Popieram Kodeks Blogerów
godai | 12.08.2008, o 09:00 | W kategorii Felietony

Czyli Batman w służbie społecznej. Tekst ten został pierwotnie opublikowany jak fragment cyklu Tydzień z Batmanem na blogu MotywDrogi.pl, pod tym linkiem.

Komiks od zarania dziejów służył jako oręż propagandy i trudno się temu dziwić. Również amerykańscy herosi odpracowali swój przydział, bijąc tych okropnych Japońców i walcząc ze Szwabami.

W czasach bardziej nam współczesnych, kiedy globalny konflikt nie wstrząsał światem, zajęli się problemami bardziej społecznymi - ostatni syn planety Krypton zabawiał się w Kapitana Planetę albo ostrzegał dzieci przed milionami min, walającymi się po całych Bałkanach.

Batman, z racji swojego, dość nietypowego jak na superbohatera rodowodu, wielokrotnie dostawał do spełnienia misję dużo poważniejszą, dużo cięższą, dużo mroczniejszą. Pozwolę sobie o takich przypadkach opowiedzieć. Z racji ograniczonego miejsca wybrałem trzy najbardziej warte wspomnienia.

Zabawy z bronią
Sytuacja wokół broni palnej w Stanach jest kuriozalna, wie o tym prawie każdy. Są miejsca, gdzie łatwiej kupić pistolet niż butelkę wódki. Cokolwiek by nie twierdzić, jakkolwiek by nie bronić takiego stanu, nagromadzenie strzelających zabawek przekłada się, mniej lub bardziej dramatycznie, na przemoc z ich użyciem.

Opowiada o tym dość gorzka historia “Batman: Seduction of the gun”, stworzona w hołdzie Johnowi Reisenbachowi, zabitemu w przypadkowej strzelaninie. Opowiada o handlarzu bronią i o noszących pistolety dzieciakach, z którymi poradzić sobie muszą odpowiednio Batman i Robin. Opowieść jest w sumie dosyć prosta, bardzo smutna i mocno moralizatorska, ale nie w nadmiernie nachalny sposób.

John Ostrander i Vince Giarrano, znani także polskiemu czytelnikowi z występów w miesięczniku TM-Semic, stworzyli całkiem przyzwoity komiks akcji, który ustami bohaterów przemyca przerażający obraz rzeczywistości. Następnie zaś, dość naiwne i nieosiągalne, ale niestety boleśnie prawdziwe propozycje zaradzenia takiemu stanowi. “Seduction of the gun” dość dobrze, nawet jeśli pobieżnie, pokazuje wszystkie strony dramatu - producentów i użytkowników broni, gangi, policję, a przede wszystkim ofiary. Warto poświęcić wieczór na zapoznanie się z tym albumem, chociażby po to, żeby cieszyć się faktem, że to nie jest (jeszcze) nasza rzeczywistość.

Nie reagując, jesteś współwinny
O ile z bronią palną oswoiła nas popkultura, to są tematy, które wciąż pozostają tabu. Jednym z nich jest przemoc domowa, w tym jej najohydniejsza odmiana - maltretowanie dzieci. W języku angielskim obejmuje je dosyć szeroki termin “abuse”, w którym zawiera się przemoc, molestowanie i wszelkie inne negatywne działania.

O takim przypadku opowiada przepięknie namalowany przez Scotta Hamptona, napisany przez legendę komiksu - zmarłego kilka lat temu Archiego Goodwina, album “Night Cries”. Batman i Gordon muszą poradzić sobie z czymś, co wygląda na serię niezwiązanych z sobą zabójstw. W ich tle zawsze gdzieś znajdują się dzieci. Dla Gordona sytuacja jest o tyle ciężka, że właśnie rozpada się jego małżeństwo, a on sam nie radzi sobie z rolą ojca, powielając złe wzorce z własnego dzieciństwa.

Goodwin nie oszczędza czytelnika - ustami terapeutki, której fundację dotuje Wayne, wyjaśnia dosyć dokładnie na czym polega problem, cytuje statystyki, pokazuje traumę ofiar. Główny zły w tej historii jest czytelnikowi niepokojąco bliski - zabija, ale przecież w słusznej sprawie. W przepięknej, malarskiej oprawie czają się bardzo bliskie, bardzo prawdziwe i być może, obecne tuż za ścianą, pełne bólu i strachu, ludzkie dramaty.

To jest już komiks dla czytelnika starszego, bardziej dojrzałego, bardziej przygotowanego na prawdziwe zło. A Batman, krocząc w cieniu, potrafi zapuścić się w rejony jeszcze potworniejsze.

If she’s old enough…
Pedofilia w kulturach zachodu zbyt często jeszcze pozostaje szarą strefą, tematem, którego się nie porusza. Z jednej strony nagłaśnia się ją w mediach, urządza polowanie na czarownice, z drugiej - zbyt często zamyka oczy i odwraca głowę. Pisze o tym Andrew Vachss, człowiek, który prócz pisania wysokiej próby kryminałów, jest specjalistą właśnie w dziedzinie seksualnego wykorzystywania dzieci i związanych z tym społecznych skutków.

Chociaż powstał komiks “Batman: The Ultimate Evil”, to najgorsze zło opisane zostało najpierw w formie powieści. Tak, Mroczny Rycerz bowiem występuje również na kartach dzieł literackich. Podczas gdy niektóre z nich to gnioty spod pióra Gardnera, wiele jest wartych uwagi, jak chociażby świetne antologie pod redakcją Grindberga.

“Ultimate Evil” to opowieść dla ludzi o mocnych nerwach i mocnych żołądkach. Misternie wpleciona w mitologię zamaskowanego mściciela, opowiada o śledztwie, które podjął po odnalezieniu notatek swojej zmarłej matki. Szlakiem handlarzy dziećmi dociera do górskiego regionu Azji południowo-wschodniej, dotkniętego potworną biedą. Jak dawniej w Europie, biedne rodziny oddawały najmłodsze dzieci do klasztorów, tak tutaj wieśniacy swoje najmłodsze latorośle oddają do burdeli, chętnie i często odwiedzanych przez wszelkiej maści skurwysynów z Ameryki i Europy. Nazywa się je dziećmi tajemnicy, gdyż otacza je zmowa milczenia.

Vachss także nie oszczędza czytelnika. Nie ma w tej powieści być może pikantnych momentów, ale to, co zostaje opisane i tak wystarczy, żeby przyprawić każdego normalnego czytelnika o mdłości. Chyba nigdy wcześniej nie natknąłem się na opowieść, w której Batman zetknąłby się ze złem tak wielkim, a jednocześnie tak prawdziwym, tak bliskim, tak realnym. Umieszczenie akcji w fikcyjnym azjatyckim zakątku dodaje jej tylko uniwersalności, sprawia, że staje się prawdziwa dla każdego kontekstu.

Ostatnie karty książki to przerażający raport dotyczący pedofilii i handlu dziećmi pióra Vachssa. Jego wymowa jest bardziej dosadna niż jakikolwiek komentarz.

Czemu poruszać takie tematy przy użyciu takiego medium, jak bohater komiksowy? Przecież, z definicji, komiks to rozrywka raczej popkulturowa. Może jednak, w sprzyjających warunkach, potrafi przekazywać - pod pozorem rozrywki - treści dużo poważniejsze. Być może, zachęceni kolorowym sztafażem, czytelnicy sięgną do problemów, które na co dzień wydałyby im się nudne lub niewarte uwagi.

A może to magia postaci, skołatanego, wiecznie znajdującego się na granicy obłąkania sieroty, który o przemocy, cierpieniu i ogromie zła, jakie potrafią sobie wzajemnie wyrządzać ludzie, wie więcej niż jakikolwiek inny kolorowy heros.

Te trzy pozycje są stosunkowo łatwo dostępne, szczególnie książkę Vachssa można kupić w sieci w zasadzie od ręki. Osobiście najbardziej polecam “Night Cries” - ze względu na przemyślany scenariusz i przepiękne ilustracje. Każdy jednak musi zdecydować, czy chciałby zobaczyć Batmana właśnie takim. Możliwe, że jednak niektórym wystarczy naszpikowany elektronicznymi gadżetami spandexiarz.

Ale może te pozycje powstały, bo na pewne sprawy nie wolno zamykać oczu?


Inne wpisy być może podobne:


godai | 14.02.2002, o 15:45 | W kategorii Felietony

Pisząc ten felieton nie mam pojęcia kiedy on pójdzie, czy pójdzie i nie wiem wielu innych rzeczy. Jestem w wojsku.

W pierwszym tekście pisałem o tym, jak dużo czasu miałem w cywilu. Tutaj, w kifozie, nie mam go już tak dużo, chociaż mogłoby się wydawać, że jest inaczej. Wstaję o piątej rano, pół godziny przed pobudką, bo inaczej nie zdążyłbym się ogolić, posłać łóżka i zrobić wielu innych rzeczy. Po ogłoszeniu pobudki mam już tylko czas na przeczyszczenie butów i poprawienie munduru. Zaprawa, śniadanie, poranny apel, rejony i cały dzień przede mną.

Od szóstej rano (śniadanie) do piętnastej (obiad) jest lekko licząc jakieś dwadzieścia cztery godziny. Jeżeli żołnierz pojedynczy dotrwa do obiadu, to już w zasadzie ma dzień z głowy. Tylko, że w tym czasie my akurat mamy do zrobienia sporo więcej niż przeciętny żołnierz.

Ja i moi koledzy jesteśmy elewami, słuchaczami Szkoły Podoficerów Służby Zasadniczej. W przyszłości mamy tworzyć podstawową kadrę dowódczą w Wojsku Polskim. Nie będę pisął co to znaczy, bo tak brzmi przynajmniej ładnie, a rzeczywistość, cóż…

W rozkładzie dnia, po śniadaniu, są między innymi: szkolenie ogniowe, poligon, szkolenie sanitarne, musztra, musztra, musztra, musztra, musztra, rejony, rejony. Przerwy i czas wolny pomiędzy poszczególnymi segmentami zajęć zamykają się zwykle w pięciu minutach. Wychodzisz ze śniadania, idziesz na zajęcia, poprawiasz rejon, ćwiczysz, biegasz, uczysz się, idziesz na zajęcia, uczysz się, idziesz na poligon, czyścisz swoją broń, mija dwanaście godzin… Patrzysz na zegarek…

Jest dziewiąta. Do obiadu masz jeszcze dwanaście godzin.

Ten felieton jest krótki, bo nie mam na niego więcej niż 10 minut. Zaraz wpadnie jakiś kapsel i wygoni nas wszystkich na musztrę. Za piętnaście dni przysięga - to co w planie figuruje jako “czas wolny” po 16:00, to w rzeczywistości ustawiczne ćwiczenia do przysięgi i musztra.

Kiedy wreszcie nadchodzi capstrzyk, nikt już nie ma siły gadać. Każda minuta zdaje się drogocenna, bo znów trzeba wstać o piątej - a siedem i pół godziny na sen to dużo mniej niż się wydaje.

A gdy nadchodzi pobudka, otwieram oczy i w mroku pokoju (słońce jeszcze nie wzeszło), widzę jak krzątają się moi koledzy. Myślę sobie wtedy - byle do obiadu, byle do jutra.

Jutro będzie za 48 godzin.

A cywil będzie za 48 tygodni.


Inne wpisy być może podobne:


godai | 20.01.2002, o 21:30 | W kategorii Felietony

Jestem człowiekiem, który ma dużo czasu. Pewnie większość z Was może powiedzieć to samo o sobie. Pewnie tak, ale czy możecie spać do siedemnastej? Ja tak. Pracujecie zwykle cztery dni w tygodniu? Ja tak. Możliwe, że niektórzy z Was nawet mnie znają. Jestem jednym z tych sukinsynów, którzy czasem mówią człowiekowi przed klubem, że tutaj niestety nie wejdzie.

Praca nie jest tak przyjemna, jak by się mogło zdawać, niemniej ma tę zaletę, że pracując w nocy, mam wolne całe dnie. Czasu więc miałem dużo, bardzo dużo. Do zupełnie niedawna.

Dziś, kiedy piszę ten felieton, już w zasadzie nie mam go tyle co zwykle. Po pierwsze, muszę oddać ten tekst do północy (a jest wpół do dziesiątej), po drugie, kiedy Wy będziecie to czytać, ja już będę w wojsku. Został mi dokładnie tydzień. Siedem dni - coś, czego zwykle nikt nie docenia. Jedynie studenci potrafią czasem zrozumieć, jak długi i jednocześnie tragicznie krótki potrafi być zwykły tydzień. Tak, tylko, że ja akurat nie mam sesji. Ja idę do wojska.

Głupia sprawa, zostały mi jeszcze dwa lata do osiągnięcia wieku poborowego i nagle, bach, trzy i pół miesiąca temu dałem się złapać Wojewódzkiej Komendzie Uzupełnień. Nie zmartwiłbym się tym może aż tak bardzo. Kiedy patrzę wokół siebie idąc do pracy (zwykle jest już ciemno i niewiele widzę) lub czasem zaglądam do telewizorni, dochodzę do wniosku, że w wojsku nie może być źle. Będę miał wyro, żarło i dużo ciekawych zajęć. Tutaj mam Belkę, zrujnowaną gospodarkę, zerowe (praktycznie) perspektywy i tyle innych rzeczy, że aż wstyd wyliczać dalej. W dodatku to dopiero początek tej jazdy bez trzymanki jaką naszemu krajowi zafundowały władze pracując pilnie przez ostatnią dekadę.

Tylko dlaczego ja się nie cieszę, że idę do wojska? Bo to rok z głowy? Bzdura. Co ja stracę przez ten rok? Trochę nerwów, ciężkiej harówy i pospolitej polskiej paranoi, która chociaż czasem śmieszna, częściej jest bolesna dla człowieka.

Może boję się fali i innych takich historii? Może. Tak się jednak składa, że najczarniejsze wizje rozsnuwali przede mną ludzie, którzy nigdy w armii nie byli, ci zaś z moich kumpli, którzy odsłużyli swoje, twierdzą, że można dać sobie radę. Oni sobie dali, to chyba coś znaczy.

Co więc mnie powstrzymuje, żeby z radością skorzystać z darmowego biletu na pociąg i z uśmiechem na twarzy pognać 29 stycznia do mojej jednostki (ciekaw jestem, kiedy ktoś mądry w rządzie stwierdzi, że na dojazd do jednostki powinna być jedynie ulga 37% a nie darmówka)? Odpowiedź na to pytanie jest w zasadzie prosta. Ale o tym za chwilę.

Cofnę się do początku tego tekstu i nawiążę znów do moich dywagacji o czasie. Mając go tak dużo, jak to we wstępie napisałem, przyzwyczaiłem się, że czas płynie bardzo powoli. Są takie sprawy, w których czas zawsze płynie powoli. Tak jest np. ze studiami, które zabierają w najlepszym wypadku pięć lat, czasem dłużej. I tak jest z miłością.

W miłości, ponoć, czas robi swoje. Miałem okazję się o tym przekonać. Kiedy kilkanaście miesięcy temu wyprowadzałem się z domu, spotkałem na swojej drodze sporo nowych ludzi. Losy ludzkie są nie do podrobienia, żaden scenariusz nie opowie tego, co pisze życie. Pół roku później mieszkałem we wspólnym pokoju (przez szafę) razem z dziewczyną, którą w zasadzie wcześniej znałem głównie z imprez i “mieliśmy wspólnych kumpli”.

Nikt nie chciał ani jej, ani mnie uwierzyć, że można sobie, ot tak, mieszkać z kobietą w jednym pokoju. I nic? - pytali kumple. Nic. Śmialiśmy się z tych, którzy twierdzili, że to kwestia czasu. Śmialiśmy się i chodziliśmy razem na piwo na Pola Mokotowskie albo na Morskie Oko. Nawet kiedy współlokator, z którym mieszkaliśmy podłożył nam świnię i musieliśmy się wyprowadzić, nie przyszło  nam do głowy zmieniać naszego układu. Aż do drugiego dnia po przeprowadzce.

Może musieliśmy dojrzeć do tej decyzji, poznać się lepiej? Na pewno. Wiem, że podjęliśmy ją z dużym wahaniem, ale nigdy nie chcielibyśmy cofnąć czasu. Chociaż, kiedy się z kimś mieszka w jednym mieszkaniu, w jednym pokoju, to ciężko jest chodzić na randki. Zamiast umówić się pod kinem, przynosisz do domu film na płycie. Zamiast zabrać swoją dziewczynę do restauracji, częściej zdarza ci się stanąć do garów. Co nie znaczy, że nie chodzimy do kina, na imprezy i na koncerty. Wręcz przeciwnie. Mając siebie nawzajem w domu na co dzień, staramy się jak najczęściej “wyskakiwać na miasto”. Żeby nie zwariować i (choć to wydaje mi się niemożliwe) nie zacząć się nudzić sobą.

Wrócę tu do pozostawionego bez odpowiedzi pytania, czemu nie cieszę się, że idę do armii? Wielu ludzi mówiło mi - “Chłopie, daj spokój, lepiej teraz, niż za parę lat, jak będziesz miał dom, rodzinę, dzieci…”.

Nie mam dzieci.

Ale mam swój dom, o który długo walczyłem i bardzo się starałem; uparłem się nawet, że musimy mieć prawdziwą, pełnowymiarową choinkę na święta, bo to dla mnie było pewnym symbolem “domowości”. Mam kobietę, którą bardzo kocham i jak pomyślę, że widywać ją teraz będę raz na… jakiś czas (cholera wie jaki), zamiast móc spokojnie zasnąć przy jej boku to po prostu odechciewa mi się jakiejkolwiek służby.

Nie będę świrował, nie będę uciekał przed żandarmami, dawał wielkich łapówek. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie przemyślałem takiego wyjścia. Postanowiłem jednak, że raz w życiu zrobię coś, czego chce ode mnie państwo. Przestanę zarabiać pieniądze, płacić ubezpieczenie, generować PKB i wspomagać obrót gotówką. W zamian za to, dam się na cały rok zamknąć na koszt podatników w koszarach, gdzie banda takich ludzi jak ja tak samo nie wie, co ze sobą zrobić.

I żaden z nas nie będzie w najmniejszym stopniu sensowny na tym przydzielonym mu odgórnie miejscu.

Sądzę, że armia zawodowa będzie piękną instytucją. Chociaż na razie, czuję się jak przed podróżą w nieznane - za siedem dni mam się zgłosić na jednostce.

Jeżeli mają tam papier i długopisy, to na pewno nastąpi dalszy ciąg tego felietonu.


Inne wpisy być może podobne: