Wycieczka (1990)

Tekst pochodzi z ręcznie zapisanego notatnika z roku 1990. Został zachowany oryginalny charakter zapisu, poprawiono jedynie formatowanie tam, gdzie było to konieczne.

I

Nareszcie! Cały miesiąc męczyliśmy wychowawczynię, aż się zgodziła. Powiedziała, że załatwi, no i teraz jedziemy na lotnisko. A później na Księżyc. Na cały tydzień!

Co prawda na Saturna było by lepiej, ale za drogo. Tak się zamyśliłem, że nie zauważyłem, jak autobus stanął.

– Ty! Bartek, nie śpij! – trącił mnie w bok siedzący przy mnie Osenek. – Zaraz wysiadamy!

Ocknąłem się. Wyjrzałem przez okno i poszukałem wzrokiem naszego statku. Nagle go zobaczyłem. Był wielki. Miał z 15.000 ton masy spoczynkowej. Srebrno-czarne cudo.

– Tam jest. – powiedziałem do Osenka. – Niezły.

– Cud – odpowiedział – Ciekawe ile ciągnie?

Wszyscy wysiedli i zabrali się do oglądania biletów. Ja z Osenkiem też.

– Fajne – powiedział. Przyznałem mu rację. Na pierwszej stronie był napis „Transgalaktic”, dwie błyskawice i numer lotu. Fajna sceneria. Pomaszerowaliśmy wszyscy do terminalu. Nad drzwiami był napis „Ziemia – Księżyc, Venus, Mars”. Skierowaliśmy się w stronę kasy z napisem „Luna II” czyniąc przy tym strasznie dużo hałasu. Wychowawczyni zaczęła coś załatwiać z kasjerką. Później podstemplowano nam bilety i ruszyliśmy do drzwi z napisem „Wyjście”. Za drzwiami był długi korytarz. Miał z 500 metrów. Na drugim końcu był „nasz” statek. Fajnie było wiedzieć, że cały statek był zarezerwowany tylko dla naszej klasy. Na drzwiach statku był wielki złoty napis „Petrel”. Przy wejściu każdy z nas dostawał od stewardessy mapę statku. Poszliśmy w kierunku kabin. Nasza miała numer 213. Było nas w niej czterech: Osenek, Ziuta, Wasil i Ja. W pokoju yłu cztery fotele z pasami, stół i jakieś szafki. Naprzeciw drzwi było okrągłe okno.

– Okiej – powiedział Ziuta.

– Glancko – potwierdziłem. Nagle odezwał się umieszczony w suficie głośnik.

– Proszę usiąść i zapiąć pasy, za chwilę startujemy.

Usiedliśmy i zapięliśmy pasy. Siedzieliśmy tak z minutę i już zaczęło być nudno, kiedy nagle podłoga zaczęła drgać i poczuliśmy, że jesteśmy trzy razy ciężsi. Spojrzałem w okno. Przesuwało się za nim coś jak wata.

– Chmury – pomyślałem. Nagle poczułem, że ważę tyle samo ile zawsze. Głośnik powiedział:

– Można już odpiąć pasy. Zapraszamy do restauracji oraz do kina.

– No to idziemu – powiedział Osenek.

– Dobra – powiedziałem – to może zaczniemy od restauracji.

– Dobra jest – powiedział Ziuta. Wyszliśmy z kabiny i skierowali u schodom.

II

Kombinezon był strasznie niewygodny. Pomyślałem, że muszę w nim strasznie śmiesznie wyglądać. Popatrzyłem na stojącego obok Ziutę i omal nie udławiłem się ze śmiechu. Spojrzał na mnie zdziwiony i sam zaczął się śmiać. Kombinezony były srebrne z czerwonym napisem Space Navy. Usłyszałem syk i hermetyczne drzwi powoli się otwarły. Wyszliśmy na zewnątrz. Pumeks zachrzęścił nam pod nogami. Odwróciłem się i ostatni raz spojrzałem na statek. Był imponujący. Obok stało kilka transporterów. Załadowaliśmy się z szumem do jednego z nich i pojechaliśmy ku jaśniejącej w kraterze pod nami stacji Luna II. Po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Przysadkowaty automat zaprowadził nas do bloku, gdzie mieliśmy mieszkać przez ten tydzień. Gdy weszliśmy do budynku można było wreszcie zdjąć kombinezon. Uczyniłem to z radością. Znalazłem chłopaków i poszliśmy do przydzielonego pokoju. By git. Cztery łóżka stały jedno na drugim.

– Moje najwyższe – krzyknął Osenek.

– Moje drugie od góry – zawołałem.

– W takim razie ja śpię na drugim od dołu – powiedział Ziuta.

– A ja na samym dole?! – westchnął Wasil. Drzwi do pokoju otwarły się i wjechało przez nie „coś” niosąc nasze bagaże. Chwyciłem całą pakę i zabraliśmy się do rozpakowywania bagaży.Rozłożyłem swoje bagaże w pierwszej z brzegu szafce i zajrzałem za znajdujące się z boku drzwi. Łazienka. Nawet fajna. Z wielką, raczej basen przypominającą wanną. W głębi jeszcze jedne drzwi.

Otworzyłem je. Magazynek: kombinezony, sprzęt, tlen, na cztery osoby. Wróciłem do pokoju. Zacząłem studiować znajdującą się na ścianie mapę. Głośnik pod sufitem raczył podać, że jest godzina dziesiąta zero zero i, że życzy wszystkim dobrej nocy. Weszliśmy do łóżek nawet się nie myjąc. Wiedziałem, że żaden z nas dziś nie zaśnie.

 

III

Było południe. W stacji byliśmy już cztery dni. Właśnie siedzieliśmy w pokoju i jedliśmy frytki, które przyniósł Ziuta, gdy nagle usłyszeliśmy huk. Potem podłoga zatrzęsła się a z sufitu poleciał tynk. Usłyszeliśmy syk.

– Trzęsienie ziemi – wrzasnął Ziuta.

– Głupiś – zgasiłem go. – Tu nie ma trzęsień ziemi, raczej meteor.

Nagle wszyscy poczuliśmy, że coraz trudniej oddychać.

– Tlen – wrzasnął Osenek. Pognaliśmy do magazynku, gdzie przypięliśmy się do butli z tlenem.

– Kombinezony – powiedziałem. Ubraliśmy się błyskawicznie. Do naszego pokoju wbiegł jakiś facet. Popatrzył na nas, skinął głową i wybiegł. Wyszliśmy na korytarz. Było tam mnóstwo ludzi. Biegali we wszystkie strony i coś wołali. Na korytarzu było dużo osób z naszej klasy.

– Chodźmy zobaczyć co się stało – powiedział Osenek. Pobiegliśmy. Po drodze spotkaliśmy Darka i Jupka. Gdy dobiegliśmy do końca korytarza stanęliśmy jak wryci. Ściany nie było, a sto metrów dalej był dymiący krater, dookoła którego uwijali się ubrani w kombinezony ludzie.

– No, no! – powiedział Jupek. – Ale wywaliło!

– Do diabła! – powiedział Ziuta. – Musiał być duży.

Rzeczywiście, krater miał ze sto pięćdziesiąt metrów średnicy.

– A niech to – powiedziałem – Będzie co opowiadać.

Następnego dnia przenieśli nas na drugi koniec bazy. Dowiedzieliśmy się, że nikt nie zginął, tylko jeden złamał rękę a kilku się potłukło. Przez  kolejne dwa dni nie mówiło się o niczym innym. Siódmego dnia z wielkim żalem opuściliśmy stację. Na Ziemię wróciliśmy „Petrelem”.

 

IV

Trzeciego dnia po powrocie polonistka zarządziła pisanie sprawozdania na temat „Mój lot na Księżyc”. Byliśmy wściekli. Głównie dlatego, że było o czym pisać i trzeba było napisać jak najwięcej i jak najlepiej.

Avatar

Bartek Biedrzycki

Autor książek, komiksów, podcastów i papierowych modeli.

You may also like...