. Tutaj został kapitanem statki pirackiego który łupił pływające na południe jednostki, towary kradnąc, ludzi zaś topiąc w wodnej kipieli bez żadnej litości. Zebrawszy małą flotyllę stał się utrapieniem miejscowych kupców i solą w oku samozwańczego króla Alkazara, który powołał pod swoje rozkazy innych pirackich kapitanów i tak wystąpili przeciw sobie morscy rozbójnicy a krew splamiła ponownie słoneczne wody.

Wreszcie pirackie rzemiosło przestało był zajęciem intratnym. Atakowana ze wszystkich stron flotylla Godara ukryła się w skalistych zatokach na zachodnich krańcach Morza Wewnętrznego, gdzie łączy się ono z oceanem. Tam obozowali wiele tygodni kompletując załogi i handlując z miejscowymi ludami. Już wtedy w głowie barbarzyńcy z północy począł się plan, który miał mu zapewnić spokojne i dostatnie życie przynajmniej na jakiś czas. Aby móc bez przeszkód cieszyć się słońcem, winem, jadłem  i ciemnoskórymi kobietami z głębi kontynentu należało się pozbyć uciążliwego króla.

Powiadają, że proste pomysły są najlepsze. Ten jednak, chociaż należał z gruntu do prostych, w realizacji nie był wcale tak łatwy. Ot, wystarczyło zdobyć niezdobyty zamek na skałach, stracić króla i koronować się – samodzielnie jak on – na udzielnego władykę całej krainy. Pirackie wici zostały rozesłane po całym Morzu Wewnętrznym i wkrótce nad brzegi Oceanu Ciemności poczęły ściągać rozmaite statki z jeszcze bardziej rozmaitymi załogami. Niektórzy z godarowej osady zeszli na stały ląd i wmieszali się w szeregi ochraniających karawany strażników. Wraz z nimi dotarli do Cloigeann a niektórym szczęśliwcom udało się zaciągnąć w szeregi miejskiej straży, pilnującej porządku na drukowanych granitem ulicach zamku na urwisku.

Wszystkie te zabiegi zabrały mnóstwo czasu, były też stosunkowo kosztowne. Zarówno wyposażenie, jak i łapówki dla kapitanów ochrony, dowódców straży i miejskich urzędników uszczupliły zapasy złota, jakie poczynili piraci. Gdy już uwięzłe w porcie na krańcach znanego świata załogi poczęły się niecierpliwić i urządzać bijatyki między sobą czarnowłosy barbarzyńca z północy nakazał podniesienie kotwic i wypłynięcie na pełne morze. Tam całymi dniami okrutnie szkolił i trenował swoich kaprawych podkomendnych wiedząc, że od ich sprawności w boju zależy całe powodzenie planu.

Nadszedł wreszcie dzień, że statki zrobiły znów zwrot ku południowi. Flota piracka rozproszyła się.  Część wylądowała na wschód od granitowego pałacu, przezbroiła się i lądem ruszyła znanymi szlakami ku siedzibie Alkazara aby odwrócić jego uwagę i dokonać pozorowanego ataku na bramę. Reszta zeszła na skalisty grunt w paru miejscach niedaleko warowni  tej burzliwej nocy i pod osłoną ciężkich chmur i zasłony deszczu zgromadziła się u podnóża zamku niedaleko jednej z bocznych baszt bramnych. Wybrana grupa specjalna natomiast dopłynęła łodziami pod urwisko i tam rozpoczęła mozolną wspinaczkę po granitowej ścianie ku celowi wysoko nad powierzchnią rozszalałego morza.

Pioruny były we wzburzoną morską toń i rozłupywały skały, kiedy Godar prowadził swoich wojowników pod urwisko, w stronę majaczącego w nocnym mroku posępnego zamczyska. Wkrótce wrzynający się w skałę wykrot doprowadził ich do trawersu. Bracia Krig, Codagh i Rhyfel wyprzedzili swojego kapitana i popełźli jak małe zwinne małpy po mokrych skałach, szukając po omacku drogi w świetle błyskawic. Wkrótce pokonali przewieszkę i zrzucili dźwigane dotąd na plecach drabinki sznurowe, które następujący im na pięty piraci przytwierdzili do skalnych bloków. Rozpoczął się ostatni etap wspinaczki i koncentracja wojowników na wąskim pasie skały tuż u podnóża zamczyska.

Zaczynał się kluczowy etap planu. To właśnie tu, w miejscu niedostępnym od strony stałego lądu znajdowała się furta czy raczej sklepiona wyrwa w murach służąca wyrzucaniu w fale morskie nieczystości gromadzących się w warowni. Odpadki zrzucane były na blokujące studnię odrzwia, a gdy nagromadziło się ich wystarczająco dużo te były otwierane i wszystko szybowało w morską toń. Szeroki, sklepiony cegłami wypalonymi na słońcu kanał zamknięty był głucho obitymi żelazem belkami a strzegło go zawsze dwóch strażników, luzowanych o różnych porach, pilnujących kołowrotu. Król Alkazar mógł żyć dostatnio, ale nim doszedł luksusów życie dało mu niezłą szkołę i zapamiętał, aby nigdy nie zaniedbywać pozornie nieistotnych szczegółów. Niezwykle niefortunnie dla doświadczonego przez życie króla Alkazara tej właśnie burzowej nocy straż przy wyrzutni nieczystości pełniło dwóch gwardzistów, którzy w szeregi miejskiej straży weszli stosunkowo niedawno i nie całkiem za wojenne zasługi. Większą wagę w ich awansie odegrała raczej brzęcząca moneta.

Czarny odchylił się od ściany i cisnął skalnym odłamkiem w blokujące wylot masywne drzwi. Powtórzył ten zabieg kilka razy, ale deszcz musiał głuszyć wszelkie odgłosy, bo nie nastąpiła żadna reakcja. Zirytowany przedłużającym się brakiem odzewu zerwał z głowy stalowy hełm i cisnął nim z całej siły o zamknięcie kanału. Brzęk metalu o drewno był dużo bardziej donośny, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Gdzieś nad głowami oddziału coś metalicznie zachrobotało , stuknęło i chwilę potem lawina śmieci o zmiennej konsystencji przeleciała tuż obok nich i zatonęła we wzburzonych falach przyboju. Drewno zastukało na skałach i z otworu spadła sznurowa drabinka.

Niewiele myśląc Godar chwycił szczeble i sprawnie wspiął się w górę ceglanym kanałem. Wkrótce otrzepywał się z wody stojąc w niskim, klaustrofobicznym korytarzu wypełnionym zatęchłym smrodem gromadzonych tam ustawicznie śmieci.

– Jesteś, kapitanie – z półmroku wynurzył się mężczyzna o rozbieganym wzroku i uniósł dłoń na powitanie. – Czekaliśmy.

– I lepiej dla was, żeście czekali, inaczej nakarmiłbym wami ryby – sapnął Godar. Za jego plecami rozległo się stłumione przekleństwo i po linie wdrapał się Rhyfel. Krig i Codagh wkrótce stanęli u boku brata, a za nimi do wnętrza warowni wspiął się cały tuzin piratów; paru więcej czekało w różnych punktach zamku. Ich zadanie było proste – utorować drogę do wnętrza warowni głównym oddziałom. Ociekali wodą jak przystało na wilki morskie, chociaż nie sprawiali na pierwszy rzut oka wrażenia ludzi, którzy mogliby zawojować świat. Cicho przemknęli korytarzem przylegającym do zrzutni śmieci i wkrótce wtopili się cienie zalegające pobliską brukowaną złomami granitu ulicę.

Szybka i nieco chaotyczna wędrówka ku jednej z bocznych bram nie przebiegła bez incydentów. Mimo późnej pory i nawałnicy szalejącej nad wybrzeżem po ulicy przemykali pojedynczy ludzie i małe grupki żołnierzy zdążających ku południowi, do głównej bramy, gdzie trwała nocna potyczka z pozorantami pod wodzą Botonengi, jednego z zaufanych ludzi Godara Czarnego. Z tego powodu kilka gardeł wymagało poderżnięcia, raz zaś wywiązała się regularna, choć krótkotrwała potyczka z zamkowymi gwardzistami, którzy w porę dobyli szabli zaalarmowani obecnością większej grupy zmierzającej w najwyraźniej niewłaściwym kierunku. Gdy tylko biegnący na czele oddziału cloigeańskiej gwardii podoficer dobył broni przekonał się z zaskoczeniem, że kute przez miejscowych kowali klingi są pośledniejsze wobec wielokrotnie przekuwanej i hartowanej stali, z której robione były ostrza sprowadzane z gorących krain na wschód od Morza Wewnętrznego. Półtoraręczny miecz długowłosego bruneta, który wychynął na podoficera z cienia pod krużgankiem wąskiej uliczki był ostatnim, co gwardzista zobaczył, bo chwilę potem brzeszczot odtrącił jego szablę, gładko wszedł w gardło i z cichym, zagłuszonym przez łoskot potoków deszczu o granitowy bruk chrupnięciem oddzielił głowę młodzieńca od szyi.

Kiedy okryta lekkim skórzanym hełmem potoczyła się po ciemnych od wody płytach wprawiła w konsternację resztę oddziału. Nim miejscowi się z niej otrząsnęli, piraci wykazali się dużo lepszym refleksem i całkiem znośną znajomością szermierki a kilka kolejnych głów potoczyło się po bruku, deszczówka zaś zmieszała się z krwią, spłukując ją do rynsztoka, podczas gdy piracki oddział oddalił się biegiem kierując się w dół uliczki, w stronę murów. Gdzieś na tej trasie trzasnęły zamykane okiennice, ktoś jeszcze umarł pod kamienną ścianą z gasnącym wyrazem zdumienia w oczach, gdy zbyt nagle wyszedł zza rogu, zaś pewne drzwi wpadły do wnętrza izby i pozbawiły świadomości pewnego zbyt ciekawskiego szewca, który zresztą w nadchodzącej przyszłości skwapliwie wykorzystał fakt bycia jednym z pierwszych ludzi, którzy spotkanie z piratami przeżyli, chwaląc się wszem i wobec, że chciał wyjść ich powitać.

Umówiony gwizd pod wartownią utonął w hałasie nawałnicy, jak poprzednio stukanie w pokrywę zrzutni. Po drugiej próbie pierwotny sygnał został zastąpiony celnie ciśniętym brukowcem, który strzaskał okiennicę, efektem czego zgrzytnęły zasuwy i boczna furta do baszty stanęła otworem. Godar idący przodem klepnął w ramię zaufanego zdrajcę w szeregach zamkowej gwardii z taką siła, że pod tamtym ugięły się nogi, bynajmniej nie ze wzruszenia. Zaniemówił tak niefortunnie, że nie zdążył ostrzec swego pirackiego kapitana iż tylko on jeden w bramnej wieży trzyma stronę włamywaczy. Barbarzyński pirat zdążył się jednak w sytuacji zorientować dość szybko, gdy okrzyki zaskoczenia, jakie wydobyły się gardeł pozostałej trójki gwardzistów przeszły płynnie we wrzaski wściekłości i miotane dziko przekleństwa ubliżające bogom nie tylko miejscowym i uniwersalnym, ale też egzotycznym i dziwacznym idolom czczonym przez pochodzących z najbardziej groteskowych krain członków handlowych karawan, jakie przez Granitowy  Pałac przeciągały. Krzesząc iskry zabrzęczały zderzające się ostrza. Ten klangor i krótki, gardłowy krzyk umierających zaalarmował ludzi na wyższych poziomach baszty, lecz piraci już pędzili po drabinach. Niektórzy z nich, sugerując się barwnymi historiami opowiadanymi na rozkołysanych pokładach pod rozgwieżdżonym niebem ściskali w zębach noże. Co najmniej jeden z nich pożałował tej brawurowej decyzji, lecz trudno mu było potem wyrazić ten żal wyraźnie słowami.

Morskie wilki wdarły się do baszty pnąc się w górę po drabinach na kolejne poziomy niczym po wantach. Rozgorzały ostre i krótkie walki, podłogi spłynęły krwią i wkrótce cała baszta bramna była w rękach piratów Czarnego, mimo, że szeregi oddziału przerzedziły się. Krig klnąc wszelkie potęgi wyciągał z kolana strzałę, którą jakiś desperat wypuścił w tej zamkniętej przestrzeni i psim swędem trafił. Reszta tych, którzy ze starcia wyszli żywi odniosła mniej dotkliwe rany, sam przywódca do swojej kolekcji dodał cienkie cięcie biegnące w poprzek szerokiej piersi, które miało stać się kolejną wąską blizną.

Jęknęły kołowroty mechanizmu, zagrzechotały łańcuchy, załomotały drewniane zapadki i w potokach deszczu wielkie okute skrzydła bramy stanęły otworem. Z cieni zalegających pod murem wyskoczyły mniejsze cienie pod wodzą Mbongoro, olbrzymiego zabijaki o skórze barwy egzotycznego drewna, który przybył w pogoni za bogactwami i sławą na brzegi Morza Wewnętrznego z głębokiego południa. Grupy wojowników  gromadą wdarły się na obwarowany teren miasta, z baszty rozlewając się na wszystkie strony – na ulice, na place, na mury. Godar szybkimi, oszczędnymi rozkazami kierował swoich dowódców wraz z hufcami w różne strony, zlecając im zajmowanie kolejnych odcinków. Wkrótce w wielu miejscach na miejskich umocnieniach rozgorzały krwawe i gwałtowne walki. Z racji, że większość obrońców skupiła się wokół znajdującej się na północy głównej bramy były one raczej krótkotrwałe, bo napływająca do wnętrza miejskich murów zgraja piratów rosła z każdą chwilą, zaś prócz gwardii nikt raczej nie podejmował walki. Mieszczanie ulepieni byli z innej gliny, stanowczo cenili sobie w czasie burzy dach nad głową i trzaskający w palenisku ogień, zaś o sprawy dworu i władcy dbali jakby mniej, przynajmniej dopóty, dopóki poborcy podatkowi nie byli nadgorliwi w swoich obowiązkach. Walki więc posuwały się ku północy bez przeszkód i obejmowały swoim zasięgiem coraz większe połacie Granitowego Pałacu.

Nim walcząca przy głównej bramie miejskiej gwardia Cloigeann zorientowała się co się dzieje było już za późno. Wprawdzie oddział, z którym dotychczas walczyli pozostawał nadal za miejskimi murami, ale wewnątrz nich znalazła się nieporównanie liczniejsza piracka armia i wkrótce nie pozostało im nawet miejsce do odwrotu, bo gdy zorientowali się w sytuacji walki toczyły się już pod murem po obu stronach. Cokolwiek by powiedzieć o organizacji zabezpieczeń zamku trzeba przyznać jedno – gwardia została wzięta podstępem. Zdradzona nawet nie przez towarzyszy z własnych szeregów, lecz przez przybłędów stróżujących u wrót kloaki. W obliczu zdrady i nieuchronnej nawet w ocenie niewprawnego stratega klęski  gwardziści zachowali się tak, jak przystało ludziom honoru – postanowili dać się bez sensu zabić.

Piraci Godara Czarnego, jak przystało na wyrzutków i przybłędów postanowili uszanować wolę lepszych od siebie stanem i posiadaniem i spełnić życzenie gwardzistów o zaszczytnej śmierci, do czego zabrali się niezwłocznie i z wielkim zapałem. Opowiadano potem, że resztki obrony miasta zabarykadowały się we wnętrzu wieży, zaś sam przywódca hordy, jak przystało na barbarzyńcę, wyważył basztową wewnętrzną bramę z użyciem słupa zwykle wykorzystywanego jako pręgierz dla podatkowo sceptycznych majętnych kupców. Wyrwawszy rzeczony z granitowego bruku gołymi rękami (miecz dyndał mu przewieszony przez plecy na grubym konopnym sznurze) przeniósł słup ulicami Cloigeann i potężnym zamachem niczym maczugą strzaskał zawiasy jednego z wrót. W ślad za wodzem do szturmu na basztę rzucił się cały chętny korsarski ród i wrota padły, przygniatając pod sobą obrońców, który zostali przed napastników stratowani, bezpowrotnie zaprzepaszczając w ten sposób swoje szanse na honorową śmierć od miecza. Ci, którzy stali nieco dalej mieli więcej szczęścia, bowiem Godar, mimo napierającego mu na plecy tłumu, z sukcesem dobył miecza i jął rozpłatywać gwardyjskie czerepy z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy. Świadkowie tamtych wydarzeń opowiadali potem, że wywijał brzeszczotem w takim tempie, iż nim jeszcze jedna świeżo od tułowia oddzielona głowa stuknęła o ziemię on już był w trakcie zdejmowania z karku kolejnej.

Ostatecznie, jak ją nazwali minstrele – a wiadomo, że jest to swołocz niepospolita, żerująca na najniższej ludzkiej potrzebie, żebracza hałastra, co jednak miewa boskich geniuszy przebłyski – Rzeź Baszty Bramnej trwała do świtu, dwakroć dłużej niźli wcześniejsze zajęcie miasta. Pieśni głosiły, że podłogi wszystkich poziomów spłynęły krwią, jak wcześniej bruki ulic, aż wreszcie pod szczytem Czarny zdybał ostatniego dowódcę desperackiej obrony. Stanęli naprzeciw siebie – dziki człek z dalekich krain, spryskany ludzką posoką, z dzikim błyskiem w oku, co gdyby nie był tak niepospolicie wysoki wglądałby jak wcielenie Korisa Gormańczyka, z drugiej zaś strony jego rówieśnik z cywilizowanego rodu, rycerz i człowiek honoru w płaszczu noszącym szkarłatnebarwy władcy.  Po krótkim pojedynku Godar rozbroił dowódcę obrony wieży raniąc  go w rękę, lecz nie wyrządzając trwałej szkody. Był bowiem, wbrew swojej dzikiej i  gwałtownej powierzchowności i zachowaniu człekiem rozumnym, w dalekich, nieznanych ludowi z wybrzeży dzikich krainach zdobywającym wiedzę, o której się tutejszym nie śniło filozofom. Był też zaprawionym w wojnach, bitwach, bitkach, burdach i mordobiciach wojownikiem, który potrafił dzielnego przeciwnika docenić, ocenić i zachować jako przydatnego, czy bił się pałaszem, lancą, cynowym kuflem, dębowym polanem czy też gołymi pięściami. Wielu jest bowiem na świecie ludzi, co jednako cep i miecz utrzymać w łapie potrafią, nie każden jeden jednak na tyle jest w tych odmiennych zgoła rzemiosłach biegły by wiedzieć, że inaczej młóci się kłosy inaczej zaś łby.

Człek ten w królewskich barwach, zgoła jedyny ocalały z pogromu w baszcie bramnej, zwał się Esele. Był człowiekiem doświadczonym co z niejednego pieca chleb jadł, wiekiem Godarowi dorównywał, jednak przewyższał najeźdźcę ogładą i krasomówstwem. Z tego też powodu natychmiast zapałał do niego niechęcią Botonenga, który w pozorowanym ataku na Basztę Bramną wytracił sporą rzeszę pirackiej hałastry, której wartość taktyczna była może i znikoma, lecz jej wartość sentymentalna była dla prowadzącego szturm niepoślednia. Godar nie podzielał tych niewczesnych sentymentów i pospołu Eselego i Botonengę uczynił dowódcami – pierwszego gwardii miejskiej, drugiego zaś armii eksploracyjnej. Nieświadomie tym zainicjował latami trwający spór, który ostatecznie okazał się początkowo tylko kłopotliwą przeszkodą w sformowaniu jednej sprawnej armii pod nowymi rządami Granitowego Pałacu, potem zaś okazał się jednym z przyczynków do całej masy problemów,które trudno byłoby komukolwiek przewidzieć.

Póki co była to jednak dopiero pieśń dalekiej przyszłości. W Cloigeann dobrze ułożeni mieszczanie zaczęli robić to, co zwykli robić dobrze ułożeni mieszczanie w każdym zakątku świata, niezależnie od tego, czy mieszkali w domach z kamienia i drewna wewnątrz granitowych murów, czy też wegetowali w chatach z gówna otoczonych palisadą z grubszych patyków, czyli zaczęli sprzątanie po bitwie. Podczas, gdy piracka armia Godara Czarnego plądrowała z osobistym i bardzo zaangażowanym udziałem wodza zamkowe piwnice, stateczni płatnicy podatków zgodnie z najlepszą tradycją pościągali z ulic ciała poległych w szturmie, zarówno gwardzistów jak i piratów. Ogołociwszy je uprzednio z wszelkich nawet tylko potencjalnie przydatnych zbytków, które osobom martwym są ostatecznie zbyteczne, ciskali nagich zabitych w wody morza szalejącego u stóp urwiska, na którym zamek był wybudowany. Nie było zresztą nic niestosownego czy zdrożnego w tych czynnościach, bowiem było przyjętym w mieście zwyczajem, aby tych, których nie ma już dłużej szansy cieszyć żywot doczesny oddawać morzu. Tym razem po prostu uczta dla ryb była bardziej obfita niż zwykle i musiało minąć kilka dni nim mieszkańcy morza uporali się ostatecznie z taką mnogością pokarmu, a wiele osobników upasło się wtedy ponad miarę i wybujało jak rzadko.

Król władający Granitowym Pałacem okazał się być człekiem wielokroć mniej honornym niźli Esele. Był także przy tym najwyraźniej rozgoryczony z powodu nieoczekiwanego zwrotu wydarzeń w jego królewskiej karierze do tego stopnia, że doznał zaćmienia na umyśle. Próbował mianowicie salwować się ucieczką z zamku w przebraniu kobiecym. Gdybyż wybrał strój dworskiego ciury, pomniejszego sługi czy pomywacza byłby z powodzeniem opuścił zamkowe mury i pewnie wymknął się z miasta ostatecznie, narażając się co najwyżej na kilka kopniaków od mniej lub bardziej zawiedzionych upadkiem dotychczasowego porządku mieszkańców. Tak się jednak złożyło, że władca postanowił udawać niewiastę, a te, jak wiadomo, bywają na pirackich okrętach cenną rzadkością, toteż wszystkie damy i inne osoby niebędące może stuprocentowymi damami ale też niebędące na pewno mężczyznami na terenie zamku szybko przechwycono i przystąpiono do zwyczajowych w takich razach przyspieszonych a intensywnych awansów. Kiedy wyszło na jaw, że jedna z dam nie tylko nie jest damą, a wręcz jest mężczyzną, błyskawicznie postanowiono posłać przebierańca w morską otchłań u stóp urwiska, co skończyło się napadem wściekłości Godara, którego wieść o przypadkowej i niepotrzebnie przedwczesnej a gwałtownej śmierci swego poprzednika na tronie Cloigeann  odarła z dobrego nastroju w tempie błyskawicznym, jednego zaś pozostającego w zasięgu rąk nowego władcy winowajcę odarła z głowy dotąd dość trwale przytwierdzonej do karku. Nie dość jednak trwale jak na właściwości godarowego miecza z czarnej stali.

Ostatecznie nad ranem, gdy zakończył się dzień wilka, czy też raczej noc wilka morskiego, kiedy wszyscy najeźdźcy się wreszcie popili i posnęli – ku wielkiej uciesze mieszczan, którzy mało czego nienawidzą tak zapamiętale jak nieplanowanej a szybkiej zmiany władzy – zapanował  spokój.

I trwał co do dnia lat kolejnych trzy.

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.