Popieram Kodeks Blogerów
godai | 19.11.2008, o 10:00 | W kategorii To i owo

W sobotę zmarł jeden z najbardziej znanych polskich komiksiarzy, Janusz Christa.

W chwili obecnej przeżywamy syndrom “małej śmierci papieża”, dlatego pozwoliłem sobie opóźnić ten wpis o kilka dni, żeby nie wpasowywać się w medialny cyrczek. Portale huczą od słusznego żalu, przełykanych łez, peanów pochwalnych dla mistrza, karmy wyobraźni i największego autorytetu.

Trudno się dziwić, bo na Chriście wychowały się pokolenia. Przygody Kajtka i Koka, a potem Kajka i Kokosza czytane były od dziesięcioleci.

Co mnie wkurwia, to takie pokazowe rozdzieranie szat i te skretyniałe zniczyki z nawiasów, którymi obesrane są w tej chwili wszystkie portale, fora i 4/5 podpisów komiksiarskich na GG. Jest jak po śmierci Ledgera, wszyscy sobie nagle przypomnieli i podzielili się swoim cierpieniem.

Warto w tej chwili sięgnąć po wywiad-rzekę z Januszem, który stał się przypadkowo jego epitafium - wydany kilka tygodni temu był prawdopodobnie ostatnią publikacją za życia twórcy.

Ja tam się nie mam zamiaru wywnętrzać z jakimś strasznym żalem. Ludzie umierają, to naturalne. Cieszę się jedynie, że Christa nie odszedł w połowie pracy nad jakimś nowym projektem. Że był artystą i twórcą spełnionym, kompletnym, u kresu swojej drogi. Zamknął wszystkie rozdziały, jakie miał zamknąć.

Dlaczego dla mnie to akurat on jest tym specjalnym autorem, bijącym na głowę Papcia Chmiela, Rosińskiego czy Polcha? Ot, proste. Janusz Christa nauczył mnie czytać.

Kiedy szczylem byłem, bardzo lubiłem słuchać różnych opowieści i moja dobra Matka godzinami (na przemian z moim wtedy studiującym intensywnie Ojcem) czytali mi tony książek. Aby się trochę odciążyć, rodzicielka rzeczona przyniosła mi zakupiony gdzieś Zamach na Milusia w nadziei, że dziecię zadowoli się obrazkami. Cóż z tego, skoro w komiksie nadal było całkiem sporo tekstu i dziecię nadal domagało się czytania?

A no to, że dziecię rzeczone w osobie małego Bartka zmuszone było wreszcie w marnym wieku przedszkolnym nauczyć się tych cholernych znaczków i zacząć czytać.

A potem przeczytałem wszystkie dostępne opowieści o dzielnych słowiańskich wojach. Ale i tak Zamach… zostanie na zawsze tą najpierwszą i najfajniejszą, bo to pierwszy mój komiks, jaki pamiętam.

Panie Januszu! Mam nadzieję, że gdziekolwiek pan teraz jest, mają tam wygodne stołki, żeby mógł pan wypierdywać w jeden z nich kolejne albumy z niesamowitymi opowieściami. O ile oczywiście ma pan jeszcze na to ochotę.

Dziękuję.


Inne wpisy być może podobne:


godai | 06.11.2008, o 11:30 | W kategorii To i owo

Reklama Na Blogach

Jakkolwiek tytuł wpisu by śmiesznie nie brzmiał, to oddaje dość dobrze moją sytuację.

Miałem wprawdzie napisać dziś coś o filmowym koszmarku, jakim jest Piła, ale daruję to sobie i czytelnikom potencjalnym, bo nie ma o czym mówić.

Więc o co chodzi z tytułem biżuteria? Tekst głównie dla facetów, chociaż dziewczyny pewnie też zainteresuje. Zdradzę wam bowiem tajemnicę, jak sprawić, żeby wydawanie dziesiątków tysięcy na komiksy w każdym miesiącu nie tylko nie spotykało się z chłodnym przyjęciem przez dzielącą wasze domostwo kobietę, ale wręcz, jeśli nie z entuzjazmem, to przynajmniej z ciepłą akceptacją.
Nazwaliśmy to roboczo, Żona i ja, Funduszem Złotniczym. Żona moja ma to nieszczęście (jak zwał, tak zwał), że nie dla niej biżuteria srebrnej czy bursztynoa, co niestety mocno podnosi koszta wyposażenia jej we wszelkie dodatki typu kolczyki, łańcuszki czy bransoletki. Zasadniczo jako kobieta dorosła, posiadająca dobrą pracę i obrotna sama potrafi zaspokajać większość swoich tego rodzaju potrzeb, czasem jednak nadchodzi taka okazja jak urodziny, imieniny, jakieś Boże Narodzenie, czy też rocznica ślubu, albo na przykład rocznica wydania na świat naszej córki. I każda z tych okazji występuje regularnie co roku. Plus, oczywiście, okazje bez okazji, czy sytuacje, w których po prostu fajnie jest partnerce coś czasem sprawić, bo akurat już by miała ochotę na nowe kolczyki.

Co robi mądry komiksowy fanboj w takiej sytuacji, wiedząc, że w końcu wydawanie dość pokaźnych (zależy oczywiście od osobnika) sum pieniędzy na jakieś zadrukowane ryzy papieru, zajmujące w dodatku największy regał w domu, niekoniecznie spotka się z takim uznaniem, jak inwestycja w kruszce i szlachetne kamienie?

Zakłada Fundusz. Zasada działania jest prosta. Każda kwota wydana na komiksy jest podwajana i odkładana i służy już wyłącznie zaspokajaniu potrzeb jubilerskich.

Oczywiście nie dajmy się zwariować, nie mówimy to o 100% kosztów. Z Funduszu zwolnione są koszta wysyłki chociażby, regularnie kupowane serie (cóż to za pocieszenie, skoro Batman nie jest w moim wypadku serią, a Crying Freeman i HEAT wychodzą raz do roku), oraz, co najważniejsze, z Funduszu zwolnione są zakupy na dwóch największych polskich konwentach, tj. MFK i WSK. Bo Żona, jak już mówiłem, prócz tego, że obrotna, to także zwyczajnie rozumna i wie, że musiałbym pójść z torbami.

Oczywiście u podstaw pomysłu leżało, prawdopodobnie, założenie, że zacznę na komiksy wydawać mniej, skoro kosztują dwa razy tyle. No cóż, ponieważ jestem jednak również obrotny i mam dobrą pracę, wyszło zupełnie na odwrót - alokując odpowiednie środki na biżuterię (a także inne dobra, niekoniecznie materialne, ale przeznaczone w całości na żonine potrzeby), pozwalam sobie czasem na szaleństwa i kupuję trochę więcej. Żeby mogła dostać w prezencie fajniejsze prezenty.

Tym oto prostym sposobem ja zaopatruję się na Allegro albo Ebayu, a Żona może zaglądać chociażby do tego sklepu, gdzie może sobie wybrać różne akurat potrzebne dodatki, dobrze znając wysokość obecnego salda na Funduszu Złotniczym.

Żeby nie było wątpliwości - Żona dobrze znosiła moje komiksowe pasje nawet przed powstanie Funduszu. Ale zawsze możemy teraz powiedzieć, że oboje w komiksach, hm, znajdujemy coś dla siebie?


Inne wpisy być może podobne: