Popieram Kodeks Blogerów
godai | 02.10.2008, o 10:00 | W kategorii O filmach

Z dramatycznym, wieloletnim poślizgiem obejrzeliśmy w końcu z Żoną Labirynt Fauna.

Musiałem kilka dni sobie dać na napisanie tego tekstu, bo nie wiem, jak ten film ugryźć. W zasadzie, to ja nie lubię doszukiwać się trzeciego dna ani szukać mózgu w różnych miejscach, jeśli chodzi o kulturę popularną. Nie zastanawiam się, do kogo podobny jest więzień z trzeciej części Funky Kovala, ani apoteozą czego jest Mordor. Ale czasem trzeba sobie we łbie głupim zakutym obrócić pewne rzeczy.

Labirynt Fauna to dla mnie bardzo piękna baśń.

Piękna dosłownie. “Obrazek” - jak mówią u mnie w firmie spece od tej części widowiska, jakim są telewizyjne produkcje, sprawia mi ogromną przyjemność. Lubię takie nastrojowe, wybarwione obrazy. Bardzo podchodzi mi taka stylistyka. Same lokalizacje też dobrane są i zaplanowane z dużym namysłem. Umieszczenie głównego miejsca akcji w lesie odrywa je w jakiś sposób od rzeczywistości, odrealnia, to odsunięcie od ludzkich siedlisk nadaje temu samotnemu domostwu i ruinom dodatkowego, trochę upiornego, a trochę magicznego nacechowania.

No i projekty wszystkich tych lokacji nierzeczywistych są zrobione faktycznie z głową. Architektonicznie ciekawa jest i studnia ze schodami i siedlisko bladawca. Widać dopracowanie szczegółów i myśl przewodnią - wszystko to jest jakieś oniryczne, nierzeczywiste, jak Kraina Czarów, po której wędrowała Alicja. Widzę tam kilka tropów, jak chociażby te małe drzwiczki, które Ofelia otworzyła kawałkiem kredy czy samo zejście do komnaty Fauna - studnia niczym królicza nora.

Opowieść, jak napisałem na początku, to baśń. Klasyczna baśń, jak dla mnie, gdzie przed bohaterem, naiwną i niewinną istotą, laikiem, stawiane są zadanie, każde kolejne - trudniejsze. Klimatem przypomina to baśńie braci Grimm - ilość przemocy i strachu czającego się w tym wszystkim jest imponująca. Przypominają mi się też bajki narodów ZSRR czytane w dzieciństwie, gdzie pojawiały się podobne, wspólne pewnie wielu mitologiom elementy jak ropuchy, ukryte w korzeniach, klucze, potworni strażnicy i ostateczna, najważniejsza próba, polegająca na zaprzeczeniu swoim interesom.

Rzeczywistość baśniowa Labiryntu wzmaga się dramatycznie dzięki kontrastowi ze światem rzeczywistym, jaki w tym filmie reprezentuje sobą faszystowski kapitan. Przemoc, śmierć, terror i zło, jakie może tylko człowiekowi wyrządzić drugi człowiek wydają się być elementami jakiejś innej obłąkanej bajki. Mimo, że doskonale zdajemy sobie sprawę z potencjalnej prawdziwości przedstawionych zdarzeń ich dosadność dla współczesnego człowieka kultury Zachodu jest chyba zbyt duża.

Dobrze, że w końcu za ten film się zabrałem. Pewnie będę do niego wracał bo to piękne i nastrojowe widowisko. I, jak każda prawdziwa, porządna baśń, kończy się tak, jak powien się zakończyć. A poza tym, Baquero jest bardziej urocza niż Portman w Leonie Zawodowcu.


Inne wpisy być może podobne:


godai | 18.09.2008, o 10:00 | W kategorii O filmach

Piotr pożyczył mi film. Koniecznie musisz obejrzeć, jest niesamowity, zrobił na mnie ogromne wrażenie - zachwalał.

Film o Ryśku Riedlu narobił szumu, kiedy się pojawił. Chodziły nawet opowieści, że Tomasz Kot, aby wczuć się w rolę, zaczął się włóczyć z lumpami i regularnie upijać. Podobnie jak Ledger, który ponoć szprycował się lekami, które go ostatecznie zabiły, bo tak bardzo zaangażował się w swoją rolę.

Cóż, Kot zagrał dobrze, ale jakoś nie widać, żeby się w postaci pogrążył. To bardzo dobry aktor i niezła rola, ale fajerwerków nie było.

Ogólnie cały film zrobił na nas raczej przeciętne wrażenie. Spodziewaliśmy się większej petardy, a dostaliśmy film jedynie przyzwoity. Powodów może być kilka, tak uznaliśmy razem z Żoną.

Przede wszystkim, żadne z nas nigdy nie było fanem Dżemu ani Ryśka. I chyba na tym polega problem. Oczekiwaliśmy filmu fabularnego, biograficznego, owszem, ale jednak z akcją i jakimś wątkiem. Tymczasem Skazany na bluesa sprawia wrażenie paradokumentu. Opowiada wybiórczo o niektórych wydarzeniach z życia Riedla. I tyle.

Tomasz Kot - Skazany na bluesa

Co nas bardzo zaskoczyło i było denerwujące - jest strasznie dziurawy. Zaczyna się w Tychach pod koniec lat 70-tych, jest ślub, pierwsza szpryca i nagle dekada przerwy, jest rok 1990. Ani słowa o wzlocie, przechodzimy od razu do upadku. Rysiek jest już postarzały, zniszczony, ma dwójkę dzieci i męczy się na scenie. Ćpa straszliwie i coraz mniej sobie z tym radzi. Taki skok fabularny odebraliśmy oboje z Żoną bardzo źle. Na pewno warto było pokazać historię choroby, próby walki, jakie z nią podejmował. Trochę brakuje tego wszystkiego, chociaż zdaję sobie sprawę, że trzeba było dokonać jakiejś selekcji i zmieścić produkcję w jakichś sensownych ramach czasowych.

W dodatku cały film składa się jakby z pojedynczych scen. Owszem, są powiązane postaciami i chronologią, ale to nie fabuła, nie ma tu ciągów przyczynowo-skutkowych. Ot, jest to taka przeglądarka z przeźroczami dla wiernych fanów Dżemu, którzy na pewno pamiętają wszystkie te migawki z Bastkiem grającym na harmonijce i konną ucieczką Riedla.

Najlepszy w tym wszystkim był chyba wątek ojca - konsekwentnie przeprowadzony od początku do końca, sprawie i dobrze ukazana przemiana wzajemnych relacji dwóch mężczyzn, którzy nie potrafili poradzić sobie ze swoimi uczuciami.

Żona zauważyła także, że film mocno Riedla wybiela. Pokazuje go, jak ujęła, “na różowo”. Jako zgnębionego życiem wrażliwca, słabego człowieka, którzy miał wielkie serce i wielką duszę, ale świat go stłamsił. Nawet w scenie, gdzie na oczach żony piosenkarz robi z siebie szmatę, jest przedstawiony jak człowiek nieszczęśliwy, któremu trzeba współczuć, a nie jak degenerat, który sprowadził na siebie śmierć, a na swoją rodzinę i znajomych cierpienia i kłopoty.

Może mam taki zły stosunek, ale kilku moich rówieśników ze szkolnej ławy też spoczywa już w spokoju pod półtorametrową warstwą gleby. Zabiło ich to samo, co Ryśka. Własna głupota, wspomagana heroiną. Nie chcę być źle zrozumiany - używki wymyślili ludzie i są tacy, co twierdzą, że wszystko dla ludzi. Współczuję oczywiście wszystkim tym, którzy wpadli w nałóg, z którego nie mogli się wyplątać, ale zawsze jest moment pierwszej decyzji, pierwszego wkłucia, pierwszego odlotu, którego nie należało podejmować. Bo narkotyki to używki dla ludzi mądrych - takich, którzy wiedzą, gdzie przebiega granica ich siły, gdzie przebiega granica ryzyka, jakie warto podjąć.

Podsumowując - film jest skierowany do specyficznego odbiorcy. Może, gdyby to był film o Bobie Marleyu, to oglądałbym go z zapartym tchem, przypominając sobie wszystkie fakty i wydarzenia z jego życia, jakie znam.

Riedel był dla nas tylko wokalistą popularnego zespołu. Artystą, który popełnił powolne samobójstwo, wspomagany narkotykami. Może dlatego jesteśmy sceptyczni wobec idealizowanego obrazu, jaki został w tym filmie pokazany.

No i zakończenie… Kiedy na ekranie pojawił się napis o śmierci Riedla w szpitalu spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy tylko Ke?


Inne wpisy być może podobne:


Kontynuujemy maraton Ghibli, dwa trzypaki obejrzane, dwa kolejne napoczęte. Ponieważ recenzowanie pojedynczych filmów jest jak ryby, to chciałem znaleźć jakieś wspólne elementy, ale chyba niewiele z tego wyszło. Więc będzie o latających dziewczynach.

Mała czarownica

Podniebna poczta Kiki to Studio w swoim magiczno-baśniowym wydaniu. Przygody małej czarowniczki to ciepła, familijna historia, w której jest w sam raz wszystkiego. Oto trzynastoletnia Kiki wyrusza w świat, aby zgodnie z tradycją zostać czarownicą w obcym mieście. Są początkowe problemy, są dobrzy pomocni ludzie, no i jest chłopak, całkiem z początku nielubiany. Oczywiście, jak na klasyczną baśń przystało, nie może zabraknąć problemów, więc jest i zazdrość i wielka tragedia, gdy magiczna moc dziewczynki słabnie i praktycznie znika. Od czego jednak wola walki i zaciętość.

To w sumie film w sam raz do obejrzenia z dzieckiem. Pełna radości i uroku historia w której nie czai się dramat i która nie będzie pociechy straszyć nocnym koszmarem. Jest za to słodki czarny gadający kot z wielgachnymi gałami. No i jest coś, co od czasów Pottera jest przebojem wśród dzieci (i nastolatek) czyli śmiganie na miotle pod samo niebo z zawrotna prędkością.

Nausicaa na szybowcu - polskie tłumaczenie jako helikopter o_O

W porównaniu z Kiki, opowieść o księżniczce z Doliny Wiatru to naprawdę gruby kaliber. Przede wszystkich całość rozgrywa się w świecie posthocolocaustowym, w otoczeniu Trującego Lasu, a ludzie muszą walczyć o przetrwanie, zepchnięci w dziwaczną epokę ceramiki i steampunku. Ten drugi prąd zresztą pojawia się we wspomnianym wcześniej Ruchomym zamku Hauru.

I tu też mamy baśń, ze wszystkimi jej klasycznymi elementami, ale jest to baśń niczym spod pióra Grimmów - ciężka, mroczna, brutalna i krwawa. Ludzie walczą z Trującym Lasem, ludzie walczą z ludźmi, ludzie zabijają się nawzajem w imię idei, władzy i w obronie.

A Trujący Las jak stał, tak stał. Cichy, znienawidzony i jak się okazuje, dzięki upartej dziewczynie - niezbędny. To motyw, który wraca potem w innych filmach Miyazakiego, najmocniej chyba w Mononoke Hime - nierozumna walka człowieka z Naturą, bezmyślna i niszczycielska, prowadząca jedynie ku samozagładzie.

Ja jestem trochę uczulony na radykalny ruch pro-ekologiczny, tak samo, jak na radykalny feminizm i na wiele innych radykalnych ruchów. I chociaż subtelności w przekazie Miyazakiego nie ma zbyt dużo, to ten watek nie razi. Jest wpleciony w opowieść tak, że w zasadzie staje się jej integralną częścią.

Nausicaä to jedna z najstarszych i najlepiej znanych produkcji Studia Ghibli. Do pojawienia się maskotki, jaką stał się błyskawicznie Totoro, to ona właśnie firmowała tego producenta. Nie bez powodu, bo to świetny film, który trzeba obejrzeć.

W komentarzach do poprzednich wpisów o Ghibli pojawiały się głosy, że to w sumie produkcje jednego sortu. Nie, w sumie - na pewno - nie. Warto sięgać po wszystkie, bo są bardzo różne.

PS. Czy ktoś by się nie pokusił o spisanie małych zwierzątek, towarzyszących bohaterkom? Tu był kot i wiewiór. Ale była też przecież pannica z trzymetrowym wilkiem…


Inne wpisy być może podobne: